piątek, 14 października 2016

I hate you so much! [#12]



Stali na lotnisku od dziesięciu minut. Dziewczyny jeszcze nie weszły mimo, iż niemal całą drogę jechały zaraz za nimi. Niektórzy zaczynali sobie żartować, że zgubiły się w drzwiach obrotowych, albo tym podobne. Czekali jednak cierpliwie i nawet, gdyby już mogli przejść przez ten labirynt bramek, to i tak czekaliby wciąż. Samolot przecież był prywatny.
Na lotnisku nie było dzisiaj tylu fanów, co zwykle. Nie dziw, skoro nigdzie nie udostępniono, w jakie miejsce udają się na tygodniowy urlop. Powiadomiono tylko obie fanbase o tym, że ich ulubieńcy robią sobie krótką przerwę. To, że GOT7 i CC miały ze sobą dobry kontakt nie było żadnym sekretem dla fanów. Powstawało nawet wiele ship'ów i fanfiction na ich temat. Sami członkowie zespołów zaczytywali się nieraz w niestworzonych opowieściach swoich fanów. Głównie dziewczyny, ale Siódemkom też nie raz przemknęła przed oczami jakaś historyjka.
- Jackson... - chłopak usłyszał głos swojego przyjaciela, cichy i łagodny, jak zazwyczaj. Popatrzył na Mark'a i odruchowo zawiesił wzrok na jego złamanej ręce. Było mu tak okropnie przykro, wiedząc, jak jego kumpel musiał cierpieć, co musiał wtedy przeżywać. Nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. Od tamtej pory w jego wielkim, walecznym sercu postanowił już nigdy nie dopuścić do sytuacji, w której ktoś z jego najbliższych musiałby cierpieć. - Jak już przejdziemy przez pierwszą bramkę, to pomożesz mi położyć walizkę na taśmie? - zapytał, składając rączkę swojego bagażu.
- Jasne! - odparował z wielkim uśmiechem. - Wszystko dla mojego Markie-Pooh! - powiedział najsłodziej, jak tylko potrafił, zamieniając się na moment w Wang Puppy. Wywołał tym samym uśmiech na ustach Mark'a, co w ostatnim czasie rzadko się zdarzało. O zjawisku "spadającej gwiazdy", więc nie ma nawet co wspominać.
- Uwaga, wszyscy! - odezwał się nagle najniższy w rodzinie, unosząc ręce w górę, by zwrócić na siebie wzrok wszystkich jeszcze bardziej. - Chocolate Cake postanowiły nas zaszczycić swoją obecnością. Zaklaskajmy im! - nie wiedzieć, czemu, wszyscy (poza niepełnosprawnym chwilowo Mark'iem) posłuchali Yugyeom'a i wznieśli aplauz za samo pojawienie się dziewcząt na lotnisku.
- Ha ha, takie to zabawne... - mruknęła Saeryeong, zakładając swoje okulary przeciwsłoneczne na głowę. Odebrała te oklaski, jako mocno sarkastyczne, bo w końcu wszyscy wiedzą, że stereotypowa dama musi być spóźniona na imprezę przynajmniej kilkanaście minut. Członkinie CC nigdy do takowych nie należały, ale chłopcy i tak znajdowali zawsze dobry powód, aby wyśmiać płeć słabszą.
- Waaah, jesteście niesamowite... - Yugyeom wciąż się droczył. - Nadal nie pojmuję, jak to się stało, że jadąc tuż za nami, dotarłyście tu później, o... - sprawdził godzinę na ogromnym zegarze lotniskowym. - prawie siedemnaście minut. - dokończył, naciskając na ów liczebnik.
- Były korki przed wjazdem... - powiedziała liderka z politowaniem, podczas, gdy reszta Czekoladek właśnie do niej dołączała.
- To nie ma sensu... - prychnął chłopaczek.
- Kim Yugyeom, zabić cię? - syknął Jinyoung, stojąc ze skrzyżowanymi na piersi rękoma w niedużej odległości od siedemnastolatka. Skarcił go zapewne za nieodpowiedni zwrot do starszej od siebie, w dodatku, kobiety.
- Właśnie, ćwoku, nie podskakuj do mojej unnie! - wtrąciła się Huang Xiah Sumin, targając na ramieniu swoją torbę.
- Bo co? - fuknął, obruszony dla zabawy, blondyn.
- Bo zęby nie rosną trzy razy... - zagroziła, na co chłopcy zawyli, wyśmiewając pociśniętego, tym razem Yugyeom'a. On sam opuścił głowę z grymasem na ustach.
Być zgaszonym przez dziewczynę... To dla faceta największy ból. Szczególnie dla faceta w jego wieku.

°

W końcu pozwolono im przejść przez pierwszą bramkę, więc po okazaniu dokumentów mogli ustawić się w kolejce do taśmy na bagaże, po której miały przejechać pod urządzeniem, wykrywającym podejrzane rzeczy poprzez rentgen. Stali zespołami, dziewczyny pierwsze, a chłopcy zaraz za nimi. Jakoś tak się złożyło, iż Czekoladowe ustawiły się w kolejce wiekowo, od najstarszej, liderki, do najmłodszej ChomChom. Siódemki nie były takie zorganizowane. Przez swoje podekscytowanie wycieczką ledwie stanęli w rządku. Jackson jednak wepchał się razem z Mark'iem na sam ich początek, więc stał zaraz za Chommi.
Razem z Mark'iem przeglądali YouTube i pokazywali sobie nawzajem najnowsze hity. Za nimi stał JB, słuchający muzyki przez jedną słuchawkę, a dalej Jinyoung, torturowany przez maknae line, stojących na końcu. Nikt za bardzo nie chciał tego słuchać, bo jedyne, co chłopcy robili, to przedrzeźnianie Junior'a w sposób najbardziej irytujący z możliwych.
Kiedy Jackson został popchnięty przez Mark'a, na którego wpadł JB, którego kopnął przez przypadek Junior, zdenerwowany przez Yugyeom'a, zderzył się z plecami ChomChom.
- Oops... sory. - mruknął, odsuwając się na bezpieczną odległość i głaszcząc jej plecy w ramach przeprosin. Dziewczyna obróciła się po to tylko, by posłać mu spojrzenie, pełne zaskoczenia, ale i ze szczyptą irytacji.
- No co, to nie moja wina. On mnie popchnął! - bronił się, wskazując ręką na kumpla za sobą. Jang zerknęła na chłopaka wpatrzonego w swojego smartfona i obróciła się znowu w swoją stronę, zastanawiając, dlaczego ten człowiek pogłaskał ją po plecach... Poczuła się wtedy dziwnie.
Jackson westchnął. Nawet teraz na niego nie warknęła. Nic, zero reakcji! Od jej powrotu ze szpitala nie wdaje się z nim w żadne sprzeczki, nie odpowiada na jego zaczepki. O co jej chodzi? Zachowuje się tak, jakby w ogóle nie istniał. Już nawet go to nie drażni, tylko przygnębia. Chyba podobało mu się wysłuchiwanie śmiesznie głupich obelg kierowanych przez Chommi w jego stronę.
W którymś momencie swojego zamyślenia schylił głowę i wodził wzrokiem po podłodze, zupełnie bezwiednie. Coś czerwonego na białej skarpetce Chommi przykuło wtedy jego uwagę. W pierwszej chwili pomyślał, że może dziewczyna ma kwiatowy wzór, ale gdy tylko piętnastolatka zrobiła krok do przodu, Wang zobaczył, jak ta lekko utyka.
- Yah, Jang Chommi... - złapał jej rękę w przedramieniu, zmuszając by się odwróciła. - Wszystko w porządku? Nie boli cię noga?
Dziewczyna, chyba z lekkim przestrachem odsunęła się od niego i uśmiechnęła nerwowo.
- Nie, wszystko w porządku. - odparła, stawiając przed sobą swoją walizkę, tak, by zakrywała jej nogi. Jackson popatrzył w jej oczy, prawie groźnie. Nie lubił nigdy być oszukiwanym.
- Ty myślisz, że ja jestem głupi? - w takiej sytuacji każdy kto zna Jang Chommi mógłby pomyśleć, że dziewczyna potwierdzi jego słowa z jadowitym syknięciem. Wang też na to przez chwilę czekał, ale ku jego zdziwieniu, nie odezwała się ani słowem. Patrzyła prosto w jego oczy, co było kolejną nowością dla Chińczyka. Bo po raz pierwszy w życiu zobaczył dokładnie, jaki kolor mają tęczówki ChomChom. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale gdyby musiał, zgadywałby, że są po prostu brązowe. Tymczasem jej oczy były jak dwa, roztapiające się kawałki gorzkiej czekolady, połyskujące w słońcu. W tamtym momencie dopiero zrozumiał, dlaczego ich zespół nazywa się Chocolate Cake. - Widziałem krew. - powiedział twardo po dłuższej chwili milczenia, wskazując na jej stopę odzianą złotym butem, pod kostkę, który ocierał jej delikatną piętę.
- To nic takiego... - odwróciła wzrok.
- Wcale. - sarknął.
- Jackson, obiecywałeś nie robić więcej zadymy... - mruknęła cicho, patrząc na niego wymownie. Chłopak odwrócił głowę z westchnieniem, po chwili znowu kierując na nią spojrzenie.
- Nie robię zadymy, tylko... - urwał nagle. Nie potrafił wydobyć z siebie, że martwi się o nią. Gdyby ktokolwiek inny był teraz na jej miejscu, wyglądałoby to inaczej. Ale nie powie tego jej.
- Następny! - zawołał pracownik lotniska, powiadamiając tym samym ChomChom, że nadeszła jej kolej, aby ułożyć swój bagaż na taśmie. Dziewczyna odwróciła się natychmiast i uniosła swoją walizkę. Jednak, zanim zdołała zrobić krok do przodu, Jackson wyrwał jej walizkę z ręki, po czym zaniósł ją razem z tą swoją na taśmę. Piętnastolatka stała tam, zdezorientowana, wpatrując się w niego z rozdziawioną buzią. Ale jeszcze bardziej zszokowało ją to, co wydarzyło się potem.
Chłopak podszedł do niej, pochylił się, złapał ją pod kolanami i za plecami, by po chwili podnieść ją w swoich ramionach do góry. Dziewczyna pisnęła niechcący, zwracając na siebie tym samym uwagę wszystkich w kolejce.
- Yah, Wang Jackson... - jęknęła, zaciskając palce na jego bluzie. Jej serce biło jak szalone i nie mogła wydobyć z siebie normalnie brzmiącego głosu. - Co ty robisz? Oddstaw mnie na...
- Cicho bądź. - uciął, ruszając się z miejsca. Z małą Czekoladką na rękach i wzrokiem każdego z członków obu zespołów na sobie, przeszedł przez bramkę. Gdy tylko przekroczył próg, rozległ się alarm, świadczący o obecności metalu. Bramkarz kazał się zatrzymać, a Jackson popatrzył na zaczerwienioną twarz nastolatki, unosząc jedną krzaczastą brew wyżej od drugiej. - Nie mów, że masz na sobie coś metalowego.
Dziewczyna nabrała w płuca powietrza, nadymając policzki ze złości.
- Odstaw mnie na ziemię... - syknęła, wyprowadzona z równowagi. Gdyby tylko jej serce aż tak nie waliło, to może lepiej panowałaby nad gniewem. Ale w takiej sytuacji...
Jackson uśmiechnął się triumfalnie, odstawiając ChomChom na jej własne nogi. W końcu! Od tak dawna nie widział tego słodkiego zdenerwowania...
Chwila, jakiego?!
- Proszę stanąć z boku i poczekać chwilę. - powiedział strażnik, po czym oddalił się po coś.
- Proszę stanąć, zboku... - mruknął do młodszej Chińczyk, odsuwając się razem z nią o kilka kroków, aby inni mogli przejść swobodnie przez bramkę.
- Głupi jesteś. - bąknęła, zakładając ręce na piersi.
- Sama jesteś głupia. - odmruknął, wciskając łapy do kieszeni bluzy. - Po co zakładałaś te buty, skoro obcierają ci piętę?
- Bo mi się podobają. Z resztą, co cię to obchodzi?
Podczas ich cichej wymiany zdań reszta chłopców przechodziła przez bramkę bez żadnych kłopotów, co jakiś czas tylko rzucając zatrzymanej dwójce pojedynczy komentarz.
- A dlaczego ma mnie to nie obchodzić? - ściągnął brwi ku sobie i obrócił głowę w stronę Jang. - Krew ci leci z nogi i nie możesz chodzić. Nawet, gdybym nienawidził cię najmocniej na świecie, to i tak bym to zrobił.
- Co ty powiedziałeś..? - zapytała, unosząc brwi, tak, że całkowicie skryły się pod jej grzywką.
- Oh geez, nie będę powtarzał... - wywrócił oczami, odwracając głowę przed siebie.
- Więc nie nienawidzisz mnie? - zapytała, wciąż z tym samym wyrazem twarzy.
Zamrugał szybciej. Chwilę mu zajęło, zanim dotarło do niego to pytanie. Było w zasadzie całkiem trafne i uzasadnione. Tylko jaka jest odpowiedź? Czy on jej nienawidził? Kłócili się, krzyczeli, ignorowali, ośmieszali nawzajem i dokuczali sobie. Ale czy kiedykolwiek mu to przeszkadzało?
Prawdę mówiąc, nie. Wręcz przeciwnie - podobało mu się to. Sprawiało jakąś chorą przyjemność z patrzenia na jej naburmuszoną twarzyczkę. Tęsknił za tym i czuł lukę w swojej osobowości, kiedy nie mógł tak jej dokuczać.
Kiedyś, co prawda, kłótnie z nią nie były zabawne. Jej słowa raniły ego Jackson'a i jedyne, co mu na myśl przychodziło, gdy jej się przyglądał, to "niedojrzała dziewucha". Teraz jest inaczej. Ich sprzeczki nie są już takie bolesne, a fakt, że tylko dla niego jest niemiła sprawia, że chce ją poznać tak, jak reszta. Zobaczyć jej uśmiech - szczery. Bo puki co, jest to dla niego jedynie legendą opowiadaną przez Youngjae, potwierdzaną przez Yugyeom'a i BamBam'a.
Obrócił w jej kierunku najpierw twarz, a po chwili całe ciało.
- Nie. - odpowiedział w końcu na jej pytanie. - A ty mnie?
- Proszę stanąć prosto. - odezwał się nagle chłodny głos strażnika. Nie dane mu było usłyszeć jej zdania na jego temat. Ale może to i lepiej? Jackson wbrew pozorom jest bardzo wrażliwy, a swoje uczucia dziwnie okazuje. Kto wie, jak by to zniósł?
Mężczyzna w mundurze zbadał zabawnym urządzeniem, czy Jackson nie ma przy sobie żadnych metali, ale niczego nie wykryto. Chłopak, mając za sobą setki przelotów samolotem, nauczył się bowiem, że najlepiej ubrać się w worki (czyt. dresy). Są wygodne, praktyczne i w zasadzie całkiem w jego stylu. A jednak, gdy szeryf - jak nazwał w głowie mężczyznę - powiedział, że może odejść, ten tylko stał z boku i przyglądał się sprawdzanej koleżance. Okazało się, że dziewczyna miała metalową klamrę przy pasku, więc musiała go zdjąć. Odwrócił się w tamtym momencie o od niej, bo wolał nie być odebrany... jak zwykle, za zboczeńca. Tak czy siak, nie miał zamiaru wcale patrzeć, jak się rozbiera.
Może to tylko szczęście, ale właśnie w tamtej chwili podchodził do niego Youngjae. Dobrze, że tak moralnie postąpił.
- Co się dzieje? - zapytał, zerkając w stronę Chommi.
- Miała ze sobą coś metalowego. - wzruszył ramionami.
- Nie, ale dlaczego ją niosłeś na rękach? - zapytał, jakby z wyrzutem. Nic dziwnego, w końcu Wang dotykał właśnie jego dziewczyny.
- Założyła buty, które ranią jej piętę. - powiedział, wskazując na nogi dziewczyny, nawet na nią nie patrząc. - Jej stopa krwawi, nie może nawet chodzić, ale udaje, że wszystko jest w porządku, bo chce ładnie wyglądać! - powiedział, bardzo poruszony głupotą panienki Jang, z naciskiem na dwa ostatnie słowa.
- Nie, Youngjae, to nic takiego... - mruknęła, z rozłożonymi rękami.
- To wszystko, może pani przejść dalej. -  powiedział strażnik, oddając dziewczynie pasek, który zaraz szybko założyła z powrotem.
- Pokaż mi swoją nogę... - powiedział Jae, twardo i z pełną powagą.
- Choi Youngjae... - patrzyła na niego z błaganiem. Nie chciała go martwić. To jedynie utwierdziło chłopaka w przekonaniu, że Jackson ma rację. Z resztą nie zna jej od dzisiaj. Westchnął, odwracając wzrok.
- Najlepiej będzie, jeśli zaniosę ją do samolotu, a ty weźmiesz jej walizkę.
- Dlaczego ty masz ją zanieść? Jest moją dziewczyną... - wyglądał całkiem normalnie, jakby żadne złe emocje go nie dotyczyły. W środku jednak czuł się okropnie zazdrosny. Nie mógł patrzeć, jak jego przyjaciel niesie jego dziewczynę w swoich ramionach. To Youngjae powinien ją nieść. Jackson'owi nic do tego. Do niedawna nie lubili się nawet.
- Przed nami jeszcze kawał drogi do samolotu, a bądźmy szczerzy, z nas dwojga silniejszy jestem ja. - i tu musiał przyznać mu rację. Youngjae nigdy nie przypuszczał, by siła fizyczna kiedykolwiek mu się przydała. Ta sytuacja zdecydowanie zmieniła jego pogląd na życie.
- Okej. Chomiya, wezmę twoją walizkę, a ty zgódź się, żeby Jackson-hyung cię zaniósł. - powiedział po chwili namysłu.
- Ale...
- ChomChom-ah... Nie chcę, żeby cię coś bolało. Jeśli ty cierpisz, ja cierpię podwójnie... - powiedział z lekkim uśmiechem, chcąc przekonać ją, że wszystko będzie w porządku, jeśli Jackson ją poniesie. Chińczyk na te ckliwe wyznania wywrócił oczami.
- Dobrze. - dziewczyna zgodziła się w końcu.
- Ale, hyung... Kto weźmie twoją walizkę?
- Jak to... BamBam oczywiście! - odparł, biorąc piętnastolatkę znowu na ręce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz