Obca
Nareszcie się udało. Wyszliśmy sami nieco bardziej w miasto i od pół
godziny chodziliśmy po tych mniejszych uliczkach Ulsan, gdzie straganików i
różnorakich budek tyle, co gwiazd na niebie.
- No widzisz, a gdybyś tak nie krzyczała, to nikt by nawet na nas nie
spojrzał - powiedział Daehyun, idąc tuż obok mnie. Trzymał cały czas moją dłoń
i nie puszczał odkąd tylko przekroczyliśmy próg naszego pawilonu. Lubiłam, gdy
trzymał mnie za rękę.
- Nie wierzę - pokręciłam głową, by po chwili spojrzeć na chłopaka ze
zdziwieniem i nutą politowania. - Jak możesz nie czuć się ani trochę skrępowany
tą sytuacją?
Wcześniej na plaży dopiero po jakimś czasie zauważyliśmy, że osoby z
okolicznych koców i leżaków od jakiegoś czasu (i mam powody myśleć, że to
moment, w którym Daehyun zaczął ze mnie ściągać koszulkę) nam się przyglądały,
a niektórzy nawet po cichu komentowali nasze zachowanie. Nie zdziwiłabym się
nawet, gdyby ktoś nam zrobił zdjęcie. W dobie smart fonów i Internetu, to
normalne.
Mnie, oczywiście, było strasznie głupio. On dla odmiany cieszył się,
jak idiota. Czasami nie mam pojęcia, co temu człowiekowi chodzi po głowie. Jak
zazwyczaj jest spokojny, grzeczny, delikatny, miły, piękny i tak dalej...
to czasami coś mu się przestawi, a wtedy zaczyna robić tego typu rzeczy. I
nawet wzrok obcych ludzi mu nie przeszkadza, nic się nie liczy.
Popatrzył na mnie i skubnął kawałek z mojej różowej waty cukrowej.
- Normalnie - mruknął, pakując sobie do buzi sklejony cukier. - Kocham
cię, niech wiedzą. - Wzruszył ramionami i jak gdyby nigdy nic, odwrócił nagle
wzrok na coś, co znajdowało się po mojej lewej stronie. - O, patrz! Restauracja
z bibimbab! - zawołał, wskazując palcem na drewnianą, skromną budkę, przy
której stało kilka niskich, plastikowych stolików i krzesełek.
- Restauracja... - powtórzyłam sarkastycznie.
- Tch - prychnął - myślałem, że nie potrzebujesz nie wiadomo jakich
luksusów do szczęścia - bąknął z wyrzutem to, co zwykle mówię ja, gdy on chce
kupić coś drogiego na mój lub wspólny użytek. Popatrzyłam na niego.
- Bo nie potrzebuję - przyznałam. - Ale to od definicji słowa
'restauracja' daleko odbiega. - Uniosłam brwi w górę, wskazując na budkę, o
której była mowa.
Westchnął ciężko i pokręcił głową, odwracając ode mnie wzrok. Po
chwili jednak znowu na mnie spojrzał i wyjęczał swoje niezadowolenie.
- Mieliśmy zjeść bibimbab, czy to takie ważne skąd? Nikka-ya, głodny
jestem, zobacz, jak mi burczy w brzuchu, nic dzisiaj nie jadłem... - Już brałam
oddech, chcąc mu wytknąć te wszystkie kanapki z plaży i śniadanie rano, ale
mnie ubiegł. - Oprócz tych wszystkich rzeczy wcześniej! Wiesz przecież, że mam
cztery żołądki...
Wiem. Zupełnie, jak krowa, pomyślałam. Po tym jednak zgodziłam
się zjeść coś z tej obrzydliwej baro-budki i zamówiłam małą porcję noodli,
podczas, gdy Daehyun wciągnął dwie miski bibimbab i resztę mojej waty cukrowej.
Następnie zadecydowałam, że przejdziemy się bardzo ładnym deptakiem i
spalimy trochę tych kalorii. Był to świetny pomysł, dlatego oczywiście zgodził
się bez zastanowienia. Mijaliśmy po drodze ludzi występujących na ulicy i palmę
za palmą. Nie mogłam oderwać wzroku od tych roślinek, były takie piękne i
niespotykane. Bo chciałabym zaznaczyć, że w Korei Południowej, mimo, iż zwanej
przez europejczyków krajem egzotycznym, palmy nie rosną, jak na Hawajach. A w
każdym razie nie ma ich w Seulu, czy innych większych miastach.
W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przy ślicznej fontannie z dwoma
marmurowymi pawiami w środku. Była taka piękna, że szkoda by było nie zrobić
sobie przy niej zdjęcia. Ustawiliśmy się, więc obok siebie, kilka metrów przed
fontanną i przy użyciu kijka do selfie, pstryknęliśmy sobie bardzo ładne
zdjęcie. Kolejne do naszej ściennej fotogalerii w salonie. Daehyun właśnie je
oglądał, kiedy zobaczyłam kilkadziesiąt metrów przed nami drobną postać,
krzyczącą do swojego taty, by ją zauważył. Problem w tym... że biegła w naszą
stronę. Gdy była dostatecznie blisko, dostrzegłam w jej twarzy rysy Dae, a
kawałek z tyłu, próbującą dogonić swoją ośmioletnią córkę, Jieun.
- Daehyun-ah... - Pociągnęłam go za kant koszulki, aby na mnie
spojrzał. - Czy to nie jest Haneul? - zapytałam, przenosząc na niego spojrzenie,
a ten zwrócił swój wzrok przed siebie. Przez chwilę oglądałam, jak na jego
twarz wkrada się zdziwienie. Potem patrzył chwilę w zupełnym bezruchu, a w
końcu uśmiechnął się i przytulił swoją córkę, biorąc ją na ręce. Haneul
opowiadała mu o jakimś niesamowitym placu zabaw, na który chciała iść, a w
między czasie dołączyła do nas Jieun.
- Co tu robicie? - zagadnęłam, wsuwając dłonie do kieszeni swoich
szerokich, czarnych spodenek. Były równie krótkie, co te wczorajsze, z tym, że
ich wysoki stan, ciasno opinał się na moim brzuchu, a szersze nogawki kończyły
gdzieś w połowie (może troszkę wyżej...) ud. Tak, czy inaczej, wciąż istniała
szansa, że kobieta mogłaby się zgorszyć, jak poprzednio.
- Chciałam zabrać małą na lody - odpowiedziała swobodnie.
- A gdzie Hyuk? - zapytałam, a następnie przeleciałam spojrzeniem po
okolicy. - Zgubiłaś? – Przyznaję, trochę to było zgryźliwe, ale nie bez powodu.
Ta kobieta ani na moment nas nie odstępuje. Dobra, byliśmy sami przez chwilę,
okej. Ale czy nie mogła nam dać trochę więcej czasu? Przestaję wierzyć, że to
się dzieje przez przypadek...
- Nie, został z chłopcami - odparła, niewzruszona moimi słowami. Aish,
znowu wyszłam na uszczypliwą gówniarę...
- Z moimi braćmi? - zdziwiłam się. - Oni go nie lubią. - Pokręciłam głową
na boki.
- Nikka - mruknął cicho Daehyun, patrząc na mnie ostrzegawczo.
Wiedział, że moje wypowiedzi nie zmierzają w dobrym kierunku.
- No co? Ja bym się bała powierzyć im psa, a ona zostawiła im swoje
dziecko. - Wzruszyłam ramionami, wskazując na kobietę ręką, przy czym nawet nie
patrzyłam w jej kierunku.
- Nikka, wciąż jesteśmy w Korei - zaczął Daehyun niespotykanie
poważnym tonem. - Kultura jest w całym kraju taka sama. To, że opuściliśmy
Seul, nie oznacza, że jesteś zwolniona z przestrzegania zasad.
Wiem, że bardzo szanował kulturę, w której się wychował, dlatego i ja
starałam się do niej podporządkowywać. Z resztą nie sprawiało mi to zwykle
większych problemów, ponieważ fascynowała mnie od zawsze. Ale czasami (na
przykład w sytuacjach takich jak ta...) zdarzało mi się nagiąć zasady, a
wtedy był bardzo poruszony. Cóż nie dziwię mu się, zawstydzałam go tym. Przed
jego byłą żoną w dodatku. Niemniej jednak zostałam pouczona przez swojego
chłopaka. Przy kobiecie, której nie znoszę. Gdybym jeszcze była w ich
przedziale wiekowym - może inaczej bym to zniosła. Czułam się gorzej niż
dziecko. Popatrzyłam na niego gniewnie, ale nic już nie wyszło z moich
ust. Odetchnęłam głęboko, odwracając wzrok.
- Wiem, że nie są do niego pozytywnie nastawieni, dlatego może dobrym
pomysłem byłoby, gdybyś ty do niego poszła?
- Ja?! - zaskoczona, zirytowana i zrezygnowana (wszystko na
"z" = ostatnia litera alfabetu = czy to coś oznacza? Coś złego?
Tak.) przeniosłam na nią pełne niedowierzania spojrzenie. Wyraz jej twarzy
mówił sam za siebie. Nie przesłyszałam się. - Jieun-shi, tego nie było w
umowie...
- Tak, wiem, ale Haneul strasznie chciała pójść z tatą na ten plac
zabaw i po prostu nie mogłam jej odmówić - powiedziała z westchnieniem. -
Popatrz tylko, jaka jest szczęśliwa, kiedy z nim przebywa. - wskazała brodą na
chłopaka. Stał teraz z Haneul kawałek od nas, pokazując jej fontannę.
Znowu wygrała. Mała faktycznie była szczęśliwa. Kto by nie był? To
Jung Daehyun! Ale on przy niej też był szczęśliwy. I to uderzyło w jakiś punkt
na moim sercu, które cicho uroniło jedną łezkę.
- To dlaczego nie wzięłaś też Hyuk'a? - Wróciłam wzrokiem na kobietę,
chcąc odwrócić swoje myśli od poprzednich obrazów.
- On nie chciał nigdzie ze mną iść. To mały łobuz, przecież wiesz.
"Przecież wiesz, przecież wiesz"... przecież wiem! Głupia
baba, zawsze znajdzie wymówkę. Przyznaj, że po prostu chcesz nas rozdzielić!!!
Ayoo, Wera, spokój, calm down, ona wcale tego nie chce, ma przecież
męża, myśl racjonalnie...
- Mhm. - mruknęłam głosem bez emocji. Wszystkie skupiły się wewnątrz
mnie, zapomniały wyjść na wierzch, no co zrobisz? - Wiesz co, myślę, że chłopcy
dadzą sobie z nim radę jeszcze przez chwilę, my i tak mieliśmy zaraz wracać. -
Nie, nie mieliśmy, ale kto to sprawdzi? Teraz już mamy to w planach. Bo tak.
- Dobrze więc. - Kiwnęła głową. - Chodźmy, w takim razie, na ten plac
zabaw i wracajmy. - uśmiechnęła się lekko, a ja odpowiedziałam jej czymś
mającym uśmiech przypominać.
Przeszliśmy razem kawałek i faktycznie trafiliśmy do wielkiego placu
zabaw, wyposażonego w takie zabawki, które były moim dziecięcym
marzeniem. Na pewno tu jeszcze wrócę! Tylko bez niej...
Haneul i Daehyun pobiegli razem przed siebie i wsiedli na karuzelę. Ja
z Jieun szłyśmy wolniej, w ich kierunku, przyglądając się zabawie tych dwojga.
Dae to na prawdę ojciec idealny, dogaduje się z małą lepiej niż ktokolwiek na
świecie. Widać, że kocha ją całym sercem. Zastanawiam się tylko, gdzie tam się
mieści kawałek dla mnie.
- Chciałabym, żeby tak było zawsze - powiedziała Jieun z uśmiechem,
obserwując szczęśliwych córkę i tatusia. Spojrzałam na jej twarz. Na prawdę
musiała tego pragnąć. Nie wiem, jak to jest mieć dwadzieścia siedem lat i
rozbitą rodzinę z dwójką małych dzieci. Radzić, to sobie radzi świetnie, ma
pieniędzy po dziurki w nosie, jest w stanie zapewnić im dobrą przyszłość, ale
pewnie tęskni do dni, kiedy razem wychowaywali Haneul. - Coś nie tak? -
zapytała, wyrywając mnie z zamyślenia. Zamrugałam kilkakrotnie, odwracając
wzrok i kiedy już chciałam odpowiedzieć, że wszystko w porządku, w moich uszach
rozbrzmiał głos ośmiolatki.
- Mamo, pobaw się z nami! - zawołała ze śmiechem, wychylając się z
karuzeli.
- Nikka, ty też chodź - dodał Dae, widząc, że stoję w miejscu,
podczas, gdy Jieun szła już w ich stronę. Popatrzyłam na kobietę i z czystej
zazdrości poszłam za nią. Usiadłam razem z rodzinką i udawałam, że świetnie się
bawię, podczas, kiedy czułam się jak piąte koło u wozu.
W końcu małej znudziła się karuzela i zarzyczyła sobie pobujać się na
huśtawce. Wszyscy wstaliśmy i w ślad za Haneul poszliśmy w stronę huśtawek.
Były tylko dwie. Przystanęłam parę metrów od nich i obięłam swoje ramiona. Na
jednej huśtawce usiadła Jieun, a na drugiej Haneul, którą bujał Daehyun. Byli
razem niesamowicie szczęśliwi. Patrząc na to z dala, na prawdę było widać
miłość. Rodzinę. Rodzinę, której nigdy nie będę mogła być częścią.
Gorycz zalała moje serce, a żal jeszcze mocniej je zaciśnął swoimi
obrzydliwymi sznurami. Łzy zaszkliły mi obraz, dając znak, że już czas się
oddalić. Odetchnęłam głęboko i zamrugałam kilka razy, doprowadzając się do
chwilowego porządku.
- Daehyun! - zawołałam, starając się brzmieć normalnie, ale mój głos i
tak stał się teraz nieco wyższy niż zazwyczaj. Ale to nie ważne, bo i tak z
początku wcale mnie nie usłyszał. - Jung Daehyun! - powtórzyłam i wtedy już
zobaczyłam, jak chłopak obraca się w moim kierunku z wielkim uśmiechem,
wywołanym przez jego córkę wcześniej. - Idę już!
- Nie, zaczekaj jeszcze chwilę! Zaraz wrócimy razem~
- Nie, Dae! - Już prawie, już wisiałam na włosku... wdech,
wydech... udawaj spokojną. - Sprawdzę, co z Hyuk'iem! Moi bracia... -
zaśmiałam się nerwowo, dopiero po chwili uświadamiając, jak głupio musiałam
brzmieć. - Idę! - Pomachałam im, wysilając się na uśmiech i odeszłam.
- Okej! - zawołał za mną, niepewnie, Daehyun. - Wracaj bezpiecznie! -
dodał już z większym przekonaniem - Kocham cię! - a to znowu brzmiało jak
przeprosiny.
»
"Chodźmy na plac zabaw i wracajmy", kurza stopa, moja dupa, I GDZIE ONI NIBY SĄ?!
Minął szmad czasu, odkąd wróciłam z miasta do pawilonu. Z chłopakami
poszliśmy do lasu, nazbieraliśmy patyków, liści palm i innych szyszek, czy
orzechów. Potem poszliśmy na plażę, aby wybudować wielki zamek z fosą, murem i
kilkoma tunelami. Hyuk świetnie się bawił, a chłopcy ku mojemu zdziwieniu
dogadywali się z nim lepiej niż sami między sobą. Słońce już zachodziło,
sprawiając niebo różowo-pomarańczowym, a idealna rodzinka jeszcze
nie wróciła...
- No ja chromolę, cztery godziny ich nie ma, zgubili się, czy co? -
mruczałam pod nosem po polsku, kopiąc fosę. - Jak tu wrócą, to ich pozabijam,
wszystkich pokolei, a Jieun na końcu, żeby na to wszystko patrzyła i
cierpiała...
- Noona! - jęknął, njezadowolony Hyuk. Popatrzyłam w jego kierunku. Bo
wcześniej co chwila zerkałam przez ramię w stronę miasta. - Zepsułaś nasz
most... - Brwi chłopca wygięły się tak, jakby chciały powiedzieć
"zawiodłem się na tobie".
- Omo... przepraszam, już to naprawiam - powiedziałam i szybko wzięłam
się za naprawę mostu, w duchu obwiniając tamtą trójkę i o to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz