poniedziałek, 26 września 2016

Waiting Room [#OS]

Z początku może dodam słowo wyjaśnienia, co do cukrzycy.
Dlazdrowego człowieka normalny poziom cukru we krwi to 90.
Dla cukrzyka normalny poziom cukru we krwi, to 100 / 110.
Hipoglikemia, to spadek cukru poniżej 65.
Hiperglikemia to cukier zawyżony od 150 w górę.
Zapaść występuje przy poziomie cukru poniżej 40/30.




Waiting Room

Jung Dae Hyun, Zelo


"My disease has to be a gift if it's not the punishment.
Nothing happens without a reason."


 0.09.2013
Wszedłem do szpitala, od razu kierując się do recepcji. Szpital Uniwersytecki Hanguk jest jednym z najlepszych szpitali w Seulu, a więc i w całej Korei Południowej. Leży dobry kawałek od wytwórni, w której trenowałem jako trainee przez ostatnie dwa miesiące, dlatego z początku chciałem pójść gdzieś bliżej, jednakże mój szef upierał się, bym poszedł do tego najlepszego, bo... Chce być pewien, że mu nie kipnę na treningu przez błąd głupiego lekarza, czy coś w ten deseń.
- Annyeonghasseyo. - skinąłem głową, opierając się o blat. - Gdzie mogę znaleźć doktora diabetyka Kim... Kim...
- Kim Himchan? - dokończyła za mnie recepcjonistka w zielonym fartuszku.
- O, właśnie! - pstryknąłem palcami z uśmiechem. - Byłem umówiony na wizytę.
- Nazwisko?
- Choi Junhong. - powiedziałem. - Z początku miało być Daeho, po tacie, ale rodzice stwierdzili, że to zbyt nudne i tradycyjne, z resztą bali się, że pójdę w jego ślady i zacznę się upijać w lokalnych budkach. Ja osobiście wolałbym nazywać się Daeho, wydaje się jakieś takie ładniejsze, a Junhong... no nie wiem, jest jakies dziwne, nie lubię go. Dlatego wolę, kiedy ludzie nazywają mnie Zelo. Może mi pani tak mówić. - paplałem od rzeczy, tak tylko, żeby nie było cicho.
Urodziłem się tutaj, w Seulu. Moi rodzice... Mieli problemy. Ojciec bardzo mało zarabiał w swojej ówczesnej pracy, a miał na utrzymaniu dziadka, moich dwóch starszych braci, mnie i mamę. Chociaż nie, on nie pracował normalnie, on t y r a ł. Ale jego wypłata i tak nie starczała nam na opłacenie wszystkich rachunków i jedzenie. Kiedy w lodówce nie było, niczego nadającego się do skonsumowania, uciekałem do Nali, mojej przyjaciółki. Mieszkała obok i była tak samo niegrzeczna jak ja, ale ona miała na to medycznie wytłumaczalny powód. Chorowała na Conduct Disorder*, czyli po naszemu zaburzenia zachowania. Ja z kolei zwyczajnie urodziłem się chłopcem, to jedyne wytłumaczenie na moje złe zachowanie. To znaczy, tak rodzice mi powtarzali, kiedy byłem mały, ale po latach okazało się, że ja sam też jestem trochę chory na tle psychicznym, bo mam nadpobudliwość psychoruchową od urodzenia, ale mniejsza o to.Po jakimś czasie rodzina Sonyeo (Nala) zaczęła mnie ukrywać także, kiedy mój ojciec był pijany. To znowu zaczęło się kiedy miałem pięć lat. Ojciec stracił pracę, a matka przez to wpadła w depresję. W domu ciągle czegoś brakowało, dlatego Jonghyun i Junseo zaczęli kraść i znosić do naszego małego mieszkania różne rzeczy. Kiedyś policja zgarnęła starszego z nich, Jonghyun'a, a Junseo uciekł, by uniknąć tego samego losu. Po tym jak Seo nawiał, minęło kilka tygodni, a wtedy nasz dziadek zmarł. Ale to nie koniec tych jakże cudownych wieści. Bo kiedy skończyłem siedem lat, zachorowałem na cukrzycę. Jak się o tym dowiedzieliśmy? Cóż, to był jeden z najgorszych okresów w moim życiu. Kiedy szedłem do szkoły, ciągle biegałem do łazienki. Na w-f'ach było mi słabo, albo wręcz odwrotnie - roznosiła mnie energia, ale nie tak normalnie. Byłem okropnie niegrzeczny, wszczynałem bójki między kolegami i pyskowałem nauczycielowi. Oczywiście nie robiłem tego specjalnie. W sumie połowy słów, które mówiłem jak i połowy twarzy, w które uderzyłem nawet nie pamiętam. Po nocach moczyłem łóżko, albo swoje własne gacie w drodze do łazienki. A to dlatego, że na okrągło chciało mi się pić. Bez przerwy coś piłem. W końcu matka się tak załamała, że nie wiedziała co ma zrobić ze mną, ze sobą i z wszystkimi otaczającymi ją problemami. Zadzwoniła do ciotki Sory. Ta przyjechała po mnie i zabrała do Gwangju. Kiedy opowiedziałem jej, co takiego się ze mną dzieje, zaprowadziła mnie do lekarza, który zmierzył mi cukier we krwi i stwierdził, że cerpię na cukrzycę typu pierwszego. Dlatego tak już się poukładało, że zostałem w Gwangju. Zacząłem jeździć na desce, tańczyć i rapować, więc postanowiłem pójść do szkoły artystycznej Ulzzang Academy. Wybudowali ją kilka lat temu, ale szybko wskoczyła na ranking najbardziej prestiżowych szkół artystycznych, zjeżdżała się tam młodzież z całej Azji. Kiedy mój przyjaciel wyjechał do stolicy, by wziąć udział w kastingu do wytwórni, postanowiłem zrobić to samo. Umiem już sam o siebie dbać, a po ostatnim pobycie w Gwangjuskim szpitalu wiem też, czego absolutnie nie mogę robić. Więc chyba mogłem spróbować samodzielnego życia, prawda?
Przeszedłem do korytarza w którym było zupełnie pusto, co kontrastowało z resztą szpitala. Jeszcze nie mogłem wejść do gabinetu, pani w fartuszku kazała usiąść i czekać. A więc usiadłem. I czekałem. Trochę tak sobie poczekałem. Aż tu nagle na ławce na przecowko mnie usiadł jakiś chłopak. Był śliczny... Znaczy tego, ee no ten.. No dobra, uważam, że był przystojny! Ja wiem, że chłopcy raczej nie doszukują się takich aspektów u innych chłopców, ale ja jestem wyjątkowy. I nie jestem gejem! Po prostu mam inną wrażliwość na piękno, ok?
- Hej. - powiedziałem, zwracając na siebie jego uwagę. Popatrzył na mnie chyba trochę zaskoczony. Miał lekko rozchylone wargi kiedy mi sie przyglądał. - Jestem Zelo! - przedstawiłem się z uśmiechem, kiedy ten zamrugał szybciej, wciąż z tą samą miną. - A ty?
Nie odpowiedział od razu. Najpierw odetchnął dwa razy, bardzo powoli.
- Daehyun. - powiedział cicho, nadal mnie obserwując.
- Ty też przyszedłeś do doktora Kim... Kim... - niech to szlag! znowu zapomniałem! - Kim?
Zaprzeczył ruchem głowy. Następnie wskazał kciukiem na drzwi obok których siedział.
- Dr. Kang Wonho. Lekarz Pulmonolog. - przeczytałem z tabliczki.
- Cukrzyca? - zapytał bardzo cichym, słabym głosem.
- Uhm. Pierwszego stopnia. Dostałem w wieku siedmiu lat.
Chyba sie zaśmiał. W każdym razie, albo próbował, ale mu nie wyszło, albo mu się wymknęło, chciaż próbował to usilnie powstrzymać. Jedno z dwóch.
- Mówisz, jakby to był jakiś prezent.
Uśmiechnął się i mimo, że był to sarkastyczny uśmiech, to i tak był piękny. Zaśmiałem się.
- No cóż... Ja o to nie prosiłem, a nie wierzę, że zachorowałem za karę. - powiedziałem opierając się łokciami o kolana. - więc chyba dostałem to w prezencie. Podobno nic nie dzieje sie bez powodu.
Chłopak przyglądał mi się, jakby niedowierzał w to, co usłyszał. Albo jakbym miał na twarzy wymalowane wielkimi literami "idiota".Z zewnątrz wyglądlądał jakby był zupełnie pusty, wyprany z emocji... Zaraz, czy ja już kiedyś z czymś takim się nie spotkałem? No przecież, że tak! Baek Doyeon - ta wstrętna, mała dziewucha z modelingu (kierunek w UA). Suszyłem jej głowę o batoniki czekoladowe, kiedy spadał mi cukier w szkole. Była okropnie szorstka. Nie żebym ją kiedykolwiek dotykał! Ale z nią nie dało się normalnie porozmawiać, albo pożartować. Czasami udało mi się sprawić, by się uśmiechnęła, ale ona nigdy nie chciała się przyznać, że mnie lubi. A ja to przecież doskonale wiedziałem, więc po co te kłamstwa? Podobno zawsze taka była. Coś chyba nie tego w rodzinie, ale nie tak jak u mnie, jej rodzice byli obrzydliwie bogaci i chyba nie poświęcali jej za dużo uwagi. Przez to wszystko mała wolała trzymać ludzi na dystans i zawsze przybierała na twarz taką minę jak Daehyun teraz. Pustą.
- Jesteś strasznie wysoki. - powiedział, kaszląc przy ostatnim wyrazie.
- Taa, wpadłem do kotła Panoramix'a jak byłem mały. - rzuciłem, na co ten zaśmiał się, walcząc przy tym z uciążliwym kaszlem. Z początku uśmiechnąłem się, ale widok, kogoś, kto nie może się śmiać był straszny. No ludzie, ja śmieję się całe życie dwadzieścia cztery na dobę codziennie. Chyba umarłbym, gdybym dusił się przy każdej zabawnej sytuacji.
Drzwi obok mnie się otworzyły, a zza nich wychylił się brunet w okrągłych oldschool'owych okularach.
- Choi Junhong? - zwrócił się do mnie. Wstałem i skinięciem głowy potwierdziłem jego pytanie. - Proszę wejść.
Odwróciłem się do Daehyun'a i pomachałm mu na pożegnanie, a on odmachał mi z lekkim uśmiechem.
Usiadłem w fotelu, na przeciwko doktora Kim Jakiegośtam i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Gabinet był bardzo nowoczesny, bogato wyposarzony, od razu widać, że szpital z klasą!
- Dobrze, możesz mi powiezieć ile masz lat?
- W listopadzie stuknie mi dziewiętnastka. - rozsiadłem się w wygodnym fotelu. Chociaż jak widzę ten należący do doktorka na pewno był o wiele bardziej wygodny. Wyglądał trochę jak te fotele w gabinetach u jakichś prezesów w dramach.
- A od kiedy chorujesz na cukrzycę?
- Od siódmego roku życia. - odparłem, nadal rozglądając się dookoła. Lekarz musiał to zauważyć, bo nagle spojrzał na mnie znad swoich modnych okularków.
- Czy chorujesz na coś jeszcze poza cukrzycą?
Sugeruje mi pan ADHD, czy ten wzrok to tylko czysty przypadek?
- Nie. Znaczy tak, podobno mam nadpobudliwość psychoruchową, ale wydaje mi się, że to tylko zachowanie spowodowane cukrzycą.
- Śmiem wątpić. - mruknął, wracając do swoich papierków. - Czy kiedykolwiek miałeś zapaść?
- Uhm. - popatrzyłem na doktora. - Kilka razy... na początku ze trzy. Potem w gimnazjum i liceum po razie.
- W porządku. Posłuchaj, wróć tu jutro i przynieś mi swoją kartę zdrowia i książeczkę, w której zapisujesz poziom cukru we krwi.
- Eeee... tą kartę, to przyniosę, aleeee...
- Nie zapisujesz swoich cukrów? - znowu spojrzał na mnie znad okularów. Fajne są, dodają mu uroku. Ale i tak wolałem swojego poprzedniego doktora. Chyba kupię mu takie same na urodziny, ciekawe, czy będzie w nich wyglądał tak dobrze, jak doktorek Kim. Ciekawe, czy się zdziwi, jak się dowie, że wiem, kiedy się urodził!
- Nie-e. - pokręciłem głową na boki. Lekarz westchnął i odłożył kartki na biurko.
- W takim razie przynieś mi na jutro swoją kartę.
- Jasne.
Kiedy wyszedłem z gabinetu, korytarz znowu był pusty.
Następnego dnia ją mu przyniosłem, tak jak prosił. Wtedy zadawał mi znacznie więcej pytań niż poprzedniego. W efekcie poznał całą moją przykrą historię życia plus kilka nieciekawych (przynajmniej jak dla mnie) faktów o mnie. Nie lubię o tym opowiadać, to strasznie głupie. Szczególnie powód, dla którego już nie mogę wariować na imprezach. Trzeba być mną, żeby zrobić coś tak głupiego.
_____________________________
*Conduct Disorder nie istnieje w realnym życiu. Zapożyczyłam ten termin z dramy pt. "It's okay, that's love".



10.10.2013
Usiadłem na ławce, przed gabinetem swojego diabetyka i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Strasznie tam nudno. Włączyłem aparat i obróciłem kamerkę na przednią. Już powoli zaczynałem się przyzwyczajać do koloru swoich włosów. Znaczy "już"... Ja d o p i e r o zacząłem się przyzwyczajać. W końcu wróciły do normalności z blondu jeszcze przed wakacjami. Jeszcze, kiedy chodziłem z Rei...
Zrobiłem jakąś głupią minę i wysłałem zdjęcie do Doyeon. Byłem ciekawy jak zareaguje. W końcu nie odzywałem się trochę do niej. Ale na szczęście (albo odwrotnie) nie musiałem długo czekać, bo odpisała mi po minucie czy dwóch.
"Zabiję cię" - jasne. Czego innego mogłem spodziewać się po wiecznie wkurzonej, królowej lodu? To nawet mnie bawiło, takie zachowanie. Ona się zachowywała jak Elsa z Krainy Lodu! Nigdy nie pokazywała uczuć i zawsze była poważna, a czasami aż niemiła i sarkastyczna. Zawsze tylko czekałem, kiedy ciśnie we mnie jakimś lodowym soplem czy coś w ten deseń.
"Wae?" - odpisałem.
"Nie ważne. Spadaj."
Pokręciłem głową na boki. W tym samym czasie zauważyłem kątem oka że ktoś usiadł na drugiej ławce, tej naprzeciw mnie. Tylko, że strasznie daleko. Skierowałem swój wzrok w tamtą stronę i zobaczyłem Daehyun'a. Z początku ucieszyłem się na jego widok, ale kiedy zobaczyłem jak musi się namęczyć, by złapać oddech, to uśmiech zniknął z moich ust. Odwróciłem głowę w przeciwnym kierunku. Bo co innego mogłem zrobić? Nabrać trochę tlenu w słoik i pomóc mu oddychać? Przecież gdybym się przejął i zaczął wypytywać, czy wszystko w porządku mimo, że ewidentnie nie jest w porządku, to on poczułby się jeszcze gorzej. Wiem z doświadczenia. Całe życie ktoś za mną łaził i gderał bez przerwy "zmierz cukier, zmierz cukier, zmierz cukier", a kiedy jakiś dzieciak chciał się ze mną podzielić czymś do jedzenia, od razu cofał propozycję z tym durnym "O nie, przecież ty nie możeż tak po prostu sobie tego zjeść", jakbym miał umrzeć od dwóch czipsów.
Już sobie wyobrażam, jak by on zareagował na mój przejaw dobroci!Za jakiś czas popatrzyłem w jego stronę znowu. Teraz już oddychał spokojniej, aczkolwiek widać było, że ciągle z trudem. Zauważył, że na niego patrzę. Z uśmiechem pomchałem do niego. Żadnej reakcji. Po chwili wstał, powolnym krokiem podszedł bliżej i usiadł na przeciwko mnie.
- Siema! - przywitałem się wesoło.
- Cześć. - mruknął cicho.
- Jak leci? - zapytałem, chociaż wcale nie spodziewałem się odpowiedzi. - Bo u mnie trochę lipa. - spojrzałem na ekran telefonu. - Wysłałem przyjaciółce swoje zdjęcie, żeby się nie martwiła i wiedziała, że o niej pamiętam, a ta odpisuje mi, że mnie zabije, a potem, żebym spadał. - wygiąłem usta w grymasie niezadowolenia.
- Dziewczyna? - zapytał, a ja dopiero teraz zauważyłem, że tak mogło to wyglądać, kiedy mówiłem 'przyjaciółka' (yoja chingu - dziweczyna albo przyjaciółka. Słowo ma dwa znaczenia Dosłownie znaczy 'kobieta przyjaciel'.). Zaśmiałem się.
- Nie! No gdzie, Doyeon moją dziewczyną? - znowu się roześmiałem. - Hahaha, dobre!
Takie dobre, zwłaszcza, że niechcąco stuknąłem jej chłopaka. Ja na prawdę nie wiem jakim cudem to się stało! Dobra, niby wiem, ale po pijaku robi się różne dziwne rzeczy, prawda? A, że z moją psychiką nigdy nie było do końca w porządku, to inna sprawa. I od tamtego czasu nie mogę już tak wariować. Kiedy wróciłem do domu po tej jakże udanej imprezie, (co widać po jej skutkach) straciłem przytomność, wylądowałem w szpitalu i dowiedziałem się, że mam nerki na wyczerpaniu. Dobrze, że się doktorek nie pytał, czy z oczami wszystko ok, bo dostałbym potrójny opierdziel. Od jakiegoś czasu - jeszcze przed tym feralnym wypadkiem - słabo widziałem na prawe oko, więc po kryjomu poszedłem do okulisty, by kupić sobie szkła kontaktowe za pieniążki zdobyte na bitwach tanecznych.
Osoby z cukrzycą powinny bardzo o siebie dbać, bardziej niż zwykli ludzie. A ja robiłem dokładnie odwrotnie. Bo myślałem, że nic takiego nie może się stać. N i e s p o d z i a n k a! Stało się!
- Wae? - zapytał, przyglądając mi się z lekko rozchylonymi wargami. Teraz wiem czemu - ddycha jednocześnie nosem i ustami... No wiem, uwaga godna pochwały!
- Um... - potrząsnąłem głową, zdając sobie sprawę, że gapiłem się na jego usta zdecydowanie zbyt długo, niż powinienem. - No, bo ona jest wredna. Jest strasznie, strasznie chłodna i poważna i nikogo nie lubi i kopnęła mnie w tyłek.
Niczego nie powiedział, ale widziałem ten pytający wzrok.
- Dlaczego mnie kopnęła w tyłek? Bo nazwałem ją lesbijką...
Kolejne nieme pytanie.
- Oj, bo się walała po podłodze z inną dziewczyną, wiesz jak to wyglądało?
Chłopak zachichotał cicho, przez co musiał odkaszlnąć ze trzy razy.
- Dlaczego tak ciągle charchasz? - zapytałem w końcu, wskazując na niego palcem.
- Przewlekła obturacyjna choroba płuc. - wyjaśnił.
- Ah. Słyszałem o tym. Ale wydawało mi się, że jeśli przyjmuje się leki, to można z tym normalnie żyć.
- Uhm. - kiwnął głową. - Jak się przyjmuje leki. - przez chwilę milczał, ale widziałem, że ma jeszcze coś do powiedzenia, więc czekałem. - Ty jak masz przy sobie tą gierkę, to też normalnie funkcjonujesz. - powiedział, wskazując palcem na moją pompę insulinową, która wystawała mi z kieszeni spodni. Uśmiechnąłem się szeroko mimo, że to co powiedział było w rzeczywistości trochę smutne.
- Ile masz lat? - zapytałem. Chłopak się chyba zdziwił. W sumie, musiało to głupio wyglądać, kiedy taki Zelo uśmiecha się idiotycznie i pyta o jego wiek. Pewnie coś sobie pomyślał! - Znaczy, nie musisz mi mówić, ja tak tylko zapytałem, wiesz, ja zawsze strasznie dużo gadam i--
- Dwadzieścia jeden. - przerwał mi, a ja przez chwilę gapiłem się na niego tępo. - A ty?
- Osiemnaście. - mruknąłem, maszynowo. - Znaczy, dopiero za pięć dni, ale mniejsza... ty masz dwadzieścia jeden? - pochyliłem się do przodu, jakbym chciał mu się bliżej przyjrzeć. - Przecież ty wyglądasz na mój wiek! I ja żyłem w przekonaniu, że jesteśmy rówieśnikami, Boże, jaki byłem głupi! Ja mam teraz do ciebie niby mówić hyung? Nie pasuje mi tak. Ale nie mogę teraz ci mówić po imieniu, bo to będzie brak szacunku. No weeeeeź~ - opadłem z powrotem na oparcie ławki, zjeżdżając po niej w dół. On miał zbyt delikatne rysy twarzy jak na dwadzieścia jeden lat. Właściwie w Ulzzang Academy to nie byłoby niczym dziwnym, ale zauważmy, że jesteśmy w Seulu, a nie w Gwangju, a on nie ma na sobie ani grama makijarzu, jak te chłopaczyny z UA na modelingu.
- Pozwalam.
- Co?
- Możesz mówić do mnie po imieniu. - cały czas uśmiechał się lekko, a więc i ja się wyszczerzyłem.
- Poważnie? - skinął głową, przymykając przy tym powieki na sekundę. - Daebak! Yah, nie chciałbyś skoczyć później ze mną gdzieś na miasto? Mam wolne do końca dnia, a od kilku miesięcy praktycznie nic nie robię poza spaniem, trenowaniem i jedzeniem. Mam wrażenie, że robi się ze mnie robot, a nie człowiek. Jeszcze trochę w takim tempie i doktorek Kim zacznie mi dokręcać śrubki zamiast badać skoki moich cukrów.
Zaśmiał się, odwracając głowę w inną stronę.
- Nie mogę. - powiedział w końcu. - Ale co właściwie tak ciężko trenujesz? Łyżwiarstwo figurowe? - uniósł jedną brew do góry.
Też jest niezły. Aż się zaśmiałem. Co prawda cicho, ale jednak mnie rozbawił.
- No, blisko. Też tańczę, ale niestety nie na lodzie. - zmarszczyłem nos na samą myśl o wbijających się w poślady leginsach, które muszą nosić ci wszyscy łyżwiarze. - Właściwie, to przed wakacjami dostałem się do wytwórni i masz teraz przed sobą trainee Brave New Sound Entertainment. - rozłożyłem ręce z miną, oczekującą oklasków. Jednak dostałem tylko uniesione wysoko w górę z zaskoczenia brwi. - Tańczę i rapuję. - dodałem, dumny z siebie.
- Ekstra... - wypowiedziały jego usta, aczkolwiek żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Jak wcześniej wyglądał na zaskoczonego, tak teraz chyba się czymś zmartwił.
- Coś nie tak? - popatrzył na mnie, jakby wyrwany z zamyślenia.
- Oh? - zaśmiał się nerwowo. - Ani, gwaenchana. - odkaszlnął. - To musi być niesamowite. Tak pracować w wytwórni - kaszel - muzycznej.
- Uhm. To moje marzenie.
Drzwi się otworzyły, a za klamkę trzymał, zapatrzony w swojego wielkiego smartfona dr. Kim.
- Junhong. Mooooooo...żesz wejść. - i schował się znowu do swojej nory. Wstałem, podszedłem do drzwi i obróciłem się do Daehyun'a.
- Moooooo...gę wejść. - zmałpowałem doktorka, by potem na pożegnanie posłać koledze minę typu "If you know what I mean" i wszedłem do środka.
- Dobry! - zawołałem, krocząc żywo w stronę fotela, przeznaczonego dla mnie. Usiadłem sobie, oglądając najpierw wszystko dookoła, zanim spojrzałem na mężczyznę przede mną. - Jak się pan miewa?
- Ciii... - machnął na mnie ręką i zaczął stukać w swoją qwerty klawiaturkę.
I weź znowu czekaj... Ile mogę czekać? Ja mam ADHD, nie mogę czekać!
Odchyliłem głowę do tyłu, wzdychaąc ciężko.
Po dłuższej chwili tego swojego stukania w ekran telefonu, raczył w końcu się do mnie odezwać.
- Dobrze, Junhong. Jak z twoimi cukrami przez ostatni miesiąc?
Wyprostowałem się na krześle i odetchnąłem głęboko, układając sobie w głowie plan odpowiedzi.
- Nienajgorzej. - mruknąłem, a on uniósł brwi, czekając na ciąg dalszy. - Generalnie wszystko jest w porządku. Tylko czasami w nocy nie mogę zbić cukru. Właściwie nie wiem dlaczego tak jest. - ściągnąłem brwi ku sobie. - Aha, był jeden taki tydzień, że przez cały czas miałem powyżej dwustu i tak non stop. Dwieście, trzysta, czterysta... Przecież ja wtedy praktycznie nic nie jadłem, żeby nie pierdyknąć.
- Uhm. - mruknął, notując coś na kartkach. - Powiedz mi, ale tak szczerze... czy ty pijesz alkohol? - zapytał, przyglądając mi się podejrzliwie. Popatrzyłem na niego i zaprzeczyłem, marszcząc czoło, niezadowolony.
- Nie. Przecież niejestem idiotą. - j u ż, co prawda.
- Dobrze. - wetknął nos z powrotem w swój notes. - Nic nie palisz, nie bierzesz? - bardziej stwierdził, niż zapytał, więc tylko pokręciłem przecząco głową. Milczał dłuższą chwilę, by w końcu zdjąć okulary i przetrzeć twarz dłonią. Wbił we mnie swój wzrok i przez chwilę mnie zwyczajnie, bez słowa obserwował.
- Jeśli znowu będziesz miał taki tydzień, to pij dużo wody - co ty? Jakbym wczoraj zachorował. - staraj się odżywiać w miarę zdrowo. Nie za tłusto, najlepiej gdybyś jadał tylko chude mięso i warzywa, ale wiadomo, że nie zawsze się da.



10.11.2015
To był mój trzeci kontrol w tym szpitalu. Jak zwykle przywitałem się z panią w recepcji i poszedłem w stronę gabinetu swojego lekarza. Kiedy jednak wszedłem do korytarza, tam prowadzącego, zobaczyłem, że na swoim miejscu, przy drzwiach do gabinetu pulmonologa siedział już Daehyun. Tylko, zwykle przychodził przecież trochę później niż ja.
Podeszłem bliżej i usiadłem na swojej ławce. Uśmiechem, przywitałem się ze starszym kolegą, a ten uśmiechem mi odpowiedział. Wyglądał... gorzej niż, kiedy go widziałem miesiąc i dwa temu. Jego skórę pokrywał dziwnie siny kolor. I oddychał jakby ciężej.
- Nie czujesz się za dobrze, co? - zapytałem, przechylając lekko głowę w bok. Pokręcił głową, oglądając jakże ciekawą posadzkę. - Ja też. Znowu nie mogłem zbić cukru z dwustu przez tydzień. Boję się, że będę musiał przerwać treningi w wytwórni.Chłopak spojrzał na mnie i wziął głęboki wdech. Próbował być twardy.
- Ja pierniczę. - szepnął i zaraz dopadł go okropny kaszel. Myślałem, że zaraz mu przejdzie, jak zawsze, ale tym razem tak nie było. Nie przestawał.
- Yah.. Stary, co jest? - podniosłem się z ławki i złapałem go za ramiona, by spojrzeć mu w twarz, co było stosunkowo trudne, kiedy tak nim targało. Podszedłem do drzwi jego lekarza i zacząłem w nie uderzać. - *Jogi! Doktorze, pacjent się dusi! Proszę wyjść, Doktorze Kang!
Na szczęście pulmonolog wybiegł bardzo szybko i we dwóch wprowadziliśmy Daehyun'a do gabinetu. Z przerażeniem obserwowałem, co lekarz z nim robił. Twarz Daehyun'a była już prawie niebieska, zupełnie nie mógł złapać oddechu. Wkońcu jednak mężczyzna założył mu maskę na usta i w ciągu minuty przestał kaszleć.
Lekarz podszedł do mnie i skłonił się lekko w moim kierunku. Było to trochę zawstydzające, bo gołym okiem widać było, że między mną, a nim jest różnica jakichś dwudziestu lat conajmniej.
- Dziękuję za pomoc. Gdybyś mnie nie zawołał, to pewnie nic bym nie słyszał i mogłoby być już za późno. - dwa ostatnie słowa wypowiedział, zerkając w stronę chłopaka.
- Za późno? - powtórzyłem zdziwiony. Mężczyzna położył mi rękę na plecach i wyprowadził z gabinetu na korytarz. - Dlaczego za późno? - zapytałem, obracając się do niego przodem, kiedy zamknął za nami drzwi. - Mógłby się udusić?
- Jesteś jego przyjacielem? - zapytał, a ja przez chwilę milczałem.
- Tak. - skłamałem. Ale przysięgam, że on w m o i c h oczach był już przyjacielem.
- W takim razie powiem ci to w tajemnicy. - kiwnąłem głową. - Pewnie jeszcze ci tego nie mówił, ale pochodzi z biednej rodziny. Jest najstarszy z rodzeństwa, ma dwie młodsze siostry i brata, sam zarabia na całą rodzinę, bo jego ojciec jest alkoholikiem, nie mogącym wyjść z nałogu. - ugh. Skąd ja to znam? - Charuje jak wół za bardzo małą stawkę, a rodzice wydają wszystko na papierosy i alkohol. Jest non stop zadymiany. Nawet jeśli sam nie pali, to jego płuca w tym momencie są w gorszym stanie niż płuca siedemdziesięcio-latka.
Poczułem, że sam tracę oddech.
- Przychodzi tu dwa razy w miesiącu, na inhalację... sam za niego płacę, ale... - nie mów tego. - Jeżeli dalej będzie prowadził taki tryb życia, to inhalacja dwa razy w miesiącu nic nie da. Od dzisiaj... daję mu najwyżej miesiąc.
Niewidzialny ktoś uderzył mnie kijem bejsbolowym w brzuch. Spojrzałem na drzwi, prowadzące do gabinetu w którym siedział Daehyun.
- A... A nie możecie go tu zatrzymać? Na kurację, coś w tym stylu? Żeby wrócił.. aniya, żeby chociaż trochę mu się polepszyło?
- Możemy. - przerwał na chwilę. - Ale on nie chce.
- Dlaczego? - z mojego gardła wydobyło się coś w rodzaju gorzkiego śmiechu.
- Bo wtedy jego rodzice nie będą mieli pieniędzy na życie, a rodzeństwo zamieszka w domu dziecka.
Westchnąłem, przeczesując włosy.
- Przeicież on umrze. - mruknąłem, chodząc w kółko.
- Każdy kiedyś umier--
- Ale on ma dwadzieścia jeden lat, do cholery! - wyrwało mi się. Sam nie wiem czemu tak mam. Zawsze miałem skłonność do bardzo szybkiego przywiązywania się. Starczy mi jedna rozmowa, żeby kogoś polubić, no a z nim... Nie wiem. Nie wiem, ale czuję się, jakbym znał go wieki i mam wrażenie, że jeśli on umrze, to ja razem z nim.
Na korytarz wyszedł dr. Kim.
- Wszystko w porządku? - zapytał, patrząc na mnie z jakimś rodzajem troski w oczach.
Nie wiem, kiedy zakryłem usta dłonią, ale teraz ją opuściłem i zaśmiałem się.
- Pewnie. - odparłem. - Ze m n ą ta.
Wyminąłem swojego diabetyka, wchodząc do jego gabinetu.
Zadawał jak zwykle milion pytań, a mi ciężko było się skupić na czymkolwiek innym niż chłopak w gabinecie za moimi plecami. To wszystko było dziwne. Przecież w domu dziecka zajęliby się jego rodzeństwem. Nawet jeśli jego rodzice nie mieliby pieniędzy, to co z tego? Może sami w końcu wzięliby dupy w troki i zaczęli działać. Może zauważyliby, że każdego dnia zabiają swojego własnego syna.
- Choi Junhong! - krzyknął lekarz, więc w końcu na niego spojrzałem. - Skup się! Pytałem, czy coś cię bolało, kiedy miałeś tą falę hiperglikemii.
- Nie. - odburknąłem. - Tylko miałem strasznie dużo energii, mimo, że byłem zmęczony.
- Możliwe, że to przez stres i częstotliwość treningów. Musisz trochę odpuścić.
- Jasne. - prychnąłem, odwracając głowę.
- W ogóle jestem zdania, że po tamtym wypadku w Gwangju powinieneś zupełnie przestać tańczyć i nie brać udziału w żadnych stresujących sytuacjach.
- To nie ma sensu. - zaśmiałem się, zrezygnowany. - Jeśli przestanę, to moje umiejętności spadną o połowę, a i tak ledwo się dostałem do wytwórni.
- Jeśli odejdziesz teraz, to za dwa lata będziesz mógł spróbować znowu. Rok przerwy i rok ćwiczeń, wszysko powinno być w normie. W przeciwnym razie sam siebie wykończysz.
- Dobra! - wstałem z fotela. - Będę bardziej uważał, ok? Będę się jeszcze lepiej odżywiał, ale nie odejdę z wytwórni.
Wyszedłem z gabinetu i stanąłem na korytarzu przed drzwiami. Złapałem się za głowę, kucając w dół. Jest źle. Jest dobrze. Wszystko nic nie będzie w porządku. Przecież widzę, że nie daję rady w takim stanie, w jakim się znajduję. Może to faktycznie za wcześnie? Nie. Jeżeli teraz zrobię sobie przerwę, to mogę potem nie mieć takiej szansy. Nie pozwolę na to. Miałem spełniać swoje marzenia, ta?Wstałem i odwróciłem się w stronę wyjścia.
Jednak po pięciu krokach zatrzymałem się i zawróciłem.Zapukałem do gabinetu dr. Kang'a. Nikt nie odpowiadał, więc zapukałem ponownie i otworzyłem powoli drzwi.
- Prosze nie wcho-- A, to ty. Wejdź. - powiedział mężczyzna, pisząc coś w swoim notesie.
Zamknąłem za sobą drzwi i skłoniłem się w jego stronę.
- Przepraszam za moje zachowanie. - powiedziałem, prostując się. Lekarz tylko skinął głową i zerknął na chłopaka, dając mi do zrozumienia, że przecież niczego nie wiem. Popatrzyłem na niego i przełknąłem ślinę. Skoro niczego jeszcze nie wiem, to wypadałoby się dowiedzieć, prawda? Podszedłem do siedzącego na łóżku chłopaka, ubierając usta w uśmiech i usiadłem obok niego. - Wyglądasz jak kosmita. - mruknąłem. Widziałem, że się uśmiechnął, chociaż jego buzię zakrywała maska. - Miałem iść do doromy, ale zmieniłem zdanie. Pomęczę cię jeszcze trochę. - oznajmiłem, wciągając nogi na łóżko. Wsadziłem je zaplecy Daehyun'a, a sam rozłożyłem się wygodnie, krzyżując ręce pod głową. - Opowiem ci teraz o sobie, więc słuchaj uważnie. Nie każdy dostępuje tego zaszczytu...
No i tak mu zacząłem nawijać. Najpierw o sobie, o tym, co lubię, czego nie lubię - tego jakimś dziwnym trafem było więcej. Potem o Gwangju i Ulzzang Academy. O moich znajomych. Opowiedziałem mu nawet o swojej wpadce z chłopakiem Doyeon, ale obróciłem to w taki żart, że nawet mnie to wtedy rozbawiło. Fakt, że doktorek wszystko słyszał, ale ja go widzę pierwszy raz w życiu na oczy i za pewne ostatni, więc co mi tam.
I tak nam zleciały trzy godziny inhalacji. No oczywiście chłopak miał przerwy, ale i tak nie dawałem mu wtedy dojść do głosu.
- A więc ta wasza lodowa księżniczka... jest od ciebie młodsza o rok?
- No. - jechałem wolniutko na swojej deskorolce, obok Daehyun'a i tym razem dla odmiany słuchałem tego, co on do mnie mówił. Nie mogłem się nadziwić, jaki piękny miał głos. Poważnie, nawet sobie nie wyobrażacie, że można mieć tak głęboki i ciepły głos. Bez ciągłego charchania! Co prawda pokaszliwał od czasu do czasu, ale to już nie było to, co w poczekalni.
- Chciałbym ją poznać. - powiedział z uśmiechem.
Tak się na niego zapatrzyłem, że wjechałem na jakiegoś faceta. Dobrze, że jechałem powoli, to mnie zatrzymał i wyminął tylko. A Dae miał kolejny powód do śmiechu. Postanowiłem, że zejdę z deski i przejdę się raz w życiu na własnych nogach. Nadepnąłem na jej wygięty koniec, a ta wskoczyła idealnie w moją dłoń.
- Fajnie by było, jakbyś w ogóle tam pojechał. - stwierdziłem, chowając wolną rękę do kieszeni kurtki. Uśmiechnął się lekko, chyląc głowę w dół.
- Macie tam profil wokalny... byłoby fajnie.
- Śpiewasz? - wyłapałem między słowami.
- A czy uważasz, że z moją chorobą mam na to warunki? - sarknął.
- Wiesz... w sumie nawet jak mówisz, to twój głos jest bardzo płynny. Więc wydaje mi się, że pod względem barwy miałbyś szanse. Ale faktycznie, z płucami byłoby gorzej...
- No właśnie.
- No to jak ty byś chciał dać sobie radę na wokalnym?
- Zacznijmy od tego, że ja się nigdzie nie wybieram. - powiedział, a uśmiech jakoś nagle zwiało mu z ust. - Tu jest mi dobrze.
- Tak bardzo. - prychnąłem.
- No dobra... Może nie mam w domu najprzyjemniejszej sytuacji, ale Seul... nie potrafiłbym stąd wyjechać.
- Nie wydaje mnie się, że chodzi ci o miasto. - mruknąłem, a ten spojrzał na mnie, zaskoczony. - Do szpitala nie chcesz iść też nie z tego powodu.
- To jak ci się wydaje?
- Boisz się, że rodzice sobie nie poradzą, a dzieciaki pójdą do bidula. - westchnął ciężko, odwracając ode mnie wzrok. - Szczerze, to nie wiem, co powinieneś zrobić. Ale nie możesz ryzykować własnym życiem...
- Więc mam ryzykować życiem dzieciaków? - zatrzymał się i spojrzał na mnie z żalem w oczach. - Moje życie jest tylko jedno. Ich jest trójka. Plus ojciec i matka, którzy pewnie wylądują na ulicy.
- Przecież to się dokładnie wydarzy, kiedy umrzesz. - wtrąciłem. - Sam widzisz, że im ciężej pracujesz, im dłużej wdychasz ten dym, tym gorzej się czujesz. Jak nie przestaniesz, to kipniesz i będzie koniec. Koniec twojego życia. Koniec życia dzieciaków i twoich rodziców też.
Po policzkach ściekły mu łzy. Mi prawie też, ale dzielnie je przełknąłem. Odłożyłem deskę na ziemię i podszedłem do chłopaka, by przyciągnąć go do siebie i przytulić. Nie wiem, co mógłbym więcej zrobić. Ale widać to mu wystarczyło, bo po chwili płaczu odsunął się ode mnie i uśmiechnął smutno.
- Dzięki.
- Nie wiem za co. - wzruszyłem ramionami, a ten po raz kolejny zpojrzał na mnie zdziwiony. - Kleję się do każdego człowieka jak żep do psiego ogona, więc to nic wielkiego. Czekaj, jeszcze mamy cały dzień, to pod wieczór mi podziękujesz. - uśmiechnąłem się, a on wraz ze mną.
Z początku poszliśmy pod kamienicę, w której mieszkał z dzieciakami i rodzicami. Jednak nie wchodziliśmy do środka. Chciał mi tylko przedstawić swoje rodzeństwo, a oni akurat bawili sie na dworze.Z reguły nie znoszę dzieci. Nie i koniec. I zanim je poznałem, myślałem, że tam zeświruję, ale ku mojemu żelkowemu zaskoczeniu - te dzieciaki były niewiarygodnie inteligentne. Około dziesięcioletnie siostry Daehyun'a rozmawiały przynajmniej na poziomie gimnazjum, a jego siedemnastoletni brat był strasznie podobny z charakteru do samego Dae.
Spędziliśmy z nimi pół dnia, aż zaczęło się ściemniać. Powymyślałem im najróżniejsze gry, których kieeedyś, kiedyś nauczyli mnie moi bracia (jeszcze, kiedy byli mali i niewinni). Graliśmy w Ninję, Samuraja, chowanego - bo bardzo lubili w to grać - i masę innych gierek.
- DaeDae~ - zawołała jedna z bliźniaczek. - Zagrajmy w pocky-kiss. - poprosiła, robiąc oczy jak kot ze Shrek'a.
- A masz pocky?
- Nie, ale możemy kupić...
- Ciekawe za co... - zmarszczył nos i poczochrał jej czarną grzyweczkę. Zaśmiałem się. To takie urocze!
- Pewnie, że zagramy! Idziemy do sklepu, dzieciaki! - zawołałem, podnosząc zmarznięty tyłek z ławki. W ślad za mną poszła cała czwórka i tylko brwi Daehyun'a zamieniły się w znaki zapytania.
- No chodź, ile taka paczka może kosztować?
Zarzuciłem mu rękę na ramiona i poprowadziłem całą gromadę do pierwszego lepszego sklepiku. Kupiłem jedną paczkę paluszków, zanurzanych w czekoladzie i wróciliśmy pod kamienicę. Ławka, na której usiadłem z Daehyun'em stała pod latarnią, więc mogliśmy wszystko dobrze widzie i mieć na oku każde z dzieciaków.
- Kto się pierwszy całuje? - zapytałem wesoło, podnosząc do góry czekoladową paczkę.
Od razu na kolana wskoczyły nam dwie dziewczynki. To było jednocześnie takie śmieszne i urocze, że praktycznie bez przerwy się chichrałem, chowając głowę za plecami siostry Dae, która na mnie siedziała. Dziewczynki wykorzystały praktycznie wszystkie pałeczki pocky z każdym po kolei, włącznie z Daehyun'em. Tylko ja się wszystkiemu przyglądłem z boku. To znaczy dopuki młodsza z sióstr nie podeszła do mnie z pałeczką.
- Mwo? Chcesz zemną to zjeść? - zapytałem wielce, do prawdy, zaskoczony. Bo to w sumie była taka najcichsza, najbardziej zachukana dziewczynka. Ale, jak mógłbym się spodziewać (gdybym nie był tępym debilem) pokręciła głową na boki.
- DaeDae. - powiedziała ze śmiejącymi się oczkami.
- Ohohoho, nie, ja z nim nie mogę. - zaśmiałem się.-
O, wae? - zapytała, patrząc na mnie dokładnie tak samo, jak jej brat, kiedy był zaskoczony.
- Bo ja jestem chłopcem. - odpowiedziałem, ale widać, to jej nie wystarczyło. - I DaeDae też jest chłopcem.
- Dlatego nie możesz?
- Uhm.
- To znaczy, że Hana i ja też nie mogłyśmy? To źle zrobiłyśmy?
- Nie, to co innego. - ta, dupa blada, Zelo, to dziecko musi być opętane. Wiej, mówię ci, wiej! Znowu będziesz miał kaca moralnego, jak ulegniesz!
- Co innego? - zapytała. Weź to teraz dziecku wytłumacz! Popatrzyłem na zorbawionego Daehyun'a.
- No.. no weź, stary... - powiedziałem prawie błagalnym tonem, wskazując brodą na dziewczynkę.
- Co ty? - zaśmiał się. - Dziecku odmówisz?
Aż mi ciarki po plecach przebiegły. Zamrugałem szybciej.
- Ale.. - wziął pocky od swojej siostry. - Ale... - włożył mi do ust. - Aee - Ułożył mi na ramieniu swoją rękę i ugryzł swój koniec. Nie wiem dlaczego, ale zamknął oczy. Otwórz je, bo nie będziesz widział, kiedy koniec! Im bliżej był, tym bardziej chciało mi się śmiać. Na końcu dotknął swoimi ustami moich, a ja zerwałem się na równe nogi i zacząłem skakać w miejscu, jakby to mi miało pomóc pozbyć się wszystkich głupich emocji. A ten buc znowu miał ubaw! Jego rodzeństwo oczywiście też, bo przecież niedaleko pada jabłko od jabłoni.
- Waaaaaah, nienawidze cię! - jęknąłem, obejmując samego siebie ramionami, czując się tak strasznie nagi! Aczkolwiek, przyznaję, że z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wydawało mi się to zabawne. - Specjalnie to zrobiłeś!
Po osiemnastej dzieciaki poszły do domu, a ja z Daehyun'em przeszliśmy się jeszcze nad rzekę Han. Most nad nią był cały owinięty świecidełkami, lampkami i ozdobami świątecznymi, bo w końcu jeszcze tylko miesiąc do świąt.
- Hyung. - zacząłem, kiedy oparty o barierkę, patrzyłem na wodę, w której odbijały się wszystkie światła. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, chyba po raz setny dzisiaj. Bo w końcu pozwolił mi mówić do siebie po imieniu. - Możesz coś dla mnie zrobić?
Oparł się o barierkę, stając obok mnie. Nic nie odpowiedział, więc nie miałem pewności, czy mnie posłucha, ale.. i tak go o to poprosiłem.
- Pójdź do szpitala na kilka dni. - Zero emocji na twarzy. - Poradzą sobie bez ciebie, a ty wrócisz ze zdwojoną siłą.
_______________________________
*Jogi - przepraszam w znaczeniu angielskiego 'excuse me'



12.11.2015
Właściwie nie dowiedziałem się w końcu, czy się zgodził, czy nie. Wątpiłem w to bardzo, ale też czułem, jak żal kopie mnie z glana po brzuchu na samą myśl, że Daehyun może umrzeć.
Jedenastego listopada znowu miałem zawyżone cukry. W nocy z jedenastego na dwunastego spałem może trzy godziny, bo co chwila sprawdzałem poziom glukozy. Starałem się to jakoś zbić, chodziłem w tę i na zad, wypiłem chyba z trzy litry wody, wstrzykiwałem sobie insulinę, ale poniżej trzystu nie chciało spaść. Nie będę się wygłupiał - pomyślałem i rano pojechałem z kumplem z dormy do szpitala. Tam położyli mnie w małej sali (takiej dla plebsu, a nie ładnej, vipowskiej), podczepili kroplówkę i powiedzieli, że poleżę tak sobie pięć dni. P i ę ć d n i miało mnie nie być w wytwórni. P i ę ć d n i bez jakichkolwiek ćwiczeń, treningów - zero. A ja byłem tylko trainee. Ceo wytwórni swteirdził, że mogę kiedyś wrócić, jak już poczuję się lepiej, co oznaczało, że raczej nie w najbliższej przyszłości.
- Dobra... - mruknąłem do telefonu - wrócę do Gwangju, pomęczę trochę Dośkę i Ciastka... - siedziałem na swoim łóżku, przedzielony od dwóch innych białymi zasłonami. To było rano, dwunastego. - Za dwa lata wrócę, wytwórnia nie zając, prawda?
- Proszę pana, tu nie wolno rozmawiać przez telefon. - powiedziała mi jakaś pielęgniareczka.
- Tehe. Jestem "panem"~ - pochwaliłem się ciotce, z którą właśnie rozmawiałem.
- Proszę--
- Ciociu, już muszę kończyć, bo tu nie tolerują hałasu... Święty Izraelski, co ja tu robię? - westchnąłem. Jak dziecko z adhd wytrzyma w miejscu, gdzie trzeba być cicho? I to jeszcze p i ę ć d n i! - Jasne, narazie. Widzimy się w domu. - pożegnałem się i pomachałem uprzejmej pani w fartuszku telefonem.
- Ja nie wytrzymam... - syknął dziwnie znajomy głos, zza zasłony, którą nagle odsunął. - Czy tu nie można w spokoju wrócić do zdrowia?

Daehyun.
W szpitalu.
Nie umrze.
Nie umrze?
- Jak leci? - zapytał z uśmiechem. - Zapomniałem ci podziękować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz