sobota, 15 kwietnia 2017

World of Jupiter. [#2]

Jupiter


Siedział w samochodzie ojca, na kanapie z tyłu, jak co dzień. Oparty czołem o okno, wyglądał za nie, obserwując krajobraz bogaty w kolory. W oko rzucał się od razu zielony, jako, że przejeżdżali przez kilka wsi, aby na końcu trafić do miasta. Jednakże Luke nigdy nie zwracał większej uwagi na to, co od razu rzuca się w oko. Jego oczy widziały więcej, głębiej, bliżej, dalej i szerzej. Potrafił ujrzeć nie tylko to, co materialne, ale również to, co duchowe. Dlatego nigdy nie nudzi mu się oglądanie tego krajobrazu, mimo, że jeździ tą samą drogą dzień w dzień i zna już ją na pamięć. W trawie zawsze ukryje się jakiś kot, polujący na mysz, z lasu zawsze wychyli się jakaś sarna, albo lis. A sarna w oczach zawsze ma strach. Chociaż wygląda na spokojną, to Luke widzi to rozproszone spojrzenie maleńkiego stworzenia, wychylającego się z wielkiego lasu, oddalonego od drogi o mniej więcej trzy kilometry.
- Luke. Luke! - głos ojca wyrwał go z zamyślenia. Chłopak popatrzył w jego kierunku i wyprostował się, splatając swoje dłonie na kolanach. - O której dzisiaj kończysz zajęcia? Mam cię odebrać, czy wrócisz taksówką? - pytał mężczyzna, zerkając co chwila w lusterko nad sobą, by zobaczyć, siedzącego z tyłu swojego syna. Luke był dobrym dzieciakiem, tylko roztrzepanym. Był cichy i bardzo często zamyślony. Zamyka się w swoim świecie, a jego rodzice nie raz czują, że tracą z nim kontakt. Chociaż dokładniej, przez słowo "kontakt" mają na myśli "kontrolę". Odkąd skończył piętnaście lat stara się co jakiś czas poruszać temat jego planowanego ślubu z córką znajomych jego rodziców, którego nigdy nie chciał. Zna ją, chodzili kiedyś do tej samej klasy, jednak nigdy nie czuł się w jej towarzystwie najlepiej. Zdecydowanie woli spotykać się z Kkaniee i Christopher'em. Tylko, że za każdym razem, kiedy stara się opowiedzieć coś na ich temat rodzicom, oni ucinają rozmowę. Coraz mniej chętnie pozwalają mu się z nimi spotykać.
- Myślałem, żeby zostać dzisiaj na noc u Chris'a. - powiedział bezbarwnym głosem. Ojciec westchnął, kierując swój wzrok z powrotem na ulicę przed sobą. Milczał przez chwilę. Prawdopodobnie szukał wymówki, by nie pozwolić mu na to. Był jeszcze niepełnoletni, ale w świecie ludzi z elity nawet pełnoletność nie oznaczała, że człowiek staje się niezależny. Raczej tyle, że rodzina wyciąga cięższe działa, by móc go kontrolować. Jego nie była aż tak bogata, więc podchodziła do tych spraw nieco lżej, matka nawet okazywała mu miłość, a ojciec zainteresowanie, ale wciąż czuł się więziony. Kiedy poznał księżniczkę Siabar, coś zaczęło się zmieniać. Jakby wszyscy z kręgu społecznego jego rodziców o tym wiedzieli i za wszelką cenę starali się uprzykrzyć mu życie. On jednak dawał radę. Przez parę miesięcy zmagał się z potwornymi trudnościami w szkole i życiu biznesowym rodziny, ale w końcu poznał samego Króla. Nikt nie wiedział, dlaczego akurat po takim czasie od poznania Księżniczki, ale też nikt o to nie pytał. Ważne, że w ogóle mógł go poznać. Od tego czasu trudności już go nie przerastają. Księżniczka i wielokrotnie sam Król wstawiają się za nim. Problem w tym, że jego rodzice nie przepadają za Królem i jego sposobem rządzenia.
- Nie wiem - mruknął mężczyzna.
- Proszę, tato, ostatni raz byłem u niego na noc pół roku temu...
- Widzicie się co dziennie w szkole, a chodzisz do jego domu raz w tygodniu i siedzisz tam kilka godzin. - przerwał mu w środku zdania. - Że też jego rodzice nie mają cię jeszcze dosyć.
- Właściwie to lubią mnie - powiedział po chwili ciszy, czując żal o słowa ojca. Rodzice Christopher’a lubią go bardziej niż jego własni. Wyjrzał znowu za okno, chcąc przemyśleć, jakiego sposobu powinien jeszcze użyć, aby go nakłonić. Nagle na środku łąki zobaczył drobną postać. Szczupła dziewczyna o brązowych włosach kucała w trawie, dotykając kwiata. Nie zerwała go jednak. Dlaczego ją kojarzył? Skąd?
- Tato, zatrzymaj się - poprosił nagle, przywierając dłońmi do szyby.
- Zwariowałeś? Spóźnię się do pracy, a ty do szkoły. Nie ma mowy.
- Proszę cię, tam chyba jest Kkaniee... - nalegał ciągle, wpatrzony w łąkę. Ojciec rzadko widywał go takiego rozemocjowanego. Rzadko widział, by Luke odczuwał jakiekolwiek emocje, a to dobry widok. Wyjrzał również w kierunku łąki, ale niczego tam nie widział. Puste pole, takie samo, jak reszta pól, które mijali.
- Nikogo nie widzę... - bąknął, zdezorientowany.
- Ona tam jest, na pewno. - Chłopak uśmiechnął się i obracając w stronę ojca z tym samym uśmiechem na ustach, powiedział: - Pozwól mi wysiąść. Pojadę z nią do szkoły, w końcu to nie daleko, a ja jestem prawie dorosły.
Chwilę jeszcze się wahał, ale w końcu uległ. Radość na twarzy jego syna zwyciężyła. Z resztą, skoro miał odziedziczyć wkrótce firmę, to powinien uczyć się samodzielności. Nic mu się nie stanie.
Wysadził chłopaka na poboczu i odjechał. Luke, nie tracąc czasu przebiegł przez ulicę i ruszył prędko przez sam środek łąki. W połowie drogi pomyślał ze smutkiem, że chyba powinien potrenować trochę także swoją kondycję, skoro jego wzrok zawsze pędzi o pięćset metrów na godzinę szybciej niż jego nogi. Zwolnił, zmęczony, ale nie ustawał w biegu. Na szczęście dziewczyna nie odchodziła zbyt daleko. Wciąż kucała, przyglądając się raz jednemu kwiatowi, a raz innemu.
Gdy w końcu był na tyle blisko, by dotknąć dziewczyny, wyciągnął swoją dłoń do przodu... i ku jego zaskoczeniu, przeciął ją na wylot swoimi palcami. Przeszły przez jej ciało, jakby w ogóle go nie było... aaaah, no tak, to by wiele tłumaczyło, pomyślał.
W momencie, gdy ręka Luke'a przeniknęła przez dziewczynę, ta krzyknęła głośno, wystraszona, na, co oczywiście spiął się, mimowolnie.
- Rany koguta, Luke! - odetchnęła z ulgą, widząc obok siebie swojego przyjaciela.
- Co robisz? - zapytał, rozluźniając się powoli. - Piszesz znowu? O tej porze?
- Raczej próbuję. - mruknęła, niezadowolona, krzyżując ręce na piersi. - Zgubiłam słowo.
Na Hallitarze wielu ludzi miało wspaniałe zdolności. Niektórzy urodzili się z nimi, czego przykładem byłą właśnie Kkaniee, a inni zostali obdarowani przez drugą z księżniczek - Pnevmę. Chociaż są także osoby, które w połowie swojego życia otrzymały dziwny dar. Nie od żadnego z członków rodziny królewskiej, w dodatku wykorzystywany w nienajlepszy sposób. Niektórzy twierdzą, że to wysłańcy Kobiety Złej dają takie umiejętności ludziom, ale większość Hallitarian w to nie wierzy. Niektórzy poddają w wątpliwość nawet to, iż sam król i jego rodzina mają nadludzkie umiejętności, ale Luke go widział twarzą w twarz. Rozmawiał z nim, a jego córka dała mu sokoli wzrok i otworzyła oczy ducha. On nie mógłby zwątpić w prawdziwość rodziny królewskiej.
Talent Kkaniee, to pisanie. Od dziecka wymyślała przeróżne historie, kształciła swoją wyobraźnię, która teraz, kiedy Kkaniee ma siedemnaście lat, wygląda właśnie tak. Jest spirytualną formą niej samej, wygląda dokładnie tak, jak dziewczyna i myśli tak, jak ona. Nie ma jednak ciała i nikt nie może jej dotknąć, a ona może dotknąć wszystkiego. Ujawnia się zawsze, kiedy Kkanie zaczyna tworzyć jakąś historię, a zwykle siedzi w jej głowie.
- Jakie? - zapytał, gotowy pomóc jej w szukaniu zagubionego słowa. Swoją drugą parą oczu na pewno dałby radę.
- Jakbym wiedziała, to bym go nie szukała... - popatrzyła na niego z westchnieniem.
- Ah, rozumiem... – No może nie do końca, bo zrozumieć tę dziewczynę, to… wyzwanie. W każdym razie rozumiał wagę jej problemu.
Luke przyjrzał się dziewczynie, chcąc odgadnąć, na jakim etapie przygotowania do szkoły się znajdowała. Miała na sobie czarne, przyległe do jej krótkich, szczupłych nóg spodnie, za dużą około trzech rozmiarów, różową koszulkę i niegdyś czerwone - teraz mocno wyblakłe trampki pod kostkę. Swoje proste, brązowe włosy, jak zawsze rozczesane, założyła za ucho. Miała najprawdopodobniej najdłuższe włosy na świecie, (bo po co komu dłuższe?) a na pewno najdłuższe, jakie kiedykolwiek widział Luke. Sięgały jej w końcu do połowy ud.
Widmo dziewczyny stało tak przez chwilę zamyślone, kiedy nagle jej oczy zabłysnęły jasnym światłem, a ona sama wzdrygnęła się, zaskoczona, tak samo z resztą, jak i chłopak. Z tym, że ona wiedziała, co się dzieje, a on nie do końca. Wiedział, że prawdziwa Kkaniee w tym momencie przesyłała jej jakiś bardzo ważny sygnał, ale nie miał pojęcia, czego mógł dotyczyć. Po chwili światło zgasło, a czekoladowe oczy dziewczyny popatrzyły w te niebieskie Luke’a.
- Wracamy - rzuciła tylko, zanim złapała go w nadgarstku i pociągnęła za sobą. Nie zdążył nawet zapytać, co się dzieje, bo w nie więcej niż trzy sekundy znalazł się już w domu Kkaniee. To nie była teleportacja. Kiedy wyobraźnia dziewczyny wraca do jej głowy, to tak, jakby ktoś puścił naciągniętą wcześniej do maksimum gumę z jednej strony. Więc naturalnie, zawsze po takiej przejażdżce Luke'owi kręciło się w głowie i miał ochotę wymiotować. Tym razem wylądował w przedpokoju, od razu opierając się rękoma o ścianę, kiedy tylko odzyskał orientację przestrzenną.
Żywa i prawdziwa Kkaniee wstała z fotela, na którym siedziała, odłożyła laptopa na stolik obok i podbiegła, do stojącej na środku salonu młodej kobiety.
- Siabar! - wykrzyknęła z radością, by po chwili zasłonić usta obydwiema dłońmi. Zauważyła wtedy w jej rękach wiotkie ciało jakiejś dziewczyny. Przeniosła pytające spojrzenie na twarz Księżniczki, bo na żadne słowa nie było jej stać.
- Kkaniee, proszę cię o przysługę... - powiedziała z delikatnym uśmiechem. - Zajmij się nią.
- Co? - szepnęła ledwie słyszalnie, opuszczając ręce powoli. Patrzyła, zagubionym spojrzeniem na ciało nieprzytomnej dziewczyny.
- Kto to jest? - zapytał Luke, wchodząc do pokoju niepewnym krokiem.
- Nazywa się Jupiter - powiedziała kobieta, cierpliwie czekając na odpowiedź ze strony Kkaniee.
- Czy ona żyje? - To dość trafne pytanie. Wyglądała na martwą, jej klatka piersiowa nie unosiła się, w dodatku była cała poraniona i posiniaczona, a jej kończyny zwisały, jakby zupełnie pozbawione mięśni.
- Rozbiła się przy lądowaniu, a akcja serca ustała po przebiciu się przez powłokę naszej planety - wyjaśniła Księżniczka, obracając się i układając dziewczynę na kanapie.
- Ale... ty ją wskrzesisz, prawda? - Księżniczka Siabar zachichotała i wskazała ruchem dłoni, by oboje zbliżyli się do niej.
- Skoro jesteśmy tu razem, to zróbmy to razem - rzekła, wskazując na ciało dziewczyny.
- Razem? - zdziwiła się Kkaniee. - Nie sądzę, bym była na to gotowa, Księżniczko... ja...
- Ja wiem, że jesteś gotowa. - Kobieta położyła swoją rękę na ramieniu nastolatki. - Połóż dłoń na jej sercu. - Złapała Luke'a za ramię. - Połóż swoją na jej głowie.
Kiedy obydwoje wykonali polecenia, oczy księżniczki zamknęły się. Szepnęła jedno ciche słowo, które jak gdyby wypłynęło również z jej dłoni i skierowało się prosto do nerwów nastolatków. Ich ciała wypełniły się ciepłem, a przez ich ręce, którymi dotykali martwej dziewczyny przebiegła w dół wiązka energii. Poranione ciało zaczęło się regenerować. Jej rany pozamykały się, skóra odzyskała żywy kolor, a bród, jaki znajdował się na jej ciele zniknął zupełnie. Jednak, co najdziwniejsze, jej klatka piersiowa zaczęła unosić się równomiernie.
Kkaniee zobaczyła to dopiero, kiedy otworzyła oczy, bo przez te wszystkie emocje miała je ciągle zamknięte. Nie wiedziała, jeszcze, co się stało, ale chciała popatrzyć na Siabar, uśmiechnąć się do niej i podziękować, ale, kiedy się obróciła, księżniczki nie było w pokoju.
„Rozważ moją prośbę”, usłyszała w głowie, po czym spojrzała szczupłego chłopca, obok niej. Uśmiechnął się do niej lekko, by po chwili unieść brwi w górę.
- Kkaniee, popatrz na swoje ramię…
- Oh, twoje też!
Złoty pył, który pozostał na ich ubraniach zniknął po chwili, a wtedy oboje popatrzyli na obcą dziewczynę.
- Co o niej myślisz? – zapytała szeptem nastolatka, by przypadkiem nie obudzić gościa. Wciąż była w lekkim szoku po tym, co zrobiła księżniczka. Nie była jeszcze gotowa psychicznie na rozmowę z kimś, kto jeszcze minutę temu nie żył.
Luke zamrugał kilkakrotnie. Widział jej duszę. Nie była zła, ale czuł coś dziwnego. Była zupełnie pusta. Zero wspomnień, emocji, uczuć, marzeń. Była biała, jak kartka papieru.
- Skąd ona się tu wzięła? – mruknął sam do siebie.
Chwilę jeszcze przyglądali jej się w ciszy, kiedy nagle Kkaniee złapała go w przedramieniu.
- Luke, ona chyba się budzi – szepnęła, cofając się o krok w tył.
Faktycznie, powieki dziewczyny poruszyły się. Długie, ciemne rzęsy powoli uniosły się, ukazując dwójce przyjaciół niewiarygodnie jasne, niebieskie oczy. Miało się wrażenie, jakby jej tęczówki odbijały światło słoneczne, wpadające przez okno nad kanapą. Ze wszystkiego, co zobaczył w niej Luke, jej oczy były najpiękniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz