Kiedy szła korytarzem, coraz bardziej bała się chwycić za klamkę do drzwi sali wokalnej. W końcu jednak stanęła przed nimi i westchnęła. Poprawiła torbę na ramieniu, po czym zapukała delikatnie i weszła do środka, równie cicho. Przed pianinem siedział już J.Y. Park, a Jackson, stojąc gdzieś z boku w tym maleńkim pomieszczeniu, czytał tekst na jakichś kartkach.
- Dzień dobry - przywitała się.
- Dzień dobry - odpowiedział CEO. Patrzył na nią, wyraźnie czekając, aż wydarzy się coś jeszcze, ale dziewczyna kompletnie nie wiedziała co mogłoby to być, więc po prostu stała nieruchomo. Z kolei Jackson, od którego szef oczekiwał tej samej niewiadomej, skutecznie ignorował obecność młodszej w sali, dalej czytając tekst na kartce.
- Nie zamierzacie się ze sobą przywitać? - zapytał, patrząc na ich dwoje ze stanowczością. Jackson podniósł wzrok znad kart i popatrzył na JYP. Potem zerknął w stronę dziewczyny, jednak odwrócił od niej swój wzrok w ekspresowym tempie, wzdychając głośno. Jego niechęć do młodszej była prawie namacalna w tym pomieszczeniu.
- Cześć, Jang Chommi.
- Dzień dobry, Wang Jackson - powiedziała, kładąc swoją torbę na podłodze, w rogu.
Jin Young Park wyprostował się przed pianinem z westchnieniem. Na prawdę ciężko jest pracować w takiej atmosferze.
Ułożył palce na klawiszach i zamyślił się nad czymś, wpatrzony w jeden punkt. ChomChom stanęła przed nim przodem, co po chwili zrobił także Jackson, stając obok dziewczyny.
Ułożył palce na klawiszach i zamyślił się nad czymś, wpatrzony w jeden punkt. ChomChom stanęła przed nim przodem, co po chwili zrobił także Jackson, stając obok dziewczyny.
- Ćwiczenia oddechowe. - powiedział szef, zdejmując palce z klawiszy, a następnie opierając je o swoje uda. Chommi wzięła się pod boki, układając swoje ręce na mięśniach przepony i zaczęła robić 'piórko', które polegało na szybkim wdychaniu powietrza przez usta i wypuszczaniu go, powtarzając bezgłośne 'p'. Z kolei Chińczyk postanowił rozpocząć swoją rozgrzewkę balonikiem, czyli jak najgłębszym wdechu i późniejszym wypuszczaniem powietrza w jak najmniejszych ilościach, sycząc przy tym niczym balonik. Niby nie byli głośni, ale robili okropny bałagan.
- Dobra, stop. - Jin Young Park odwrócił się w ich stronę i zlustrował poirytowanym spojrzeniem. - Wykonywanie ćwiczeń w jednym czasie też ma swój cel, zapomnieliście już? Ile wam to wpajaliśmy, zanim zadebiutowaliście?
Piętnastolatka, jak to ona - od razu poczuła się źle. Nie znosiła, kiedy ktoś na nią krzyczał, czy kierował swoją złość w jej kierunku. Zawsze wtedy czuła się winna, nie ważne czy tak było na prawdę czy nie. Nie ważne, czy winna była grupa, ona odbierała wszystko personalnie.
Na korytarzu wytwórni w godzinach porannych zwykle panowała zupełna cisza, mimo, że od ósmej, albo i wcześniej w salach treningowych artyści działali prężnie.
BamBam niezwykle to lubił. Cisza i spokój, to jego dwa ulubione słowa. Chociaż czasami słowo 'cisza' odrobinę go irytuje, na przykład wtedy, gdy próbuje coś opowiedzieć swoim hyungom, a ci nie chcą go słuchać. A przecież on czuje taką ogromną potrzebę podzielenia się z kimś swoimi myślami! Okej, fakt... czasami tematy jego rozmyślań są dosyć błahe i niczego nie zmieniają w jego doczesnym życiu, ale... no to jest silniejsze od niego!
Więc kiedy tak sobie szedł tym korytarzem - a tym razem miał cel, bo dreptał z nową piosenką JB do kserokopiarki - i upajał się tą cichością, w pewnym momencie prawie na coś nadepnął, a chcąc tego uniknąć, zachwiał się i o mały włos nie upadł. Zauważywszy, że tuż obok jego butów leży jakiś zeszyt, przykucnął i podniósł go, by zaraz obejrzeć go z każdej strony. Był obity w czarną skórę, a na okładce napisane było coś po francusku. Na razie mieli w wytwórni tylko jedną osóbkę pochodzącą stamtąd, z Europy, dlatego też miał czelność od razu stwierdzić, że owa rzecz należała do panienki Dallas.
Młody Tajlandczyk podniósł się i otworzył notes na pierwszej stronie.
Oczywiście, gdyby wiedział, co takiego napisane było na okładce, po francusku - nigdy by tego nie zrobił. Bo pomimo swojego nawyku do wtykania nosa w nie swoje sprawy, miał dobre serduszko, a takie rzeczy jak prywatne zapiski, czyli pamiętniki czy dzienniki powinny zostać prywatne. Problem w tym, że kiedy już Bam przeczyta coś ciekawego, to potem ma silne pragnienie poznania całej reszty. Dlatego opracował specjalną technikę bycia grzecznym chłopcem. Cóż takiego robi, po prostu nie zaczyna czytać, by przypadkiem coś mu się tam nie spodobało. Wtedy nie wie nic i nie musi dowiadywać się niczego więcej. Logiczne, prawda? Tak... Ale skąd tym razem miał wiedzieć, że obity w skórę zeszyt Renee to tak na prawdę jej pamiętnik? Przecież on nie zna francuskiego!
It's up tomorrow! I'm going to South Korea, omg, I can't believe this!...
No tak. Renee Dallas jest z pochodzenia tak mieszaną osobą, że bardziej chyba się nie da. Jej ojciec był w połowie Koreańczykiem i Amerykaninem, a jej matka w połowie Koreanką i Francuzką. Właściwie całe życie Renee żyła w Paryżu. Rodzice nauczyli ją mówić płynnie w trzech językach - po angielsku, jako, że część jej dziadków pochodziła ze Stanów, po francusku, bo we Francji przecież mieszkała i dodatkowo druga część jej dziadków stamtąd pochodziła. Po Koreańsku dlatego, że rodzice posługiwali się nim w domu. Nic więc dziwnego, że czasami kiedy rozmawia, plączą jej się ze sobą języki, a w swoim pamiętniku pisze raz w tym, a raz w tamtym.
...Mom really let me try on audience, this is amazingly amazing, I CAN'T BREATHE!!! I want to be a singer so bad! This is my biggest dream!
Chłopak uśmiechnął się do siebie, czytając ten tekst. Niestety kolejny wpis był po francusku, więc od razu przeskoczył na siódmą stronę.
Heol... Chyba zaraz umrę... - przeczytał i zmarszczył czoło. - Bycie piosenkarką od zawsze było moim marzeniem, ale... Tak bardzo się boję. Ostatnio prawie w ogóle nie śpię, cały czas mam wrażenie, że nikogo nie obchodzę i jestem sama jak palec.
Brwi BamBam'a, gdyby mogły zmieniać swój kształt, to za pewne wyglądałyby teraz jak dwa wielkie znaki zapytania.
Saeryeong-unnie jest bardzo miła i pomaga mi w wielu rzeczach, ale wciąż nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Czuję straszny niepokój...
Na tym zakończyła część po koreańsku i kontynuowała po francusku. Siedemnastolatek tak się przejął tym wpisem, że aż ścisnęło go w żołądku.
Z nosem w notesie, ruszył do przodu i nagle ktoś na niego wpadł, z impetem uderzając go w czoło swoją głową. Oderwał się na moment od swojej lektury, spoglądając na siedzącą na podłodze, różowowłosą dziewczynę, która tarła swoje czoło, posykując z bólu.
- Oh, noona... - mruknął, nie wiedząc, co robić. Pewnie teraz Renee porządnie się na niego wkurzy. Nie, on nie chce, żeby się na niego denerwowała, przecież jest taką dobrą dziewczyną, w dodatku przyjaźni się z Jacksonem-hyung'iem. Nie mogą mieć złych relacji!
- BamBam, ty mała, wstrętna gnid... - urwała, widząc, co chłopak trzyma w ręku. Popatrzyła na niego, jakby z przerażeniem w oczach, ale od razu odsunął od siebie te głupie myśli. To na pewno złość, tylko u niej inaczej wygląda...
Dziewczyna poderwała się na równe nogi i wyrwała mu zeszyt z rąk.
- Czytałeś to? - zapytała, oczekując odpowiedzi natychmiastowej. Jednakże nastolatek nie był w stanie odpowiedzieć. Spanikował. Chciał coś z siebie wydusić, ale nie wiedział, co, więc tylko zająkiwał się co chwila pojedynczymi słowami.
- Jak dużo przeczytałeś?
- Ma-mało. B-bardzo mało. - odpowiedział pospiesznie.
- Aish, nevermind... - mruknęła, obrzucając chłopaka wzrokiem. Po tym odwróciła się na pięcie i poszła w stronę, z której przybiegła.
BamBam westchnął głośno, drapiąc się w tył głowy. Był podobnie zły, jak ona, tyle, że na samego siebie. Mógł przecież ją zapytać, dlaczego tak źle się wtedy czuła. Może byłby w stanie pomóc. A nawet jeśli nie on, to poprosiłby o pomoc, kogoś kto dałby sobie z tym radę.
Powolnym krokiem udał się w stronę stojącej w innym korytarzu kserokopiarki.
- F! S! SZ! SZ! F! S! SZ! SZ! - Jackson i Chommi teraz posykiwali już sobie razem, dokładnie w tym samym czasie, co nie bardzo im odpowiadało. Robienie wspólnie jakichkolwiek rzeczy było im nie na rękę.
Powtórzyli to ćwiczenie jeszcze kilka razy, aż w końcu szef kazał im przestać.
- Głęboki wdech... wydech. Wdech... wydech - instruował, a dzieciaki robiły, co kazał. - A teraz szybko i trzymamy. I... wdech! - W tym momencie Każde z nich bardzo szybko wciągnęło powietrze ustami, zatrzymując je w swojej przeponie do czasu, aż JYP każe im je wypuścić. - Wydech. Jeszcze raz, wdech!
Wcześniej Jang Chommi musiała ćwiczyć przed lustrem, bo instruktor od wokalu twierdził, że kiedy na siebie nie patrzy, to nie wykonuje ćwiczeń poprawnie. Dodatkowo jest strasznie nudna i musi trenować nad swoją mimiką, by jej twarz nie była taka ospała. Całe szczęście wyćwiczyła to i już nikt jej nie mówi, że ze swoją skrytą naturą nie nadaje się na estradę.
- Dobra, jedziemy gamę - oznajmił Jinyoung Park, odwracając się prosto do pianina. Ułożył palce na klawiszach i zaczął grać.
- Do, re, mi, fa, sol, la, si do~ - zaczęli razem z pierwszymi dźwiękami pianina. Nie było to wcale bardzo wysoko, ale Jackson pięć ostatnich dźwięków wyśpiewał na głowie. Co prawda czysto, ale kompletnie nie w jego tonacji. Z kolei dla Chommi tonacja była idealna, problem w tym, że już za pierwszym razem popełniła błędy techniczne. Ale w porządku, na to jeszcze można przymknąć oko. W końcu to pierwsze ćwiczenie rozśpiewujące. - Do, si, la, sol, fa, mi, re, do~ - wrócili, więc Ceo zjechał oktawę niżej. - Do, re, mi, fa, sol, la, si, do~ - Chommi, znowu błąd, Jackson, już lepiej... - Do, si, la, sol, fa, mi, re, do~
Pan Park powtórzył ćwiczenie jeszcze kilka razy, zniżając przy każdym oktawę o jeden stopień, by Jackson mógł swobodnie śpiewać. Dla Chommi było to znowu odrobinę za nisko. Na szczęście już po chwili mogła znowu śpiewać wyżej. Niestety... Znowu błędy. JYP zmarszczył czoło, dając dziewczynie ostatnią szansę, której nie wykorzystała.
- ChomChom sama - polecił, zaniepokojony (by nie powiedzieć, że zdenerwowany). Wang posłuchał i odetchnął z ulgą. Nie za bardzo lubił te rozśpiewki, szczególnie, kiedy szły tak wysoko. Czasami kompletnie brakowało mu głosu w niektórych wysokich partiach, a wtedy miał wrażenie, że śpiewa na poziomie podstawówki. To okropnie poniżające, szczególnie, kiedy słucha cię taka wstrętna mała glizta, jak panienka Jang. Każda przerwa, więc jest dla niego prawdziwym wybawieniem.
Piętnastolatka śpiewała, a szef dalej marszczył czoło.
- Odbijaj dźwięki! - zawołał, słysząc, że gama, którą wyśpiewywała zlewała się ze sobą, przez to, że dziewczyna prawie w ogóle nie robiła przerw. - Słyszysz, co mówię? Odbijaj piłkę!
Szef jeszcze kilka razy kazał jej powtórzyć zadanie i dopiero podczas trzech ostatnich, Chom wykonała je idealnie. Wcale nie było to powodem do dumy, raczej odwrotnie. Gdyby JYP nie był JYP, to prawdopodobnie żaden inny Ceo nie marnowałby swojego czasu na użeranie się z artystami, którzy już dawno powinni mieć takie rzeczy jak rozśpiewka w małym palcu u nogi. Za tak wykonane zadanie powinna dostać niezły opierdziel. Ale on tylko na nią patrzył. Nic nawet nie powiedział. Nie musiał.
- Joesonghabnida, sajang-nim - powiedziała cicho, kłaniając się przed nim ze spuszczoną głową. Mężczyzna nijak nie zareagował na to. Miał tylko nadzieję, że wróci dawna zdeterminowana ChomChom, która podbiła serca swoich fanów.
- Zamiast próby tanecznej, zostaniesz dzisiaj ze mną te dwie godziny i poćwiczymy twoje partie w piosence, ok?
- Uhm - zgodziła się, choć tak na prawdę nie miała większego wyboru.
- Dobrze. Zaczynamy od początku - powiedział, obracając się do Chińczyka. - Najpierw opowiedz mi swoją historię - powiedział z lekkim uśmiechem.
Zawsze, kiedy uczył kogoś rapować, czy to od podstaw, czy tylko korygował błędy artystów, którzy już coś umieją, wypowiadał to samo zdanie - "opowiedz mi swoją historię". Znaczy ono tyle, że chce, aby dany raper wyrecytował mu dokładnie swoją część w piosence, co z kolei nie jest takie łatwe, ponieważ musi on dokładnie wypowiedzieć każdą sylabę, w ten sposób, by jednocześnie cały tekst był przekazany, jakby artysta na prawdę opowiadał historię o sobie, wkładając to wszystkie emocje, które powinien. Tego jeszcze rapem nie można nazwać, ale z takiego ćwiczenia już do niego niedaleko.
Jackson uśmiechnął się i obrócił daszek swojego snap back'a to tyłu. Po chwili już recytował pięknie swoją zwrotkę, czyli wprowadzenie do piosenki. Kiedy musiał to zrobić po raz pierwszy, kompletnie mu nie wychodziło, ale dzisiaj poszło mu perfekcyjnie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się, idzie mu dzisiaj znacznie lepiej niż tej małej pindzie obok niego.
- Ok, to teraz mi to zarapuj - poprosił, zaczynając wygrywać na klawiszach melodię do piosenki ChomSon. W odpowiednim momencie chłopak wszedł w piosenkę ze swoim nienagannym rapem. Wszystko wykonał tak dobrze, że piętnastolatce robiło się słabo. Jak źle wypadała dzisiaj w porównaniu do niego?
- ChomChom, teraz ty wchodzisz! - zawołał, ciągle uśmiechnięty JYP z powodu dobrej formy, w jakiej znajdował się dzisiaj Jackson. Kiedy dziewczyna usłyszała odpowiednie dźwięki zaczęła śpiewać, a raczej... próbowała. Brała zbyt małe oddechy i śpiewała płytko, sztucznie. W dodatku jej twarz...
JYP przestał grać i zaczął jej się przyglądać ze zdziwieniem.
- Co jest z twoją twarzą? - zapytał w końcu. - Dobrze się czujesz?
- Tak, ja tylko...
- Jang Chommi, weź się w garść - powiedział stanowczym tonem. - To nie jest dom kultury, do którego możesz sobie wpadać raz na tydzień, tylko twoje miejsce pracy.
- Ye.
Jak to było, kiedy wracał do dormu razem z chłopakami? Dzisiaj mógł sobie przypomnieć to uczucie. Jackson zamiast ćwiczyć układ w sali tanecznej z ChomChom wrócił z resztą GOT7 jednym samochodem o przyzwoitej porze. Tak dawno nie jechali wszyscy tym samym autem wieczorem! A wtedy przecież ma się najlepszy humor!
Żartowali całą drogę, opowiadali sobie o różnych rzeczach, jakby nie widzieli się miesiąc, a przecież cały dzień razem spędzili na treningach. Brakowało mu tego. Z resztą chłopcy też chyba za nim tęsknili, skoro tak się rozgadali, że nawet nie zauważyli, kiedy dotarli na miejsce.
- Hyung, ale serio ta jego nowa płyta jest świetna! - nadawał bez przerwy najniższy w rodzinie (czytaj sarkazm), nawet, kiedy już weszli do swojego mieszkania. - Najlepsza była ta piosenka, co... e.. Bam, jak ona się nazywała? - spojrzał na przyjaciela, ale ten zupełnie nie usłyszał pytania, kontynuując rozbieranie się z kurtki i butów. - Yah, Kunpimook Bhuwakul! - no tym razem, musiał usłyszeć. Jego pełnego nazwiska raczej zbyt często się nie używa. Tylko wtedy, kiedy sobie przeskrobie, albo gdy kogoś zdenerwuje, co się raczej stosunkowo często nie dzieje. Aczkolwiek Yugyeom jest teraz w takim wieku, w którym denerwuje go fakt, że na zimę pada śnieg.
- Co, co? - Tajlandczyk spojrzał na przyjaciela nieco zirytowany. - Nie wiem gdzie są twoje kapcie, daj mi spokój - mruknął, wymijając go i udał się od razu do salonu, gdzie Jackson już sobie siedział z Markiem na kanapie.
- Hyung~ - zawołał, wskakując na wolne miejsce, obok Wang'a, który od razu na niego spojrzał. Był dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju. - Ty się przyjaźnisz z Renee-nooną, prawda?
Przez chwilę jakby się zastanawiał nad odpowiedzią, więc młodszy uniósł brwi w górę. Wang zaśmiał się i pokiwał głową twierdząco. To znaczy tak mu się wydawało, że się przyjaźnią... Znaczy może bardziej kumplują, ale to prawie to samo!
- W takim razie, mógłbyś mi pomóc?
- Daruj sobie, woli starszych. - Zaśmiał się, razem z Markiem, a młodszy wywrócił oczami, siadając wygodniej na sofie.
- Nie o to mi chodzi... - mruknął. - Ale... Czy jak się z nią przyjaźniłeś, to nie mówiła ci kiedyś, że... że czegoś się boi..?
- Nie, chyba nie - odpowiedział, nie zastanawiając się zbytnio nad tym. Bo właściwie nie musiał. Nigdy nie rozmawiali z Renee na takim poziomie, by zwierzać się sobie z problemów życiowych, czy opowiadać o swoich uczuciach. Opowiadali sobie, co ich drażni, co smuci i tak dalej, ale pamiętałby, gdyby przyszła do niego przerażona, prawda?
- Aha... - Bam pokiwał głową, patrząc w podłogę. Mark i Jackson ciągle przyglądali mu się uważnie, nie bez powodu. W końcu ten dzieciak nigdy nie cichnie tak po jednej odpowiedzi, w dodatku po takiej, która nikogo by nie usatysfakcjonowała, a już na pewno nie jego. Byli pewni, że zaraz zapyta o coś jeszcze, więc ich wpatrywanie się w BamBam'a przerywały tylko ich własne mrugnięcia. - A może wyglądała tak? - Jak mogliby się mylić w swoich oczekiwaniach!
Jackson zaśmiał się znowu, tym razem nieco słabiej.
- Wyglądała jak? - Założył sobie ręce na klatce piersiowej, dalej obserwując chłopaczka.
- No... jakby się czegoś bała.
- Nie sądzę - mruknął, po czym wymienił spojrzenia ze swoim przyjacielem z Ameryki, z czego to Wang'a było wesołe, a Tuan'a raczej odwrotnie. Gdyby jego wzrok miał głowę, to pewnie teraz kręcił by nią na boki z dezaprobatą. - Ona zazwyczaj jest uśmiechnięta i uchachana, jakby bez przerwy coś ćpała. Znaczy, to jest super, bo nawet ja nie umiem tak non stop się ze wszystkiego cieszyć, a ona jest mega pozytywnie nastawiona do... wszystkiego.
- Tak mówisz...? - znowu z lekka przygasł.
- Dlaczego? - Tym razem odezwał się Mark. - Coś się stało panience Dallas?
- Uh, co? Nie! - Zaśmiał się nerwowo. - Dlaczego miałoby się jej coś stać? Tak po prostu pytam. - Jakoś ten argument chłopaków nie wydawał się zanadto przekonywać. - Um... No, bo ona jest zawsze taka wesoła... To byłoby przykre, gdyby czegoś albo kogoś się bała. - Wzruszył ramionami. - Wiecie co, jest już późno. Pójdę spać! - oznajmił, przeciągając się teatralnie i ziewając sztucznie.
- Co? Ale jak? Że teraz, już? - zdziwił się Wang, patrząc na zegarek wiszący na beżowej ścianie nad telewizorem.
- No tak... jestem zmęczony... - powiedział wstając z kanapy i udał się w kierunku swojego pokoju.
- Ale jest dopiero dziewiąta, Bammie! - zawołał za nim Chińczyk, doprawdy zaskoczony postawą nastolatka. Od kiedy to on się taki zmęczony zaczął robić o dwudziestej pierwszej dwadzieścia pięć? Aż tak dawno temu ostatni raz spędzali wieczór w pełnym gronie?
- Weź go zostaw, niech idzie, jak jest zmęczony. - powiedział Mark, chwytając w rękę kontroler od X-Box'a, by zaraz uśmiechać się kumplowi wyzywająco w twarz. - Mam zamiar cię dzisiaj urąbać w Fifie!
- Hahahaha! - zaśmiał się głośno, unosząc głowę w górę, po czym rzucił starszemu aktorsko mordercze spojrzenie. - Niedoczekanie twoje, mr. Tuńczyk! - powiedział, akcentując przezwisko Amerykanina w tak zabawny sposób, że ten zaczął się zwijać ze śmiechu, przy czym prawie zleciał z sofy. Akurat wtedy do salonu wszedł Youngjae, który miał okazję obserwować zjawisko spadającej gwiazdy po raz drugi już tego tygodnia. I to znowu spowodowane jakimś zachowaniem Jackson'a. Westchnął, niczego nie rozumiejąc.
- Hyung, dlaczego on się śmieje? - zapytał chłopak, wskazując na Mark'a ręką.
Z nosem w notesie, ruszył do przodu i nagle ktoś na niego wpadł, z impetem uderzając go w czoło swoją głową. Oderwał się na moment od swojej lektury, spoglądając na siedzącą na podłodze, różowowłosą dziewczynę, która tarła swoje czoło, posykując z bólu.
- Oh, noona... - mruknął, nie wiedząc, co robić. Pewnie teraz Renee porządnie się na niego wkurzy. Nie, on nie chce, żeby się na niego denerwowała, przecież jest taką dobrą dziewczyną, w dodatku przyjaźni się z Jacksonem-hyung'iem. Nie mogą mieć złych relacji!
- BamBam, ty mała, wstrętna gnid... - urwała, widząc, co chłopak trzyma w ręku. Popatrzyła na niego, jakby z przerażeniem w oczach, ale od razu odsunął od siebie te głupie myśli. To na pewno złość, tylko u niej inaczej wygląda...
Dziewczyna poderwała się na równe nogi i wyrwała mu zeszyt z rąk.
- Czytałeś to? - zapytała, oczekując odpowiedzi natychmiastowej. Jednakże nastolatek nie był w stanie odpowiedzieć. Spanikował. Chciał coś z siebie wydusić, ale nie wiedział, co, więc tylko zająkiwał się co chwila pojedynczymi słowami.
- Jak dużo przeczytałeś?
- Ma-mało. B-bardzo mało. - odpowiedział pospiesznie.
- Aish, nevermind... - mruknęła, obrzucając chłopaka wzrokiem. Po tym odwróciła się na pięcie i poszła w stronę, z której przybiegła.
BamBam westchnął głośno, drapiąc się w tył głowy. Był podobnie zły, jak ona, tyle, że na samego siebie. Mógł przecież ją zapytać, dlaczego tak źle się wtedy czuła. Może byłby w stanie pomóc. A nawet jeśli nie on, to poprosiłby o pomoc, kogoś kto dałby sobie z tym radę.
Powolnym krokiem udał się w stronę stojącej w innym korytarzu kserokopiarki.
- F! S! SZ! SZ! F! S! SZ! SZ! - Jackson i Chommi teraz posykiwali już sobie razem, dokładnie w tym samym czasie, co nie bardzo im odpowiadało. Robienie wspólnie jakichkolwiek rzeczy było im nie na rękę.
Powtórzyli to ćwiczenie jeszcze kilka razy, aż w końcu szef kazał im przestać.
- Głęboki wdech... wydech. Wdech... wydech - instruował, a dzieciaki robiły, co kazał. - A teraz szybko i trzymamy. I... wdech! - W tym momencie Każde z nich bardzo szybko wciągnęło powietrze ustami, zatrzymując je w swojej przeponie do czasu, aż JYP każe im je wypuścić. - Wydech. Jeszcze raz, wdech!
Wcześniej Jang Chommi musiała ćwiczyć przed lustrem, bo instruktor od wokalu twierdził, że kiedy na siebie nie patrzy, to nie wykonuje ćwiczeń poprawnie. Dodatkowo jest strasznie nudna i musi trenować nad swoją mimiką, by jej twarz nie była taka ospała. Całe szczęście wyćwiczyła to i już nikt jej nie mówi, że ze swoją skrytą naturą nie nadaje się na estradę.
- Dobra, jedziemy gamę - oznajmił Jinyoung Park, odwracając się prosto do pianina. Ułożył palce na klawiszach i zaczął grać.
- Do, re, mi, fa, sol, la, si do~ - zaczęli razem z pierwszymi dźwiękami pianina. Nie było to wcale bardzo wysoko, ale Jackson pięć ostatnich dźwięków wyśpiewał na głowie. Co prawda czysto, ale kompletnie nie w jego tonacji. Z kolei dla Chommi tonacja była idealna, problem w tym, że już za pierwszym razem popełniła błędy techniczne. Ale w porządku, na to jeszcze można przymknąć oko. W końcu to pierwsze ćwiczenie rozśpiewujące. - Do, si, la, sol, fa, mi, re, do~ - wrócili, więc Ceo zjechał oktawę niżej. - Do, re, mi, fa, sol, la, si, do~ - Chommi, znowu błąd, Jackson, już lepiej... - Do, si, la, sol, fa, mi, re, do~
Pan Park powtórzył ćwiczenie jeszcze kilka razy, zniżając przy każdym oktawę o jeden stopień, by Jackson mógł swobodnie śpiewać. Dla Chommi było to znowu odrobinę za nisko. Na szczęście już po chwili mogła znowu śpiewać wyżej. Niestety... Znowu błędy. JYP zmarszczył czoło, dając dziewczynie ostatnią szansę, której nie wykorzystała.
- ChomChom sama - polecił, zaniepokojony (by nie powiedzieć, że zdenerwowany). Wang posłuchał i odetchnął z ulgą. Nie za bardzo lubił te rozśpiewki, szczególnie, kiedy szły tak wysoko. Czasami kompletnie brakowało mu głosu w niektórych wysokich partiach, a wtedy miał wrażenie, że śpiewa na poziomie podstawówki. To okropnie poniżające, szczególnie, kiedy słucha cię taka wstrętna mała glizta, jak panienka Jang. Każda przerwa, więc jest dla niego prawdziwym wybawieniem.
Piętnastolatka śpiewała, a szef dalej marszczył czoło.
- Odbijaj dźwięki! - zawołał, słysząc, że gama, którą wyśpiewywała zlewała się ze sobą, przez to, że dziewczyna prawie w ogóle nie robiła przerw. - Słyszysz, co mówię? Odbijaj piłkę!
Szef jeszcze kilka razy kazał jej powtórzyć zadanie i dopiero podczas trzech ostatnich, Chom wykonała je idealnie. Wcale nie było to powodem do dumy, raczej odwrotnie. Gdyby JYP nie był JYP, to prawdopodobnie żaden inny Ceo nie marnowałby swojego czasu na użeranie się z artystami, którzy już dawno powinni mieć takie rzeczy jak rozśpiewka w małym palcu u nogi. Za tak wykonane zadanie powinna dostać niezły opierdziel. Ale on tylko na nią patrzył. Nic nawet nie powiedział. Nie musiał.
- Joesonghabnida, sajang-nim - powiedziała cicho, kłaniając się przed nim ze spuszczoną głową. Mężczyzna nijak nie zareagował na to. Miał tylko nadzieję, że wróci dawna zdeterminowana ChomChom, która podbiła serca swoich fanów.
- Zamiast próby tanecznej, zostaniesz dzisiaj ze mną te dwie godziny i poćwiczymy twoje partie w piosence, ok?
- Uhm - zgodziła się, choć tak na prawdę nie miała większego wyboru.
- Dobrze. Zaczynamy od początku - powiedział, obracając się do Chińczyka. - Najpierw opowiedz mi swoją historię - powiedział z lekkim uśmiechem.
Zawsze, kiedy uczył kogoś rapować, czy to od podstaw, czy tylko korygował błędy artystów, którzy już coś umieją, wypowiadał to samo zdanie - "opowiedz mi swoją historię". Znaczy ono tyle, że chce, aby dany raper wyrecytował mu dokładnie swoją część w piosence, co z kolei nie jest takie łatwe, ponieważ musi on dokładnie wypowiedzieć każdą sylabę, w ten sposób, by jednocześnie cały tekst był przekazany, jakby artysta na prawdę opowiadał historię o sobie, wkładając to wszystkie emocje, które powinien. Tego jeszcze rapem nie można nazwać, ale z takiego ćwiczenia już do niego niedaleko.
Jackson uśmiechnął się i obrócił daszek swojego snap back'a to tyłu. Po chwili już recytował pięknie swoją zwrotkę, czyli wprowadzenie do piosenki. Kiedy musiał to zrobić po raz pierwszy, kompletnie mu nie wychodziło, ale dzisiaj poszło mu perfekcyjnie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się, idzie mu dzisiaj znacznie lepiej niż tej małej pindzie obok niego.
- Ok, to teraz mi to zarapuj - poprosił, zaczynając wygrywać na klawiszach melodię do piosenki ChomSon. W odpowiednim momencie chłopak wszedł w piosenkę ze swoim nienagannym rapem. Wszystko wykonał tak dobrze, że piętnastolatce robiło się słabo. Jak źle wypadała dzisiaj w porównaniu do niego?
- ChomChom, teraz ty wchodzisz! - zawołał, ciągle uśmiechnięty JYP z powodu dobrej formy, w jakiej znajdował się dzisiaj Jackson. Kiedy dziewczyna usłyszała odpowiednie dźwięki zaczęła śpiewać, a raczej... próbowała. Brała zbyt małe oddechy i śpiewała płytko, sztucznie. W dodatku jej twarz...
JYP przestał grać i zaczął jej się przyglądać ze zdziwieniem.
- Co jest z twoją twarzą? - zapytał w końcu. - Dobrze się czujesz?
- Tak, ja tylko...
- Jang Chommi, weź się w garść - powiedział stanowczym tonem. - To nie jest dom kultury, do którego możesz sobie wpadać raz na tydzień, tylko twoje miejsce pracy.
- Ye.
Jak to było, kiedy wracał do dormu razem z chłopakami? Dzisiaj mógł sobie przypomnieć to uczucie. Jackson zamiast ćwiczyć układ w sali tanecznej z ChomChom wrócił z resztą GOT7 jednym samochodem o przyzwoitej porze. Tak dawno nie jechali wszyscy tym samym autem wieczorem! A wtedy przecież ma się najlepszy humor!
Żartowali całą drogę, opowiadali sobie o różnych rzeczach, jakby nie widzieli się miesiąc, a przecież cały dzień razem spędzili na treningach. Brakowało mu tego. Z resztą chłopcy też chyba za nim tęsknili, skoro tak się rozgadali, że nawet nie zauważyli, kiedy dotarli na miejsce.
- Hyung, ale serio ta jego nowa płyta jest świetna! - nadawał bez przerwy najniższy w rodzinie (czytaj sarkazm), nawet, kiedy już weszli do swojego mieszkania. - Najlepsza była ta piosenka, co... e.. Bam, jak ona się nazywała? - spojrzał na przyjaciela, ale ten zupełnie nie usłyszał pytania, kontynuując rozbieranie się z kurtki i butów. - Yah, Kunpimook Bhuwakul! - no tym razem, musiał usłyszeć. Jego pełnego nazwiska raczej zbyt często się nie używa. Tylko wtedy, kiedy sobie przeskrobie, albo gdy kogoś zdenerwuje, co się raczej stosunkowo często nie dzieje. Aczkolwiek Yugyeom jest teraz w takim wieku, w którym denerwuje go fakt, że na zimę pada śnieg.
- Co, co? - Tajlandczyk spojrzał na przyjaciela nieco zirytowany. - Nie wiem gdzie są twoje kapcie, daj mi spokój - mruknął, wymijając go i udał się od razu do salonu, gdzie Jackson już sobie siedział z Markiem na kanapie.
- Hyung~ - zawołał, wskakując na wolne miejsce, obok Wang'a, który od razu na niego spojrzał. Był dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju. - Ty się przyjaźnisz z Renee-nooną, prawda?
Przez chwilę jakby się zastanawiał nad odpowiedzią, więc młodszy uniósł brwi w górę. Wang zaśmiał się i pokiwał głową twierdząco. To znaczy tak mu się wydawało, że się przyjaźnią... Znaczy może bardziej kumplują, ale to prawie to samo!
- W takim razie, mógłbyś mi pomóc?
- Daruj sobie, woli starszych. - Zaśmiał się, razem z Markiem, a młodszy wywrócił oczami, siadając wygodniej na sofie.
- Nie o to mi chodzi... - mruknął. - Ale... Czy jak się z nią przyjaźniłeś, to nie mówiła ci kiedyś, że... że czegoś się boi..?
- Nie, chyba nie - odpowiedział, nie zastanawiając się zbytnio nad tym. Bo właściwie nie musiał. Nigdy nie rozmawiali z Renee na takim poziomie, by zwierzać się sobie z problemów życiowych, czy opowiadać o swoich uczuciach. Opowiadali sobie, co ich drażni, co smuci i tak dalej, ale pamiętałby, gdyby przyszła do niego przerażona, prawda?
- Aha... - Bam pokiwał głową, patrząc w podłogę. Mark i Jackson ciągle przyglądali mu się uważnie, nie bez powodu. W końcu ten dzieciak nigdy nie cichnie tak po jednej odpowiedzi, w dodatku po takiej, która nikogo by nie usatysfakcjonowała, a już na pewno nie jego. Byli pewni, że zaraz zapyta o coś jeszcze, więc ich wpatrywanie się w BamBam'a przerywały tylko ich własne mrugnięcia. - A może wyglądała tak? - Jak mogliby się mylić w swoich oczekiwaniach!
Jackson zaśmiał się znowu, tym razem nieco słabiej.
- Wyglądała jak? - Założył sobie ręce na klatce piersiowej, dalej obserwując chłopaczka.
- No... jakby się czegoś bała.
- Nie sądzę - mruknął, po czym wymienił spojrzenia ze swoim przyjacielem z Ameryki, z czego to Wang'a było wesołe, a Tuan'a raczej odwrotnie. Gdyby jego wzrok miał głowę, to pewnie teraz kręcił by nią na boki z dezaprobatą. - Ona zazwyczaj jest uśmiechnięta i uchachana, jakby bez przerwy coś ćpała. Znaczy, to jest super, bo nawet ja nie umiem tak non stop się ze wszystkiego cieszyć, a ona jest mega pozytywnie nastawiona do... wszystkiego.
- Tak mówisz...? - znowu z lekka przygasł.
- Dlaczego? - Tym razem odezwał się Mark. - Coś się stało panience Dallas?
- Uh, co? Nie! - Zaśmiał się nerwowo. - Dlaczego miałoby się jej coś stać? Tak po prostu pytam. - Jakoś ten argument chłopaków nie wydawał się zanadto przekonywać. - Um... No, bo ona jest zawsze taka wesoła... To byłoby przykre, gdyby czegoś albo kogoś się bała. - Wzruszył ramionami. - Wiecie co, jest już późno. Pójdę spać! - oznajmił, przeciągając się teatralnie i ziewając sztucznie.
- Co? Ale jak? Że teraz, już? - zdziwił się Wang, patrząc na zegarek wiszący na beżowej ścianie nad telewizorem.
- No tak... jestem zmęczony... - powiedział wstając z kanapy i udał się w kierunku swojego pokoju.
- Ale jest dopiero dziewiąta, Bammie! - zawołał za nim Chińczyk, doprawdy zaskoczony postawą nastolatka. Od kiedy to on się taki zmęczony zaczął robić o dwudziestej pierwszej dwadzieścia pięć? Aż tak dawno temu ostatni raz spędzali wieczór w pełnym gronie?
- Weź go zostaw, niech idzie, jak jest zmęczony. - powiedział Mark, chwytając w rękę kontroler od X-Box'a, by zaraz uśmiechać się kumplowi wyzywająco w twarz. - Mam zamiar cię dzisiaj urąbać w Fifie!
- Hahahaha! - zaśmiał się głośno, unosząc głowę w górę, po czym rzucił starszemu aktorsko mordercze spojrzenie. - Niedoczekanie twoje, mr. Tuńczyk! - powiedział, akcentując przezwisko Amerykanina w tak zabawny sposób, że ten zaczął się zwijać ze śmiechu, przy czym prawie zleciał z sofy. Akurat wtedy do salonu wszedł Youngjae, który miał okazję obserwować zjawisko spadającej gwiazdy po raz drugi już tego tygodnia. I to znowu spowodowane jakimś zachowaniem Jackson'a. Westchnął, niczego nie rozumiejąc.
- Hyung, dlaczego on się śmieje? - zapytał chłopak, wskazując na Mark'a ręką.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz