- BamBam jest bomba! - zawołał Jackson, dumny ze swojego pomysłu.
Chłopaki znowu siedzieli w salonie, grając w kolejną głupią grę już
trzecią godzinę.
- BamBam ma... fajne... włosy? - wydukał maknae, któremu powoli
kończyły się kłamstwa.
Czterech z siedmiu chłopców rozsiadło się na dużej, białej i bardzo
wygodnej kanapie. Dwóch, czyli Jackson i BamBam siedzieli na podłodze, po
drugiej stronie niskiego stolika, ustawionego przed kanapą. Oczywiście obok
kanapy, pod oknami stał fotel tego samego koloru, ale po co komu fotel? W ogóle
meble... No, idąc tokiem myślenia Chińczyka i Tajlandczyka.
Gra nie miała żadnego konkretnego celu. Wymyślili ją jakiś czas temu,
po to tylko, by jakoś zabić czas oczekiwania na swoją kolejkę do łazienki.
Polegała na tym, że każdy po kolei miał powiedzieć jakąś prawdę (raczej miłą,
ewentualnie neutralną) o każdym po kolei. Nazwali ją żartobliwie
"Kojimals", z czego samo kojimal
tłumaczy się jako kłamstwo, a końcówkę "s" dodali zagraniczni
członkowie zespołu, co ma zwyczajnie oznaczać liczbę mnogą. Dlaczego
"kłamstwa"? Też się właściwie zastanawiam.
- BamBam strasznie dużo gada. - bąknął ze znudzeniem, siedzący z
brzegu kanapy JB. Po swojej wypowiedzi, spojrzał w (dół) bok na Marka (bardziej
leżał, aniżeli siedział). Ten miał skrzyżowane ręce, przytulając do swojego
torsu piżamę i ręcznik. Popatrzył na lidera, po czym wbił wzrok w stolik przed
sobą i westchnął, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć. Był ostatni. Sześć
osób wcześniej podało już kilka kojimal'ów (trójca AmeriThaiKong tak to
odmienia). Co nie zmienia faktu, że wena go nie opuściła! O, co to, to nie!
Wychował się w Ameryce, najwyżej pociśnie czymś z niewidzialnym, czerwonym +18 na początku.
- BamBam... - zaczął nieźle, na wydechu. Zerknął na chłopaka i wpadł
na coś w miarę cenzuralnego. - BamBam ma całuśne usteczka. - powiedział z
zadziornym uśmieszkiem, a na końcu cmoknął powietrze.
Chłopcy zanieśli się śmiechem.
A teraz wyobraźcie sobie piskliwy chichot Jackson'a, głośny,
specyficzny rechot Youngjae i ciche chichranie się pod nosem JB. BamBam w tym
czasie udawał rozemocjowaną nastolatkę, a Yugyeom patrzył z tym samym, co
zawsze niedowierzaniem na swojego hyung'a.
Taki obrazek był dosyć przyjemny. Wszyscy się uśmiechali, jeśli nie
śmiali. Może poza Jinyoung'iem, który właśnie wszedł do salonu w czarnych
szortach, białej, luźnej koszulce i ręczniku, przewieszonym przez ramiona.
Skapywały na niego kropelki wody z ciągle jeszcze mokrych włosów.
Takim ręcznikiem chciałaby być niejedna fanka. Albo fan. Albo nawet
idol. Tak, jest taki jeden idol.
Ale tym razem owemu idolowi nie siedziały w głowie te kosmate myśli,
co zawsze, kiedy na niego patrzył w takich momentach. Tym razem przełknął z
trudem ślinę, która wydawała się popażyć całe jego gardło. Tym razem poczuł się
zupełnie nieswojo, głupio, z powodu wypowiedzianych przed chwilą słów. A
przecież to tylko żarty. Chłopcy tak już mają - wszyscy o tym wiedzieli, nawet
dla Mark'a były po prostu ot takim przerywnikiem nudy, dla śmiechu. Dlaczego
teraz gryzły go w język?
Wstał i wymijając chłopaka w przejściu, poszedł do łazienki.
Nawet nie raczyli się nawzajem spojrzeniem. Już drugi dzień bawią się
przed sobą w kotka i pieska, a reszta zespołu, jakby niczego nie zauważała. Ale
to dobrze, nie powinni się zamartwiać dodatkowo tym. I tak mają już masę innych
problemów.
Zamknął drzwi na klucz, podszedł do wanny, zatkał jej wylot i odkręcił
strumień gorącej wody. Usiadł na podłodze, pod wanną, opierając się o nią
plecami. Po jego ciele przebiegły zimne, nieprzyjemne ciarki, a klatkę
piersiową wypełniła gorycz. Smutek, okropny żal do samego siebie. Strach,
którego do czasu przyjazdu do Korei nigdy nie znał. Czuł, jak powietrze go
zgniata. Miażdży jego płuca, kruszy klatkę piersiową. Tak jakby ono też już
wiedziało. Jakby dowiedziało się o tym razem z Jinyoung'iem. Jakby
współpracowali w dążeniu do jego zniszczenia.
Nie, Jinyoung nie chciał. Nie zrobił tego celowo. O niczym nie zdawał
sobie sprawy. Nie był wtedy nawet trzeźwy.
Ale jednak... krzywda, jaką wyrządził Mark'owi...
Krzywda, jaką wyrządziła mu wytwórnia i jaką Mark sam sobie
wyrządził... To było zbyt wiele. Za dużo.
Doskonale wiedział, że jego uczucia nie są normalne. Nigdy nie były,
ale tutaj wszystko stało się jeszcze gorsze. Jeszcze pełniejsze, a zarazem
bardziej puste. Jeszcze bardziej intensywne i jednocześnie bardziej wyblakłe.
Jeszcze bardziej przyjemne i bardziej bolesne.
Nic nie było letnie. Wszystko stało się albo lodowate, albo gorące.
Nie zauważył nawet, kiedy upadł na podłogę, a po policzkach zaczęły
spływać mu łzy.
Już nie dawał rady.
Nie był w stanie poradzić sobie z tym sam.
Kiedy zmył ze swojego ciała gorzkie i słone łzy, wyszedł z łazienki,
chcąc od razu udać się do swojego pokoju, który od czasów trainee dzielił z
Wang'iem. Marzył, by zakopać się w pościeli, napisać do ojca na twitterze,
posłuchać muzyki na słuchawkach - zrobić cokolwiek, by uciec stąd chociaż
myślami.
Szkoda tylko, że akurat w tym momencie ktoś nie wyczuł jego intencji i
zawołał wesoło, by dołączył do nich w grze, kiedy przechodził akurat obok
salonu.
Popatrzył na chłopaka w szortach, białej koszulce, o mokrych włosach.
Uśmiechał się.
- Yah, co tak stoisz? - powiedział najmłodszy, widząc jak Tuan się
waha. - Chodź do nas, musimy dokończyć grę!
Od razu po swoich słowach, za niekulturalny zwrot do starszego od
siebie dostał w dyńkę od ummy zespołu.
Jak zwykle z resztą. To takie typowe dla tej dwójki, normalne.
Mark uśmiechnął się lekko i wszedł do salonu. Usiadł gdzieś pomiędzy
BamBam'em i Jackson'em na podłodze, bo jego miejsce zostało już zajęte.
Jinyoung dalej się uśmiechał, ale już nie do niego. Dobrze,
przynajmniej nie udawał.
- Jinyoung jest świetnym aktorem. - stwierdził Youngjae. I tu miał świętą
rację.
- Jinyoungie hyung kocha mnie najbardziej na świecie~ - Yugyeom dostał
poduszką po twarzy kolejny raz od tej samej osoby. Park mruknął tylko
niewyraźne "chciałbyś", kiedy wymierzał cios w nos młodszego.
- Jinyoug hyung jest bardzo opiekuńczy. - powiedział BamBam, a wszyscy
mu przytaknęli głowami. - Jak prawdziwa mamusia.
Kiedy ucichł i przyszła kolejka Tuan'a, ten tylko patrzył tępym
wzrokiem na kant stolika. Po krótkiej chwili ciszy i oczekiwania, Jackson
szturchnał przyjaciela w ramię, a ten jakby ocknął się ze snu na jawie.
Popatrzył na Chińczyka.
- No dawaj, co z tobą? Ko-ji-mal'uj na temat Jinyoung'a. - powiedział,
kiwając głową w stronę kanapy.
Mark nie zdążył nawet zapanować nad ruchem swojej głowy, kiedy znowu
skończył, patrząc na mokrego kumpla.
Smutek, złość, żal, strach.
- Jinyoungie... - zaczął z gorzkim uśmiechem. - Uri* Jinyoungie jest bezcennym przyjacielem.
Przełknął ślinę, czując jak zbierają mu się w oczach łzy.
- Yaaaah, Mark Tuan, ale z ciebie wrażliwiec! - zawołał Jackson. - Aż
się wzruszyłeś~ - powiedział przeciągle, tuląc do siebie starszego. Ten wymusił
słaby śmiech i popatrzył na Jinyoung'a, który chyba wzruszył się tak samo jak
Mark...
*Kor. –
nasz

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz