Groźba pierwsza
Obudziłam się nie w tej sypialni, co trzeba,
aczkolwiek z kim trzeba. W końcu. Tym dobrym akcentem rozpoczęła się końcówka
moich wakacji. Pomyślałam wtedy, że może, kiedy już będziemy wspominać ten
wyjazd, będę mogła powiedzieć z czystym sumieniem i bez kłamania, że wcale
nie było aż tak źle, jak się spodziewałam. Kolejne dni, aż do samego końca
(a wiele ich nie było) mijały spokojnie, bez żadnych sprzeczek, zupełnie nic
mnie nie denerwowało. Moi bracia trochę sobie nawzajem dogryzali, ale do tego
już zdążyłam przywyknąć. Tak było od zawsze i nigdy się to nie zmieni. A
przynajmniej tak mi się wydaje, kiedy na nich patrzę.
- Spakowaliście wszystko? Eustachy, masz swój
glukometr? - dopytywałam, chcąc upewnić się, że nikt niczego nie zostawi w
pawilonie.
- Martw się o siebie, dzieckiem nie jestem... -
syknął, robiąc jedną z najgłupszych min na ziemii. Ten to dopiero jest brzydki,
zwłaszcza, kiedy tak robi. Pokręciłam głową, pozostawiając to bez komentarza i
przeszłam się jeszcze raz po domku, sprawdzając wszystkie pomieszczenia.
Jeśli ktoś mnie zna, to wie doskonale, że moją
supermocą jest gubienie rzeczy wszelakich, od kolczyków, przez telefon, na
całych torbach kończąc. Z wiekiem, rzecz jasna, trochę mi się ta skleroza
uspokoiła, ale wciąż zdarza mi się zapomnieć o najważniejszych przyborach,
czego okropnie nie lubię.
Jednakże, po dokładnym sprawdzeniu wszystkich
pokojów, uzmysłowiłam sobie, że nic mojego w nich nie zostało. Wyszłam, więc z
pawilonu i podeszłam do Daehyun'a.
- Już? - spytał krótko, obracając się w moją
stronę. Pokiwałam głową, gryząc policzek od środka i dałam mu się przytulić.
Ciągle jednak męczyło mnie przeczucie, że o czymś zapomniałam. Daehyun ręce
owinięte miał wokół mojej talii, a twarz schował w zagłębieniu mojej szyi.
- Podobało ci się? - Ton jego głosu znowu brzmiał
niezbyt pewnie, kiedy łaskotał swoim oddechem moją skórę. Oplotłam ramionami
jego kark, mając nadzieję, że mu to wystarczy i w zamian nie będzie dopytywał.
- Następnym razem pojedziemy sami - szepnął, wtulając się we mnie mocniej. -
Bez braci i dzieciaków... - dodał równie cicho, całując na końcu delikatnie
moją szyję.
- I byłych żon - dopełniłam, wplatając palce w jego
czarne włosy. Zaśmiał się cicho, a wibracje jego głosu rozniosły się po moim
gardle i płucach od środka.
Z jednej strony było mi żal wyjeżdżać z Ulsan, bo
na prawdę podobało mi się to miasto. Plaże, małe wysepki, palmy - to wszystko
sprawiało wrażenie, jakbyśmy byli na wyspach tropikalnych, a przecież to tylko
Korea. Ale z drugiej strony cieszyłam się, że w końcu będę miała spokój. Moi
braciszkowie wrócą do Polszy, Jieun i dzieciaki do siebie...
A ja i Daehyun do pracy...
No cóż. Właściwie, to lubię swoją pracę.
»
Zabraliśmy swoje tobołki i ruszyliśmy w drogę powrotną do Seulu. Jechaliśmy autobusem, tak jak i w tę stronę. Niestety wciąż gryzło mnie poczucie, że coś zostawiłam w Ulsan, a im dalej od miasta się przemieszczaliśmy, tym mocniejsze się ono stawało. Sprawdzałam w plecaku, czy aby na pewno zabrałam swoje słuchawki, telefon, Biblię, no te podstawowe rzeczy, bez których nie sposób przetrwać i wszystko okazywało się być na swoim miejscu.
Do stolicy dotarliśmy późnym wieczorem. Na parkingu
wygramoliliśmy się z autobusu i ruszyliśmy do swoich samochodów. Chłopcy
jeszcze dzisiaj wracali z nami, bo przez dwa następne dni mieli u nas
przenocować, a po nich dopiero wrócić do Polski. Samochód Jieun stał zaraz obok
naszego, więc pomogliśmy (czytaj Misiek i Daehyun, bo ja z Eustachym byliśmy
wyjątkowo senni [czytaj leniwi]) im załadować bagaże. Ciągnęło się to i ciągnęło,
ale gdy nareszcie skończyli, wszyscy wsiedliśmy do odpowiednich aut i
pozapinaliśmy pasy, wykazując się gotowością na przebycie kolejnej części
trasy.
- To teraz do Maka, rozumiem...? - bąknął
dziewiętnastoletni europejski perkusista, raczej leżąc, aniżeli siedząc na
kanapie samochodu z tyłu i grzebiąc w swoim smartfonie. Nasz blond braciszek
potakiwał energicznie głową, patrząc na mnie z wielkim uśmiechem. Dae z kolei
posłał mi pytające spojrzenie, bo przecież po polsku nie zrozumiał.
- Pyta, czy jedziemy do McDonald's. - wytłumaczyłam
szybko i zwróciłam się z powrotem do tyłu. - Wybijcie to sobie z głowy. Ty
będziesz gruby i miał pryszcze na dupie, a ty ześwirujesz, jak zawsze, kiedy
masz niedocukrzenie. - wytrajkotałam pięknie i wtedy usłyszeliśmy wszyscy to
kompletnie nie potrzebne "That's a pretty good idea!" z fotela
kierowcy. Chłopcy wydarli się radosnym okrzykiem, a ja wbiłam w swojego
chłopaka mordercze spojrzenie. Biedny nie wiedział, o co mi chodziło. I to był
kolejny powód, dla którego cieszyłam się, że chłopaki wracają niedługo do domu.
Nie będzie tego typu nieporozumień.
Kiedy już miałam coś powiedzieć, nagle coś zapukało
w szybę za mną, a ja podskoczyłam, wystraszona, jakby mnie poraziło prądem.
Obróciłam się tylko po to, by zobaczyć za oknem Jieun, która uśmiechała się
przepraszająco. Nacisnęłam guzik automatycznego otwierania, a szyba zjechała
powoli w dół.
- Cześć. Przepraszam, że przeszkadzam, ale
chciałabym jeszcze przez chwilę porozmawiać z Nikką. - powiedziała łagodnym,
melodyjnym tonem. - Mogę?
Przez chwilę patrzyłam na nią tępo, aż w końcu
otrząsnęłam się, mruknęłam ledwo słyszalne - a nawet gdyby, to i tak mało
wyraźne - "tak, jasne" i wyszłam z samochodu.
»
Rozmowa trwała faktycznie chwilę. I zmieniła wszystkie moje odczucia co do tego wyjazdu równie szybko.
To nie był dobry wypad. Nie był nawet
"niezły", albo "taki sobie". To, co powiedziała mi Song
Jieun zmiażdżyło moje serce, wbiło w nie sztylet i rozlało kwas po moich
wnętrznościach, tak, że nie mogłam się ruszyć.
Kobieta po oddaniu mi mojej książki, przez którą
miałam to ciągłe wrażenie, że o czymś zapomniałam, wyminęła mnie, pożegnała się
z chłopakami i odjechała. A ja dalej stałam w tym samym miejscu, nie mogąc
uwierzyć w to, co usłyszałam, zobaczyłam i poczułam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz