piątek, 14 października 2016

Mark's little secret. [#Prolog]




- BamBam jest bomba! - zawołał Jackson, dumny ze swojego pomysłu.
Chłopaki znowu siedzieli w salonie, grając w kolejną głupią grę już trzecią godzinę.
- BamBam ma... fajne... włosy? - wydukał maknae, któremu powoli kończyły się kłamstwa.
Czterech z siedmiu chłopców rozsiadło się na dużej, białej i bardzo wygodnej kanapie. Dwóch, czyli Jackson i BamBam siedzieli na podłodze, po drugiej stronie niskiego stolika, ustawionego przed kanapą. Oczywiście obok kanapy, pod oknami stał fotel tego samego koloru, ale po co komu fotel? W ogóle meble... No, idąc tokiem myślenia Chińczyka i Tajlandczyka.
Gra nie miała żadnego konkretnego celu. Wymyślili ją jakiś czas temu, po to tylko, by jakoś zabić czas oczekiwania na swoją kolejkę do łazienki. Polegała na tym, że każdy po kolei miał powiedzieć jakąś prawdę (raczej miłą, ewentualnie neutralną) o każdym po kolei. Nazwali ją żartobliwie "Kojimals", z czego samo kojimal tłumaczy się jako kłamstwo, a końcówkę "s" dodali zagraniczni członkowie zespołu, co ma zwyczajnie oznaczać liczbę mnogą. Dlaczego "kłamstwa"? Też się właściwie zastanawiam.
- BamBam strasznie dużo gada. - bąknął ze znudzeniem, siedzący z brzegu kanapy JB. Po swojej wypowiedzi, spojrzał w (dół) bok na Marka (bardziej leżał, aniżeli siedział). Ten miał skrzyżowane ręce, przytulając do swojego torsu piżamę i ręcznik. Popatrzył na lidera, po czym wbił wzrok w stolik przed sobą i westchnął, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć. Był ostatni. Sześć osób wcześniej podało już kilka kojimal'ów (trójca AmeriThaiKong tak to odmienia). Co nie zmienia faktu, że wena go nie opuściła! O, co to, to nie! Wychował się w Ameryce, najwyżej pociśnie czymś z niewidzialnym, czerwonym +18 na początku.
- BamBam... - zaczął nieźle, na wydechu. Zerknął na chłopaka i wpadł na coś w miarę cenzuralnego. - BamBam ma całuśne usteczka. - powiedział z zadziornym uśmieszkiem, a na końcu cmoknął powietrze.
Chłopcy zanieśli się śmiechem.
A teraz wyobraźcie sobie piskliwy chichot Jackson'a, głośny, specyficzny rechot Youngjae i ciche chichranie się pod nosem JB. BamBam w tym czasie udawał rozemocjowaną nastolatkę, a Yugyeom patrzył z tym samym, co zawsze niedowierzaniem na swojego hyung'a.
Taki obrazek był dosyć przyjemny. Wszyscy się uśmiechali, jeśli nie śmiali. Może poza Jinyoung'iem, który właśnie wszedł do salonu w czarnych szortach, białej, luźnej koszulce i ręczniku, przewieszonym przez ramiona. Skapywały na niego kropelki wody z ciągle jeszcze mokrych włosów.
Takim ręcznikiem chciałaby być niejedna fanka. Albo fan. Albo nawet idol. Tak, jest taki jeden idol.
Ale tym razem owemu idolowi nie siedziały w głowie te kosmate myśli, co zawsze, kiedy na niego patrzył w takich momentach. Tym razem przełknął z trudem ślinę, która wydawała się popażyć całe jego gardło. Tym razem poczuł się zupełnie nieswojo, głupio, z powodu wypowiedzianych przed chwilą słów. A przecież to tylko żarty. Chłopcy tak już mają - wszyscy o tym wiedzieli, nawet dla Mark'a były po prostu ot takim przerywnikiem nudy, dla śmiechu. Dlaczego teraz gryzły go w język?
Wstał i wymijając chłopaka w przejściu, poszedł do łazienki.
Nawet nie raczyli się nawzajem spojrzeniem. Już drugi dzień bawią się przed sobą w kotka i pieska, a reszta zespołu, jakby niczego nie zauważała. Ale to dobrze, nie powinni się zamartwiać dodatkowo tym. I tak mają już masę innych problemów.
Zamknął drzwi na klucz, podszedł do wanny, zatkał jej wylot i odkręcił strumień gorącej wody. Usiadł na podłodze, pod wanną, opierając się o nią plecami. Po jego ciele przebiegły zimne, nieprzyjemne ciarki, a klatkę piersiową wypełniła gorycz. Smutek, okropny żal do samego siebie. Strach, którego do czasu przyjazdu do Korei nigdy nie znał. Czuł, jak powietrze go zgniata. Miażdży jego płuca, kruszy klatkę piersiową. Tak jakby ono też już wiedziało. Jakby dowiedziało się o tym razem z Jinyoung'iem. Jakby współpracowali w dążeniu do jego zniszczenia.
Nie, Jinyoung nie chciał. Nie zrobił tego celowo. O niczym nie zdawał sobie sprawy. Nie był wtedy nawet trzeźwy.
Ale jednak... krzywda, jaką wyrządził Mark'owi...
Krzywda, jaką wyrządziła mu wytwórnia i jaką Mark sam sobie wyrządził... To było zbyt wiele. Za dużo.
Doskonale wiedział, że jego uczucia nie są normalne. Nigdy nie były, ale tutaj wszystko stało się jeszcze gorsze. Jeszcze pełniejsze, a zarazem bardziej puste. Jeszcze bardziej intensywne i jednocześnie bardziej wyblakłe.
Jeszcze bardziej przyjemne i bardziej bolesne.
Nic nie było letnie. Wszystko stało się albo lodowate, albo gorące.
Nie zauważył nawet, kiedy upadł na podłogę, a po policzkach zaczęły spływać mu łzy.
Już nie dawał rady.
Nie był w stanie poradzić sobie z tym sam.
Kiedy zmył ze swojego ciała gorzkie i słone łzy, wyszedł z łazienki, chcąc od razu udać się do swojego pokoju, który od czasów trainee dzielił z Wang'iem. Marzył, by zakopać się w pościeli, napisać do ojca na twitterze, posłuchać muzyki na słuchawkach - zrobić cokolwiek, by uciec stąd chociaż myślami.
Szkoda tylko, że akurat w tym momencie ktoś nie wyczuł jego intencji i zawołał wesoło, by dołączył do nich w grze, kiedy przechodził akurat obok salonu.
Popatrzył na chłopaka w szortach, białej koszulce, o mokrych włosach.
Uśmiechał się.
- Yah, co tak stoisz? - powiedział najmłodszy, widząc jak Tuan się waha. - Chodź do nas, musimy dokończyć grę!
Od razu po swoich słowach, za niekulturalny zwrot do starszego od siebie dostał w dyńkę od ummy zespołu.
Jak zwykle z resztą. To takie typowe dla tej dwójki, normalne.
Mark uśmiechnął się lekko i wszedł do salonu. Usiadł gdzieś pomiędzy BamBam'em i Jackson'em na podłodze, bo jego miejsce zostało już zajęte.
Jinyoung dalej się uśmiechał, ale już nie do niego. Dobrze, przynajmniej nie udawał.
- Jinyoung jest świetnym aktorem. - stwierdził Youngjae. I tu miał świętą rację.
- Jinyoungie hyung kocha mnie najbardziej na świecie~ - Yugyeom dostał poduszką po twarzy kolejny raz od tej samej osoby. Park mruknął tylko niewyraźne "chciałbyś", kiedy wymierzał cios w nos młodszego.
- Jinyoug hyung jest bardzo opiekuńczy. - powiedział BamBam, a wszyscy mu przytaknęli głowami. - Jak prawdziwa mamusia.
Kiedy ucichł i przyszła kolejka Tuan'a, ten tylko patrzył tępym wzrokiem na kant stolika. Po krótkiej chwili ciszy i oczekiwania, Jackson szturchnał przyjaciela w ramię, a ten jakby ocknął się ze snu na jawie. Popatrzył na Chińczyka.
- No dawaj, co z tobą? Ko-ji-mal'uj na temat Jinyoung'a. - powiedział, kiwając głową w stronę kanapy.
Mark nie zdążył nawet zapanować nad ruchem swojej głowy, kiedy znowu skończył, patrząc na mokrego kumpla.
Smutek, złość, żal, strach.
- Jinyoungie... - zaczął z gorzkim uśmiechem. - Uri* Jinyoungie jest bezcennym przyjacielem.
Przełknął ślinę, czując jak zbierają mu się w oczach łzy.
- Yaaaah, Mark Tuan, ale z ciebie wrażliwiec! - zawołał Jackson. - Aż się wzruszyłeś~ - powiedział przeciągle, tuląc do siebie starszego. Ten wymusił słaby śmiech i popatrzył na Jinyoung'a, który chyba wzruszył się tak samo jak Mark...




*Kor. – nasz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz