sobota, 22 października 2016

Mark's little secret [#10]




Po moim ciele przebiegły dreszcze. Było chłodno. Nie rozumiałem dlaczego, bo przecież ciągle siedziałem przytulony do Jaehee. Poza tym, kiedy byłem tu ostatni raz nie było mi wcale zimno. Było przyjemnie, jej dłonie były ciepłe, a całe pomieszczenie bardzo przytulne. Dlaczego tym razem czułem chłód?
- Mark, chcesz napić się herbaty? - zapytała nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Myślałem, że śpisz... - mruknąłem, a dziewczyna odsunęła się lekko, tak, by móc spojrzeć mi w oczy. - Nie, nie musisz nic robić, w porządku. - powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Ale jeśli chcesz, to mogę zrobić ją dla ciebie.
Nie patrząc już na mnie, pokiwała głową.
- Zrób dwie, a ja poszukam koca. - powiedziała cicho, bez emocji w głosie. Zaraz po tym wstała i zniknęła za drzwiami innego pomieszczenia. Sam udałem się powoli w kierunku maleńkiej kuchni. Nie miałem najmniejszego problemu ze znalezieniem herbaty, bo jej otwarte pudełko stało na blacie. Wodę wlałem do metalowego czajnika i postawiłem go na gazie. Podczas, gdy się gotowała, ja szukałem kubków. Uznałem, że lepiej będzie jeśli w nich wypijemy, bo herbata w moim wykonaniu raczej nie byłaby tak dobra, a co za tym idzie nie wymagała takiego zachodu, by jeszcze rozlewać ją do porcelanowych filiżanek - jak ostatnim razem, kiedy u niej byłem. Niestety znalazłem jedynie brudne, lub zakurzone kubki. Postanowiłem, że dwa z nich umyję. Problem jednak polegał na tym, że musiałem to zrobić tak, by nie zamoczyć gipsu. Dokonałem tego więc niezbyt zgrabnie, w efekcie ochlapując gipsowe usztywnienie mojej ręki. Ale to nie było wtedy aż tak ważne.
Herbata została zrobiona. Trochę bardziej z amerykańska, bo szczerze mówiąc nigdy nie interesowałem się koreańską sztuką parzenia herbaty, a to zdecydowanie nie był najlepszy moment na eksperymentowanie. Normalnie zalałem te liście wrzątkiem, posłodziłem normalnym cukrem i normalnie zaniosłem ją do salonu. Kubki postawiłem na stoliku. Dziewczyna siedziała już na kanapie z kocem w rękach.
- Myślałam, że mam dwa, ale znalazłam tylko jeden... - była wyraźnie zawiedziona i przygnębiona. Sam koc, rzecz jasna nie był głównym powodem, ale wciąż przyczyniał się mniej lub bardziej do jej złego nastroju. Widok jej, która cierpi był okropny. To, jakby patrzeć na rozdarty w pół obraz najlepszego na całym świecie malarza. Ale ona jest człowiekiem i to w cholerę ważnym. Może w tamtym momencie nie byłem tego przejrzyście świadomy, ale tak właśnie czułem.
- Nic się nie stało. Okryj się nim, a... uh, masz tu otwarte okno? - zmarszczyłem brwi, czując ponownie, jak po moich rękach przebiega chłód. Miałem podwinięte rękawy bluzy, żeby swobodniej robiło mi się tą herbatę, ale teraz znowu je opuściłem, patrząc w kierunku okna. Było zasłonięte ciemną firaną, ale tylko do połowy.
- Nie jest otwarte, tylko... nieszczelne. - powiedziała, podnosząc się z kanapy, jednak ja byłem już w drodze i na myśl mi nie przyszło, by się zatrzymać, choćby na sekundę. Z resztą nie miałem tyle czasu i drogi do przebycia, by w jej trakcie zastanawiać się nad czymkolwiek. To mieszkanie było na prawdę małe.
- W takim razie trzeba to czymś uszczelnić, daj mi chwilę. - mruknąłem, machnąwszy na nią ręką, po czym odsłoniłem firanę i obrzuciłem okno spojrzeniem. Natychmiast w oczy rzuciła mi się dziura wielkości mojej pięści w dolnym rogu okna. Zatkana była jakąś szmatką, ale jak widać to nie pomagało. Wyglądało to tak, jakby ktoś rzucił kamieniem. Chociaż nie, tak musiało być, bo na parapecie zaraz zobaczyłem jeszcze kilka maleńkich kawałków szkła. Nie rozumiałem tylko, dlaczego ktoś miałby wybijać okno w jej mieszkaniu, a jeszcze większym zdziwieniem była dla mnie postawa Jaehee. Popatrzyłem w jej kierunku, chcąc uzyskać jakieś wytłumaczenie, ale zobaczyłem tylko jej zwieszoną głowę i to, jak pociera ramiona dłońmi, jakby chciała takim sposobem skurczyć się do zera, żebym jej nie widział. Nie miała już na sobie mojej kurtki, leżała ona na kanapie obok koca.
- Co się stało? - zapytałem w końcu po chwili ciszy. Wyprostowała kark, ale nie patrzyła w moim kierunku. Odetchnęła głęboko i zagryzła wargę, jakby się z czymś zmagała, finalnie wbijając wzrok znowu w podłogę.
- To tylko dzieciaki... - puściłem firankę, którą do tej pory ściskałem w palcach sprawnej dłoni. - Tutejsza młodzież jest trudna... - Nie wierzyłem ani jej, ani w to, na co właśnie patrzyłem. Wymyślała na poczekaniu, było to po niej widać. Żadne z jej słów teraz nie brzmiało wiarygodnie.
- Przestań. - rzuciłem szybko, bez namysłu. - Ty nie możesz kłamać. - wyrwało mi się. Słowa te spowodowały, że coś ją dotknęło, bo podniosła na mnie jednocześnie zaskoczone i wystraszone, ale też przepełnione żalem spojrzenie. - Ktokolwiek, ale nie ty. Jesteś chrześcijanką. - czułem jak napinają się mięśnie mojej twarzy, kiedy patrzyłem na nią z wyrzutem. Czułem się oszukany. Tyle mi opowiadała o tym, jak to trzeba być dobrym, tyle czasu patrzyłem na nią i widziałem właśnie kogoś takiego - człowieka bez wad, bez fetyszy, złych nawyków, bez zła. Więc jak mogła kłamać?
Ale po chwili... po chwili jednak moje własne wyrzuty zaczęły dusić mnie samego. Przełknąłem ślinę, widząc, jak w dół jej policzków płyną łzy.
- Przepraszam, nie chciałem... - znowu górę wzięły moje emocje. Dlaczego uświadamiam sobie takie rzeczy dopiero po czasie?
- Nie, to ja przepraszam. - odparła szybko, wycierając oczy i próbując powstrzymać kolejne łzy. - Masz rację, nie mogę kłamać, przepraszam... Tylko... tylko... Oh, boję się... - znowu zaczynała panikować. Bez zbędnego zastanawiania się, podszedłem do niej i przytuliłem na nowo. Chciałem zrobić wszystko, co było w mojej mocy, żeby jej pomóc, a tylko tyle mogłem. Inaczej nie potrafiłem dodawać otuchy, czy komfortować. - Kiedy zginął tata, wybili szybę kamieniem i krzyczeli, że to nie koniec, że jeszcze pożałuję, że tu w ogóle zamieszkałam...
- Dlaczego nie poszłaś z tym na policję..? - zapytałem tak bardzo zdezorientowany całą tą sytuacją, że ledwo wydobyłem z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Nie mogę. - odsunęła się ode mnie o kilka kroków i wreszcie spojrzała prosto w twarz. - To oni ciebie wtedy pobili... - wskazała palcem na okno. - Musiałabym opowiedzieć dokładnie wszystko, łącznie z tym, co się wtedy wydarzyło.
To uczucie. Jakby znowu kopali mnie po brzuchu. A jednak tym razem nie był to fizyczny ból - najpierw przyszedł szok, ale jego miejsce szybko zastąpił strach. Obok niego po chwili pojawił się żal do samego siebie. Bo to była moja wina. Przeze mnie nie mogła się teraz obronić w żaden sposób przed tymi bandziorami.
Stałem bez ruchu. Otwarte oczy błądziły po wszytkim w pomieszczeniu, poza stojącą przede mną dziewczyną. Otwarte usta, łapały powietrze, które wydawało się w ogóle nie trafiać do moich płuc, a ja sam czułem się, jakbym został wrzucony do wielkiego czarnego dołu, bez wyjścia i światła. Jedynym moim światłem była ona. Ja zabrałem jej to światło, którym świeciła.
- Ale nie martw się, nie pójdę na policję, poradzę sobie sama.
- Nie. - opuściłem głowę, przecierając twarz dłonią. Czułem się jak wtedy, kiedy zostałem odrzucony, jak wtedy, kiedy siedziałem sam w łazience i wypłakiwałem litry bólu, jak wtedy, kiedy leżałem na ulicy, bezbronny, bez sił i bez nadzieji. Czułem, że trzeba coś zrobić, ale nie wiedziałem jak i co. Nie wiedziałem niczego. - Nie poradzisz sobie sama. Nie możesz tu mieszkać, musisz iść gdzieś indziej, do jakiegoś znajomego, ja to przemyślę, porozmawiam z kim trzeba i... zrobimy coś, tak nie może być...
- Mark... Mark - podeszła do mnie i zwróciła moją twarz ku swojej. Teraz miała chłodne dłonie. Ale uczucie ich na moich policzkach było takie samo, jak za pierwszym razem, gdy to zrobiła. Może nie uspokoiła mnie tym razem, bo wciąż oddychałem niespokojnie, moje serce biło ze strachu jak głupie i chciało mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Ale widok jej twarzy i jej dotyk sprawiły, że przestałem czuć się samotny w tym dole. Zobaczyłem, że siedzimy w nim razem. - W porządku, już dobrze... - próbowała się uśmiechnąć.
- Nic nie jest w porządku. - szepnąłem, kiedy do oczu zaczynały mi napływać łzy. - Nic nie jest dobrze, Jaehee. - dodałem głośniej, pozwalając słonej wodzie wypłynąć spod moich powiek. Opuściłem głowę, zagryzając mocno swoją dolną wargę. - Cały mój świat się wali, rozumiesz? I to wszystko przeze mnie... Bo jestem cholernym tchórzem! Bo jak idiota zakochałem się w swoim przyjacielu, a on mnie za to znienawidził, bo przybiegłem tu i dałem się pobić, jak dziecko, bo przeze mnie teraz ty jesteś w niebezpieczeństwie... - nigdy w życiu nie płakałem w taki sposób przed żadnym człowiekiem. Nigdy w życiu nie czułem się tak podle, jak wtedy. - Jesteś moją nadzieją, Jaehee-ah, jeśli coś ci się stanie, to umrę.
To był pierwszy i ostatni taki wybuch w moim życiu. Nigdy więcej niczego takiego nie czułem. Aczkolwiek nie znaczy to, że po tym wszystko już zaczęło się układać, jak zamek z klocków lego.

Kiedy przez płacz opowiadałem jej co się działo w moim życiu, w zespole i we mnie, w środku... nie zauważyłem nawet, że wychlapałem jej swój największy sekret. Ten, o którym do tamtej pory wiedział tylko Jinyoung. A jednak, wbrew moim obawom nie odsunęła się ode mnie. Nie patrzyła na mnie inaczej, ciągle siedziała obok, tuliła i głaskała po głowie, jakby w ogóle jej to nie przeszkadzało. Nie zaczęła inaczej mówić, uspokajała mnie tak samo. Tak, jakby już wcześniej o tym wiedziała.
I od tamtej pory zaczęliśmy wspinać się po ścianach tej ciemnej dziury bez końca razem. Sytuacja była na prawdę ciężka, ale nie poddawaliśmy się. Jaehee ukryła się u znajomej z kościoła, co oboje uznaliśmy za aktualnie najlepsze wyjście. Miała tam zostać przynajmniej do mojego powrotu z Jeju, o którym dowiedziałem się tego samego dnia, którego wróciłem od niej z mieszkania.


Dzień dalej stałem już na lotnisku, w kolejce do taśmy na bagaże, razem z Jackson'em. Wcześniej poprosiłem go, żeby pomógł mi z położeniem na niej mojej walizki. Zgodził się bez cienia zawahania, więc na moich ustach pojawił się przez chwilę lekki uśmiech.
Kiedy Jackson pokazywał mi pewien filmik na YouTube, poczułem nagle, jak ktoś na mnie wpada, wytrącając z równowagi, przez co ja poleciałem na Wang'a, a ten - efektem domino - na, stojącą przed nim Jang Chommi. Po opanowaniu grawitacji znowu wsiąknąłem wzrokiem do ekranu telefonu Chińczyka, jednak nie na długo. Wkrótce usłyszałem niezbyt naturalnie brzmiącą wymianę zdań pomiędzy oficjalnym duetem JYP, ChomSon, następnie pisk piętnastolatki i kiedy podniosłem na nich swój wzrok, zobaczyłem, jak Jackson odchodzi z dziewczyną na rękach. Chciałem coś powiedzieć, zawołać go i przypomnieć, że miał mi pomóc, ale było już za późno. Ubiegł mnie głos strażnika.
- Następny! - za drugim razem prawie wrzasnął, kiedy za pierwszym nie zareagowałem. Najwyraźniej mało go obchodziło to, kim byłem z zawodu. Akurat teraz miałem to za minus.
- Okej, już idę... uh... - nie bardzo było tego po mnie widać, ale zestresowałem się wtedy nagle. Lewą ręką nie mogłem sobie poradzić z rozłożeniem  rączki od mojej walizki. - Um, JB, idź pierwszy... - przepuściłem w kolejce kumpla, stojącego za mną, nie chcąc bardziej denerwować tego przerażającego typa w mundurze.
- Na pewno sobie poradzisz? - spytał, niepewny co do mojej sytuacji.
- Ta, jasne. - odparłem z lekkim uśmiechem i dalej, na boku męczyłem się z głupią rączką, która najwyraźniej postanowiła się na mnie wypiąć odwłokiem i zacięła się tak, że nie mogłem jej wyciągnąć. Jaebum pokiwał głową i odszedł, a ja w myślach przeklinałem Wang'a wszystkimi istniejącymi w języku angielskim wyzwiskami.
- Dalej! - człowiek wydarł się ponownie.
Co, już? Tak szybko? Popatrzyłem na mężczyznę, który wlepiał we mnie mordercze spojrzenie. What is wrong with you, man?, pomyślałem, odwracając wzrok.
- Następny! - wrzasnął, wywracając mi tym samym żołądek do góry dołem i szarpiąc nerwy, które przecież i tak nie były ostatnimi czasy w najlepszej formie.
- Daj, pomogę ci z tym. - mruknął cicho Park Jinyoung, podchodząc do mnie. Jednocześnie polecił, by maknae line nie tracili czasu i przeszli już dalej. Nie dał mi nawet otworzyć ust, kiedy szybkim ruchem chwycił za rączkę mojej walizki i odblokował ją równie sprawnie.
Podziękowałem ledwie słyszalnie i zabrałem od niego swój bagaż. Gdy przyszła moja kolej, zaciągnąłem ją do taśmy, jednak nie ja ją na niej położyłem. Zrobił to Jinyoung. Znowu. A kiedy już przeszliśmy przez bramki, zaopiekował się moją walizką równie dobrze, co swoją własną. Powkładał wszystkie wyciągnięte wcześniej rzeczy, pozapinał, poprzytulał i pocałował... eh, nie, tych dwóch ostatnich nie. Z jakiegoś powodu byłem zły na niego. Może teraz już 'tak po prostu' mnie denerwuje? Samym tym, że tu jest? Że mi pomaga? Że tak wygląda? Że nie mogę go mieć?
- Będziesz się teraz na mnie obrażał? - szliśmy ramię w ramię, równym tempem przez korytarze lotniska. Chciałbym mieć w tamtym momencie słuchawki w uszach i móc udawać, że go nie słyszę. Przynajmniej nie byłoby spiny.
- Nie obrażam się. - odparłem nijakim tonem, nie patrząc w jego stronę.
- Wiem, że jest ci przykro, ale...
- "Przykro"... - powtórzyłem z gorzkim uśmiechem. Nie chciałem jednak mówić niczego więcej, a właściwie, to i tego, co powiedziałem wolałbym nie mówić, ale cóż. Jinyoung również nie miał zamiaru tego w żaden sposób komentować.
- ... Ale powinieneś przynajmniej udawać, że wszystko jest w porządku. - dokończył. Czułem, że przez chwilę na mnie patrzył, ale zaraz to uczucie minęło. Bardzo dobrze, akurat wtedy nie podobało mi się to uczucie. - Postaraj się dla dobra zespołu, hyung.
- Nie mów tak na mnie. - bąknąłem, chwytając wystającymi spod gipsu palcami kaptur i narzuciłem go sobie na głowę.
- Aish... jak dziecko, poważnie... - syknął oceniająco, kiedy zbliżaliśmy się do reszty chłopaków i dziewczyn z Chocolate Cake.
- O ja pierniczę, Mark zapomniałem! - wydarł się Jackson, gdy dołączyliśmy do grupy. Dalej dźwigał na ramionach czekoladową maknae. A ja wciąż miałem mu za złe to, że mnie zostawił. I nawet nie mogłem tego po sobie okazać bez żadnych konsekwencji, ponieważ wszyscy zwrócili swoje oczy w moim kierunku dokładnie w momencie, kiedy Wang zaczął się drzeć. Co jednocześnie bardziej mnie irytowało.
- Screw you... - syknąłem, odwracając się do nich wszystkich plecami.
Oficjalnie miałem ich wtedy wszystkich w dupie.
- Oficjalnie ma nas wszystkich w dupie. - skwitował Jinyoung z naturalnym, jak na naszą aktualną postawę wobec siebie, uśmiechem. Nosz kuźwa. Teraz jeszcze będzie bezczelnie czytał mi w myślach?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz