Jupiter
Siedział w samochodzie ojca, na kanapie z tyłu, jak co dzień. Oparty czołem o okno, wyglądał za nie, obserwując krajobraz bogaty w kolory. W oko rzucał się od razu zielony, jako, że przejeżdżali przez kilka wsi, aby na końcu trafić do miasta. Jednakże Luke nigdy nie zwracał większej uwagi na to, co od razu rzuca się w oko. Jego oczy widziały więcej, głębiej, bliżej, dalej i szerzej. Potrafił ujrzeć nie tylko to, co materialne, ale również to, co duchowe. Dlatego nigdy nie nudzi mu się oglądanie tego krajobrazu, mimo, że jeździ tą samą drogą dzień w dzień i zna już ją na pamięć. W trawie zawsze ukryje się jakiś kot, polujący na mysz, z lasu zawsze wychyli się jakaś sarna, albo lis. A sarna w oczach zawsze ma strach. Chociaż wygląda na spokojną, to Luke widzi to rozproszone spojrzenie maleńkiego stworzenia, wychylającego się z wielkiego lasu, oddalonego od drogi o mniej więcej trzy kilometry.
- Luke. Luke! - głos ojca wyrwał go z zamyślenia.
Chłopak popatrzył w jego kierunku i wyprostował się, splatając swoje dłonie na
kolanach. - O której dzisiaj kończysz zajęcia? Mam cię odebrać, czy wrócisz
taksówką? - pytał mężczyzna, zerkając co chwila w lusterko nad sobą, by
zobaczyć, siedzącego z tyłu swojego syna. Luke był dobrym dzieciakiem, tylko
roztrzepanym. Był cichy i bardzo często zamyślony. Zamyka się w swoim świecie,
a jego rodzice nie raz czują, że tracą z nim kontakt. Chociaż dokładniej, przez
słowo "kontakt" mają na myśli "kontrolę". Odkąd skończył
piętnaście lat stara się co jakiś czas poruszać temat jego planowanego ślubu z
córką znajomych jego rodziców, którego nigdy nie chciał. Zna ją, chodzili
kiedyś do tej samej klasy, jednak nigdy nie czuł się w jej towarzystwie
najlepiej. Zdecydowanie woli spotykać się z Kkaniee i Christopher'em. Tylko, że
za każdym razem, kiedy stara się opowiedzieć coś na ich temat rodzicom, oni
ucinają rozmowę. Coraz mniej chętnie pozwalają mu się z nimi spotykać.
- Myślałem, żeby zostać dzisiaj na noc u Chris'a. -
powiedział bezbarwnym głosem. Ojciec westchnął, kierując swój wzrok z powrotem
na ulicę przed sobą. Milczał przez chwilę. Prawdopodobnie szukał wymówki, by
nie pozwolić mu na to. Był jeszcze niepełnoletni, ale w świecie ludzi z elity
nawet pełnoletność nie oznaczała, że człowiek staje się niezależny. Raczej
tyle, że rodzina wyciąga cięższe działa, by móc go kontrolować. Jego nie była
aż tak bogata, więc podchodziła do tych spraw nieco lżej, matka nawet okazywała
mu miłość, a ojciec zainteresowanie, ale wciąż czuł się więziony. Kiedy poznał
księżniczkę Siabar, coś zaczęło się zmieniać. Jakby wszyscy z kręgu społecznego
jego rodziców o tym wiedzieli i za wszelką cenę starali się uprzykrzyć mu
życie. On jednak dawał radę. Przez parę miesięcy zmagał się z potwornymi
trudnościami w szkole i życiu biznesowym rodziny, ale w końcu poznał samego
Króla. Nikt nie wiedział, dlaczego akurat po takim czasie od poznania
Księżniczki, ale też nikt o to nie pytał. Ważne, że w ogóle mógł go poznać. Od
tego czasu trudności już go nie przerastają. Księżniczka i wielokrotnie sam
Król wstawiają się za nim. Problem w tym, że jego rodzice nie przepadają za
Królem i jego sposobem rządzenia.
- Nie wiem - mruknął mężczyzna.
- Proszę, tato, ostatni raz byłem u niego na noc
pół roku temu...
- Widzicie się co dziennie w szkole, a chodzisz do
jego domu raz w tygodniu i siedzisz tam kilka godzin. - przerwał mu w środku
zdania. - Że też jego rodzice nie mają cię jeszcze dosyć.
- Właściwie to lubią mnie - powiedział po chwili
ciszy, czując żal o słowa ojca. Rodzice Christopher’a lubią go bardziej niż
jego własni. Wyjrzał znowu za okno, chcąc przemyśleć, jakiego sposobu powinien
jeszcze użyć, aby go nakłonić. Nagle na środku łąki zobaczył drobną postać.
Szczupła dziewczyna o brązowych włosach kucała w trawie, dotykając kwiata. Nie
zerwała go jednak. Dlaczego ją kojarzył? Skąd?
- Tato, zatrzymaj się - poprosił nagle,
przywierając dłońmi do szyby.
- Zwariowałeś? Spóźnię się do pracy, a ty do
szkoły. Nie ma mowy.
- Proszę cię, tam chyba jest Kkaniee... - nalegał
ciągle, wpatrzony w łąkę. Ojciec rzadko widywał go takiego rozemocjowanego.
Rzadko widział, by Luke odczuwał jakiekolwiek emocje, a to dobry widok. Wyjrzał
również w kierunku łąki, ale niczego tam nie widział. Puste pole, takie samo,
jak reszta pól, które mijali.
- Nikogo nie widzę... - bąknął, zdezorientowany.
- Ona tam jest, na pewno. - Chłopak uśmiechnął się
i obracając w stronę ojca z tym samym uśmiechem na ustach, powiedział: - Pozwól
mi wysiąść. Pojadę z nią do szkoły, w końcu to nie daleko, a ja jestem prawie
dorosły.
Chwilę jeszcze się wahał, ale w końcu uległ. Radość
na twarzy jego syna zwyciężyła. Z resztą, skoro miał odziedziczyć wkrótce
firmę, to powinien uczyć się samodzielności. Nic mu się nie stanie.
Wysadził chłopaka na poboczu i odjechał. Luke, nie
tracąc czasu przebiegł przez ulicę i ruszył prędko przez sam środek łąki. W
połowie drogi pomyślał ze smutkiem, że chyba powinien potrenować trochę także
swoją kondycję, skoro jego wzrok zawsze pędzi o pięćset metrów na godzinę
szybciej niż jego nogi. Zwolnił, zmęczony, ale nie ustawał w biegu. Na
szczęście dziewczyna nie odchodziła zbyt daleko. Wciąż kucała, przyglądając się
raz jednemu kwiatowi, a raz innemu.
Gdy w końcu był na tyle blisko, by dotknąć
dziewczyny, wyciągnął swoją dłoń do przodu... i ku jego zaskoczeniu, przeciął
ją na wylot swoimi palcami. Przeszły przez jej ciało, jakby w ogóle go nie
było... aaaah, no tak, to by wiele tłumaczyło, pomyślał.
W momencie, gdy ręka Luke'a przeniknęła przez
dziewczynę, ta krzyknęła głośno, wystraszona, na, co oczywiście spiął się,
mimowolnie.
- Rany koguta, Luke! - odetchnęła z ulgą, widząc
obok siebie swojego przyjaciela.
- Co robisz? - zapytał, rozluźniając się powoli. -
Piszesz znowu? O tej porze?
- Raczej próbuję. - mruknęła, niezadowolona,
krzyżując ręce na piersi. - Zgubiłam słowo.
Na Hallitarze wielu ludzi miało wspaniałe
zdolności. Niektórzy urodzili się z nimi, czego przykładem byłą właśnie
Kkaniee, a inni zostali obdarowani przez drugą z księżniczek - Pnevmę. Chociaż
są także osoby, które w połowie swojego życia otrzymały dziwny dar. Nie od
żadnego z członków rodziny królewskiej, w dodatku wykorzystywany w nienajlepszy
sposób. Niektórzy twierdzą, że to wysłańcy Kobiety Złej dają takie umiejętności
ludziom, ale większość Hallitarian w to nie wierzy. Niektórzy poddają w
wątpliwość nawet to, iż sam król i jego rodzina mają nadludzkie umiejętności,
ale Luke go widział twarzą w twarz. Rozmawiał z nim, a jego córka dała mu
sokoli wzrok i otworzyła oczy ducha. On nie mógłby zwątpić w prawdziwość
rodziny królewskiej.
Talent Kkaniee, to pisanie. Od dziecka wymyślała
przeróżne historie, kształciła swoją wyobraźnię, która teraz, kiedy Kkaniee ma
siedemnaście lat, wygląda właśnie tak. Jest spirytualną formą niej samej,
wygląda dokładnie tak, jak dziewczyna i myśli tak, jak ona. Nie ma jednak ciała
i nikt nie może jej dotknąć, a ona może dotknąć wszystkiego. Ujawnia się
zawsze, kiedy Kkanie zaczyna tworzyć jakąś historię, a zwykle siedzi w jej
głowie.
- Jakie? - zapytał, gotowy pomóc jej w szukaniu
zagubionego słowa. Swoją drugą parą oczu na pewno dałby radę.
- Jakbym wiedziała, to bym go nie szukała... -
popatrzyła na niego z westchnieniem.
- Ah, rozumiem... – No może nie do końca, bo
zrozumieć tę dziewczynę, to… wyzwanie. W każdym razie rozumiał wagę jej
problemu.
Luke przyjrzał się dziewczynie, chcąc odgadnąć, na
jakim etapie przygotowania do szkoły się znajdowała. Miała na sobie czarne,
przyległe do jej krótkich, szczupłych nóg spodnie, za dużą około trzech
rozmiarów, różową koszulkę i niegdyś czerwone - teraz mocno wyblakłe trampki
pod kostkę. Swoje proste, brązowe włosy, jak zawsze rozczesane, założyła za
ucho. Miała najprawdopodobniej najdłuższe włosy na świecie, (bo po co komu
dłuższe?) a na pewno najdłuższe, jakie kiedykolwiek widział Luke. Sięgały jej w
końcu do połowy ud.
Widmo dziewczyny stało tak przez chwilę zamyślone,
kiedy nagle jej oczy zabłysnęły jasnym światłem, a ona sama wzdrygnęła się,
zaskoczona, tak samo z resztą, jak i chłopak. Z tym, że ona wiedziała, co się
dzieje, a on nie do końca. Wiedział, że prawdziwa Kkaniee w tym momencie
przesyłała jej jakiś bardzo ważny sygnał, ale nie miał pojęcia, czego mógł
dotyczyć. Po chwili światło zgasło, a czekoladowe oczy dziewczyny popatrzyły w
te niebieskie Luke’a.
- Wracamy - rzuciła tylko, zanim złapała go w
nadgarstku i pociągnęła za sobą. Nie zdążył nawet zapytać, co się dzieje, bo w
nie więcej niż trzy sekundy znalazł się już w domu Kkaniee. To nie była
teleportacja. Kiedy wyobraźnia dziewczyny wraca do jej głowy, to tak, jakby
ktoś puścił naciągniętą wcześniej do maksimum gumę z jednej strony. Więc
naturalnie, zawsze po takiej przejażdżce Luke'owi kręciło się w głowie i miał
ochotę wymiotować. Tym razem wylądował w przedpokoju, od razu opierając się
rękoma o ścianę, kiedy tylko odzyskał orientację przestrzenną.
Żywa i prawdziwa Kkaniee wstała z fotela, na którym
siedziała, odłożyła laptopa na stolik obok i podbiegła, do stojącej na środku
salonu młodej kobiety.
- Siabar! - wykrzyknęła z radością, by po chwili
zasłonić usta obydwiema dłońmi. Zauważyła wtedy w jej rękach wiotkie ciało
jakiejś dziewczyny. Przeniosła pytające spojrzenie na twarz Księżniczki, bo na
żadne słowa nie było jej stać.
- Kkaniee, proszę cię o przysługę... - powiedziała
z delikatnym uśmiechem. - Zajmij się nią.
- Co? - szepnęła ledwie słyszalnie, opuszczając
ręce powoli. Patrzyła, zagubionym spojrzeniem na ciało nieprzytomnej
dziewczyny.
- Kto to jest? - zapytał Luke, wchodząc do pokoju
niepewnym krokiem.
- Nazywa się Jupiter - powiedziała kobieta,
cierpliwie czekając na odpowiedź ze strony Kkaniee.
- Czy ona żyje? - To dość trafne pytanie. Wyglądała
na martwą, jej klatka piersiowa nie unosiła się, w dodatku była cała poraniona
i posiniaczona, a jej kończyny zwisały, jakby zupełnie pozbawione mięśni.
- Rozbiła się przy lądowaniu, a akcja serca ustała
po przebiciu się przez powłokę naszej planety - wyjaśniła Księżniczka, obracając
się i układając dziewczynę na kanapie.
- Ale... ty ją wskrzesisz, prawda? - Księżniczka
Siabar zachichotała i wskazała ruchem dłoni, by oboje zbliżyli się do niej.
- Skoro jesteśmy tu razem, to zróbmy to razem -
rzekła, wskazując na ciało dziewczyny.
- Razem? - zdziwiła się Kkaniee. - Nie sądzę, bym
była na to gotowa, Księżniczko... ja...
- Ja wiem, że jesteś gotowa. - Kobieta położyła
swoją rękę na ramieniu nastolatki. - Połóż dłoń na jej sercu. - Złapała Luke'a
za ramię. - Połóż swoją na jej głowie.
Kiedy obydwoje wykonali polecenia, oczy księżniczki
zamknęły się. Szepnęła jedno ciche słowo, które jak gdyby wypłynęło również z
jej dłoni i skierowało się prosto do nerwów nastolatków. Ich ciała wypełniły
się ciepłem, a przez ich ręce, którymi dotykali martwej dziewczyny przebiegła w
dół wiązka energii. Poranione ciało zaczęło się regenerować. Jej rany
pozamykały się, skóra odzyskała żywy kolor, a bród, jaki znajdował się na jej
ciele zniknął zupełnie. Jednak, co najdziwniejsze, jej klatka piersiowa zaczęła
unosić się równomiernie.
Kkaniee zobaczyła to dopiero, kiedy otworzyła oczy,
bo przez te wszystkie emocje miała je ciągle zamknięte. Nie wiedziała, jeszcze,
co się stało, ale chciała popatrzyć na Siabar, uśmiechnąć się do niej i
podziękować, ale, kiedy się obróciła, księżniczki nie było w pokoju.
„Rozważ moją prośbę”, usłyszała w głowie, po czym
spojrzała szczupłego chłopca, obok niej. Uśmiechnął się do niej lekko, by po
chwili unieść brwi w górę.
- Kkaniee, popatrz na swoje ramię…
- Oh, twoje też!
Złoty pył, który pozostał na ich ubraniach zniknął
po chwili, a wtedy oboje popatrzyli na obcą dziewczynę.
- Co o niej myślisz? – zapytała szeptem nastolatka,
by przypadkiem nie obudzić gościa. Wciąż była w lekkim szoku po tym, co zrobiła
księżniczka. Nie była jeszcze gotowa psychicznie na rozmowę z kimś, kto jeszcze
minutę temu nie żył.
Luke zamrugał kilkakrotnie. Widział jej duszę. Nie
była zła, ale czuł coś dziwnego. Była zupełnie pusta. Zero wspomnień, emocji,
uczuć, marzeń. Była biała, jak kartka papieru.
- Skąd ona się tu wzięła? – mruknął sam do siebie.
Chwilę jeszcze przyglądali jej się w ciszy, kiedy
nagle Kkaniee złapała go w przedramieniu.
- Luke, ona chyba się budzi – szepnęła, cofając się
o krok w tył.
Faktycznie, powieki dziewczyny poruszyły się.
Długie, ciemne rzęsy powoli uniosły się, ukazując dwójce przyjaciół
niewiarygodnie jasne, niebieskie oczy. Miało się wrażenie, jakby jej tęczówki
odbijały światło słoneczne, wpadające przez okno nad kanapą. Ze wszystkiego, co
zobaczył w niej Luke, jej oczy były najpiękniejsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz