- Więc co? – zapytał Jackson, stojąc tak ze skrzyżowanymi ramionami
przed Mark’iem już od piętnastu minut.
- Więc muszę tam wrócić – odparł starszy, już nieco zirytowany rozmową
między ich dwojgiem, która do niczego w gruncie rzeczy nie prowadziła. To nie
była ani wina, ani pomysł Tuan’a, JYP dzwonił, że ma przyjechać wcześniej i nie
dał mu nawet szansy na sprzeciw. Chociaż właściwie Mark wcale nie miał zamiaru
protestować. W Seulu czekały na niego rzeczy, których najbardziej obawiało się
jego serce, ale bardziej bał się, że gdyby tam nie wrócił na czas, mogłoby się
wydarzyć coś gorszego.
- Ale dlaczego? – ciągnął Chińczyk, patrząc na kumpla, gdy ten się
pakował.
- Mark – Jinyoung nagle pojawił się w drzwiach. – Już?
- Tak, już idę. – Ppostawił swoją walizkę na podłodze i wyciągnął
rączkę. Zanim, jednak, ją pociągnął Jackson złapał za jego ramię, zatrzymując
go.
- A jak znowu ci się coś stanie? Mark, ja naprawdę nie chcę, żebyś
znowu cierpiał.
Wang był zmartwiony. Na jego twarzy widać było poważny niepokój, nie
przerysowywał tego wcale. Nie chciał tracić Mark’a z oczu. Wczorajszego
wieczora wystarczająco się nastresował, jak miałby siedzieć tu spokojnie tysiące
kilometrów z dala od niego, w dodatku przez tyle dni?
- Daj spokój, nikt nie cierpi – mruknął, chcąc już wyjść, ale wtedy
znowu został zatrzymany. Jackson złapał za oba jego ramiona i obrócił przodem
do siebie, na co tamten wywrócił oczami.
- To ja z tobą pojadę – powiedział, klepiąc się w pierś. – Dlaczego to
musi być Jinyoung?
- Bo tak i koniec tematu, Jackson.
Mark pojechał na lotnisko z Jinyoung’iem i wrócił do Seulu. Jackson w
tym czasie siedział w swoim pokoju i starał się odseparować swoje istnienie od
reszty. Próbował obejrzeć kilka filmików na YouTube, ale Internet tak bardzo
zacinał, że prawie wyprowadził Chińczyka z równowagi psychicznej. W końcu
postanowił wyjść z domku i pomóc w przygotowaniu ogniska. Z początku chciał iść
z JB do sklepu, ale on powiedział, że pójdzie z Saeryeong, a Wang’owi
przydzielił organizację drewna. Tak czy siak wszystko poszło w zupełnie innym
kierunku. Wang z Yugyeom’em i BamBam’em przygotowali dwie „ławki” (znaleźli
dwie kłody i położyli na nie koce, które wyciągnęli z szafy w pawilonie) i
kilka krzesełek. Drewno z kolei przytargały dziewczyny. Liderzy wrócili z
jedzeniem i wtedy już wszystko było gotowe.
Ogień rozpalili dopiero przed godziną osiemnastą. Słońce już schowało
się za koronami drzew, a więc pora była do tego jak najbardziej odpowiednia. Pierwsze
dwie godziny przegadali wspólnie na różne nudne tematy, smażąc kiełbaski nad
płomieniami, a potem już podzielili się na mniejsze grupki. Ciemność, gwiazdy
(te na ziemi i te na niebie), mięsko. Do tego dodali parę butelek soju i zabawa
się rozkręciła! Jaebum niestety nie zatańczył na podłodze, jak chciała Sumin,
ale i tak zaprezentował część swoich umiejętności. Śpiewał razem z Yugyeom’em i
Youngjae jakiś trot, doprowadzając Saeryeong i innych, siedzących blisko tej
trójki o stan przedzawałowy. Jaebum naprawdę nie powinien pić alkoholu.
Youngjae z resztą też. Na początku zachowywał się normalnie, ale kiedy pozwolili
mu trochę wypić, zaczął się zachowywać jak ostatni idiota. Darł się razem z JB,
ciągle wszystkich przepraszał, a w szczególności ChomChom. Dziewczyna powoli
już traciła cierpliwość, gdy w pewnym momencie wybawienie przyszło do niej od
ostatniej osoby, jakiej się spodziewała.
Było już wtedy blisko dziesiątej, a Youngjae zasypiał piętnastolatce na
kolanach, co jakiś czas podnosząc się nagle do siadu i wybuchając gromkim
śmiechem. Jackson widząc to zlitował się nad dziewczyną i zabrał Youngjae do
jego pokoju. Gdy wrócił, usiadł obok Chommi i chwycił za kijek, na który po
chwili wbił słodką piankę.
Patrzył cały czas na płomienie, starając się przy okazji nie zjarać
tego, co miał na patyku i myślał. Myślał o Mark’u, bo ostatnio ten chłopak
zrobił się naprawdę dziwny. Wang zachowywał się, jakby niczego nie widział
tylko dlatego, że znał Tuan’a i wiedział, że nawet, gdyby zapytał, niczego by
się nie dowiedział. Ale to nie zmieniało faktu, że widział, jak nagle z
niewiadomych przyczyn popsuły się relacje między nim i Jinyoung’iem. Wiedział
też, że Mark pisze z jakąś dziewczyną. Widział ją raz w szpitalu, aczkolwiek
nie dał rady zobaczyć jej twarzy, bo szybko uciekła mu z pola widzenia. W
dodatku zrobiła to tak perfidnie, a potem jeszcze Mark próbował mu wcisnąć, jak
ostatniemu debilowi, że pracowała tam na stażu. Może to o nią chodziło?
Pokłócili się o nią? I po co właściwie wrócili razem wcześniej?
Z rozmyślań wyrwało go ciche podziękowanie. Nie zareagował od razu.
Dopiero po chwili obrócił głowę w stronę najmłodszej czekoladowej i wbił w nią
swój wzrok. Patrzyła na kolana, trzymając się za ramiona, prawdopodobnie, by
było jej cieplej.
- Wiesz, on czasami zachowuje się dziwnie – odezwała się znowu po
chwili ciszy między nimi, a Jackson wciąż jej się przyglądał. – Szczególnie,
kiedy z tobą rozmawiam.
- Jest zazdrosny – mruknął w odpowiedzi. – To normalne.
Odwrócił głowę w stronę ogniska
i odsunął piankę od ogniska. Zjadł ją sam, po chwili nabijając na patyk dwie
następne.
- Ale przecież nie ma o co.
Do niedawna Jackson też tak myślał. Coś przestawiło się w nim, kiedy
zobaczył tych dwoje w małe salce z pianinem na imprezie w JYP. Nie widział dokładnie
tego momentu, gdy się całowali, ale wyglądali dokładnie tak, jakby właśnie
mieli to za sobą. Poza tym żadne z nich nie zaprzeczało, gdy Park na nich
krzyczał.
Czuł wtedy tępy ból w klatce piersiowej. Jakby przegapił coś bardzo
ważnego, coś na co czekał od dawna i właśnie przeszło mu to koło nosa, a on
spostrzegł się po fakcie, za późno. Nie wiedział, czym dokładnie były jego
uczucia do tej małej smarkuli, ale czerpał przyjemność z kłócenia się z nią,
wściekłość, kiedy go ignorowała i czyste szczęście, kiedy widział, jak się
uśmiecha. Mimo, że nigdy nie uśmiechnęła się do niego. A chciał. Chciał
zobaczyć, jak to jest mieć dobre relacje z Jang Chommi, spędzać czas pozytywnie
dla obu stron.
- Poza tym… on strasznie lubi mnie dotykać. – Na te słowa Wang uniósł
brwi wysoko, tworząc przy tym na swoim czole morze zmarszczek i spojrzał na
dziewczynę. – N-nie tak! – speszyła się. – Po prostu lubi mnie trzymać, za
rękę, czasami w talii, albo łapie mnie za kolano, no i ja wiem, że to normalne
dla par, ale ja…
- Nie lubisz tego? – rzucił pierwsze, co mu na język wpełzło.
- Tak. – Westchnęła głęboko. Chyba długo to w sobie trzymała. Jackson obrócił
pianki, by się nie spaliły i znowu obrócił głowę w stronę Chom.
- Dlaczego? – zapytał. – Boisz się tego?
- Nie – oburzyła się, marszcząc brwi, mimo, że ton chłopaka nie był ani
kpiący, ani w żaden sposób obraźliwy. Nawet nie myślał wiele nad tym pytaniem,
samo z niego wyszło. – Dlaczego miałabym się bać?
- Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Ja się bałem. – Brwi nastolatki
powoli się rozsunęły, wracając na poprzednie miejsce. Patrzyła na niego
niepewnie i badawczo z nutą zdziwienia.
- Naprawdę? – spytała cicho, prawie przekonana, że zostanie wyśmiana i
okaże się, że tylko żartował, kolejny raz robiąc z niej idiotkę. Ale tak się
nie stało. On tylko pokiwał głową, obserwując swoje pianki.
- No tak, na początku zawsze tak jest. Nie wiadomo, jak to działa, czego
chce, czego nie chce – mówił swobodnie, co było dla niej lekkim szokiem. – W sumie
dalej nie wiem – zakończył nie do końca zadowolony z informacji, jaką
przekazał.
- To znaczy, że miałeś już dziewczynę? – Popatrzył na nią zaskoczony i
uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Dziecko! – Zaśmiał się cicho. – Do kogo to pytanie! Ja miałem tabuny
dziewczyn – pochwalił się, dumnie, by po chwili dodać – a konkretnie dwie.
Chommi prychnęła cichych śmiechem. Zerknął wtedy na nią ukradkiem i
uśmiechnął się pod nosem. Więc chyba właśnie doświadcza tego, jak to jest mieć
pozytywną relację z Jang Chommi. Całkiem przyjemne uczucie. Jest słodka, gdy
tak się śmieje.
Wyciągnął kij w jej stronę, a kiedy posłała mu pytające spojrzenie, dał
jej znać wzrokiem, by poczęstowała się pianką. Wzięła jedną do ręki. Okazała
się ona, jednak, być zbyt gorąca, dlatego natychmiast upuściła ją na ziemię,
posykując z bólu. Popatrzyła przepraszająco na Chińczyka.
- Nic się nie stało, możesz wziąć drugą – powiedział łagodnym tonem.
Wyciągnąwszy wnioski z sytuacji, która miała miejsce sekundę wcześniej,
podmuchał kilka razy piankę, utkwioną na patyku i podał ją dziewczynie, od razu
sięgając po kolejne dwie do paczki i nadziewając je na czubek.
ChomChom trzymała przysmak w palcach, przyglądając mu się w spokoju
przez dłuższą chwilę. Pierwszy raz czuła się przy nim dobrze. Nie dokuczał jej,
nie śmiał się z niej, a nawet chyba zażartował raz, jeśli wszystko dobrze
zrozumiała. Jeśli Jackson był taki jak teraz dla wszystkich innych zawsze, to
zaczynała rozumieć, dlaczego trzy dziewczyny z jej zespołu przechodziły
zauroczenie tym chłopakiem. Renee wciąż nie przeszło.
- Zostały ci trzy przysługi, tak? – zapytała, kiedy zjadał kolejne
pianki.
- Może jutro je wykorzystam – mruknął, gapiąc się w płomyki ognia.
- A może będziesz wielkoduszny i dasz mi spokój? – zaproponowała.
- Nie – odparł ze śmiechem, kręcąc głową. – Nie ma bata, układ, to
układ. – Puścił jej oczko, a ona sama westchnęła.
- A nie możesz teraz czegoś na szybko wymyślić?
- Aish, z tobą taka zabawa – syknął, ściągając brwi ku sobie. – Tak szybko
chcesz mieć to z głowy?
- Im szybciej, tym lepiej. – Chwyciła za patyk chłopaka i przystawiła
sobie do ust, by ochłodzić pierwszą z brzegu piankę kilkoma dmuchnięciami, a
następnie ją zjeść. Jackson nie protestował, przyglądał jej się tylko w spokoju
i ciszy. – No dawaj, wymyśl coś teraz – ponagliła, przeżuwając słodycz.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął, samemu pakując sobie do ust
drugą piankę z kija. – Zwykle o tej porze otwierają się najczarniejsze dziury
mojego umysłu. – Popatrzył na nią tak,
jakby chciał ją przestraszyć wzrokiem.
- Na przykład co? Mógłbyś kazać mi wskoczyć do ogniska?
- Nie no, aż tak to nie. Ale
kazałbym ci zdjąć tą bluzę i siedziałabyś tu cały wieczór w krótkim rękawku –
powiedział, jakby z przestrogą. – A potem byłabyś chora i Youngjae by mnie
zabił.
- Nie prawda, Youngjae jest słodki – stwierdziła, uśmiechając się
lekko.
- W sumie racja – przytaknął. – Ten dzieciak muchy by nie skrzywdził.
Chociaż mógłby mnie przestać bić, kiedy się śmieje, to trochę boli – mruknął z
grymasem na twarzy. – Wolę jak mnie tula. – Wydął wargę w uroczym smuteczku.
- Yah… nie tulaj go, to mój chłopak…
- Twój, mój, Jaebum’a… – Wzruszył ramionami. – Co za różnica?
- Jaebum’a? – powtórzyła.
- Ups… - Zakrył usta dłonią. – To miał być sekret. Ale wiesz… oni śpią
na jednym łóżku teraz… z resztą w domu też. No i do tego 2JAE BRALI RAZEM
PRYSZNIC!!! – wrzasnął na cały głos, po czym wszyscy pozostali zakrzyknęli,
zapiszczeli i zawyli w ekscytacji, albo obrzydzeniu. ChomChom wyglądała na
zszokowaną i zdegustowaną, dziewczyny komentowały na głos, a Jaebum krzyczał
zza ogniska na Wang’a, że zabije go, jak tylko wytrzeźwieje.
Tylko BamBam i Renee nie mogli w tamtym momencie
usłyszeć tej ciekawostki, bo kilka minut wcześniej BamBam zabrał ją na
pogawędkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz