Epilog
Pod nami setki pędzących aut, nad nami tysiące
eksplodujących świateł, obok mnie mój narzeczony… Będę się tym zachwycała chyba
jeszcze przez najbliższe półwiecze. Matko! Mam narzeczonego! Właśnie, rodzice…
Muszę im o tym powiedzieć. Ale jeszcze nie teraz.
Teraz patrzę na najwspanialszego mężczyznę w całym
świecie. Właśnie rozpoczął się nowy rok w Seulu, stoję na balkonie pod jednym
kocem z Daehyun’em i gapię się na niego zamiast na fajerwerki, bo mogę. Bo jest piękniejszy.
- Faktycznie mogłem to zrobić teraz – mruczy po
bardzo długiej chwili milczenia. Kiwa głową kilka razy w zamyśleniu. – Miałaś
rację. – Spogląda na mnie, jakby z niedowierzaniem. – Ale, żebym ja uczył się
romantyzmu od ciebie?
Moje usta na to retoryczne pytanie wyginają się w
krzywym uśmiechu. Parę godzin temu mi się oświadczył, a teraz mnie obraża, co
za człowiek.
- No widzisz – zaczynam mądrym tonem. – W takie
specjalne dni nawet krowy przemawiają ludzkim głosem.
Jego mina jest bezcenna. Po pierwsze nie zrozumiał
idiomu, a po drugie chyba nie zrozumiał idiomu.
- Co ty mówisz? – pyta, marszcząc czoło i śmiejąc
się ze mnie w duchu. Wiem, że się śmieje, bo uśmiecha się lekko jedną stroną
ust. Poza tym patrzy na mnie, jak na głupiutkie dziecko. Czasami lubię ten
wzrok. Jestem głupiutka, roztrzepana i słaba, dlatego widząc ponad swoją głową
kogoś silnego, odpowiedzialnego i mądrego czuję się bezpiecznie. Teraz tak się
czuję.
- No tak. W Polsce tak jest, u was nie? – Unoszę
brwi w górę, pytająco, jakbym na prawdę wierzyła w to, co mówię. – Chociaż u nas to działa tylko w przeddzień Świąt
Bożego Narodzenia. Pierwszego stycznia to inne rzeczy się dzieją. A potem, bah!
Milion dzieci rodzi się we wrześniu.
Najpierw wypuszcza z płuc powietrze, chichocząc
bezgłośnie, a po chwili obejmuje mnie ramieniem za plecami, przyciągając bliżej
siebie.
- Też chciałabyś przywitać wrzesień z dzidzią na
rączkach? – pyta, nachylając się nad moim uchem. Chyba miało to być w jakimś
stopniu zachęcające, albo zabawne, ale w mojej głowie pojawia się tylko obraz Haneul.
Wzdycham ciężko i obracam głowę tak, by patrzeć mu w oczy.
- Najpierw trzeba odbić twoją dzidzię – mówię,
pukając go palcem w pierś. Przez chwilę patrzy mi w oczy. W końcu uśmiecha się
smutno, wypuszczając nosem powietrze i obraca głowę w stronę miasta. Przełyka
ślinę. Oddycha spokojnie. Jego oczy błądzą po wieżowcach i rozświetlonym
niebie.
- Gdyby ktoś zagwarantował mi, że będzie szczęśliwa
do końca życia, oddałbym za nią swoje własne – mówi, gryząc na końcu swoją
dolną wargę. Czekam kilka sekund by w końcu przytulić się do niego i głaskać po
plecach łagodnie.
- Musisz założyć swoją zbroję i walczyć. Nic złego,
co się wydarzyło, nie stało się z twojej winy. Ale możesz ją uratować. I dasz
radę. – Mija kilka chwil, a w końcu odsuwam się i chwytam go za dłoń, ciągnąc
do środka. – Chodź, potulimy się na kanapie.
Od dzisiaj jestem jego przyszłą żoną. Mam dwa plany
na nowy rok.
Będę wspierać go w każdej sytuacji, nawet
najtrudniejszej i najlżejszej.
Przestanę czuć się jak kochanka i zajmę właściwe
miejsce u boku mojego księcia z bajki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz