Tego ranka przebudziłem się z dziwnym uczuciem. Poza tym, że miałem wrażenie, jakby sufit walił mi się na głowę, a kołdra była tak ze sto kilo cięższa niż w rzeczywistości, to czułem jeszcze, że o czymś zapomniałem. Albo, że coś mnie ominęło.
Jak się później okazało, faktycznie ominęło mnie całkiem sporo. Przede wszystkim obudziłem się jakieś dwie godziny po opuszczeniu przez resztę chłopaków dormy. W kuchni na stole czekała na mnie karteczka, z nabazgranym przez Jackson'a liścikiem. Wyłączył mój budzik w telefonie - a tak dokładniej, to wyłączył całkowicie mój telefon, bo przecież nie zna do niego hasła - któryś z chłopaków zrobił mi śniadanie i obiecali, że będą do mnie dzwonić w razie, gdyby działo się coś ważnego.
Był piątek. Włączyłem wszystkie możliwe urządzenia elektroniczne, nie chcąc, by otaczała mnie cisza. Chodził telewizor w salonie, stare radio Youngjae w kuchni, u nas w pokoju głośniki Jackson'a i do tego otworzyłem drzwi balkonowe na oścież, dzięki czemu do środka wpadały dźwięki rozwrzeszczanej stolicy. Myślałem, że dzięki temu nie będę czuł się aż taki samotny. Co chwila sprawdzałem telefon z nadzieją, że niewinna córka pastora do mnie napisała, ale od tamtego czasu milczała.
Niebo pokrywała warstwa brzydkich, szarych chmur, zimny wiatr poruszał białymi firankami, a ja stałem przed otwartymi drzwiami w kurtce, obserwując równie głośne, co aktualnie wnętrze naszego mieszkania, miasto. Ludzie pędzili ulicami w tę i we w tę, mając jakiś cel, dążąc do czegoś zawzięcie. A ja nie byłem w stanie sklecić nawet jednego zdania, by dopisać coś do wczoraj rozpoczętej piosenki. Za każdym razem, kiedy spoglądałem na ową kartkę, przypominała mi się cała tamta scena od nowa w kółko, jak zacięta płyta. Hałas wcale nie pomagał w zapomnieniu.
Dodatkowo miałem w głowie obraz jego łez. Miał mi to za złe tak bardzo. Nie mogłem na siebie patrzeć. To nie była całkowicie moja wina. To on zaczął, ja przecież... ja nie chciałem. Ale i tak nie wytrzymywałem z myślą, że został przeze mnie tak mocno skrzywdzony. Zależało mi na nim. Nienawidziłem siebie za to, że to przeze mnie i moje chore fantazje tak teraz wyglądają nasze relacje.
Wytrzymałem tak dwie godziny. Dwie godziny, po których powyłączałem wszystkie urządzenia, zamknąłem drzwi balkonowe i wyszedłem z mieszkania, zakładając uprzednio czarną maskę, zakrywającą moje usta i nos. Reszta moich ubrań była równie bogata w kolory. Czarna bejsbolówka i kaptur na głowie, też czarny. Czarna kurtka, i kontrastowo jasne dżinsowe spodnie. Wbrew pozorom wcale nie sterczałem przed szafą dzisiaj pół dnia. Zgarnąłem z brzegu to, co nie było aż tak pogniecione i ta dam! Emo look, jak się patrzy! A jak praktycznie - wyglądam tak przerażająco i podejrzanie, że nikt normalny do mnie się słowem nie odezwie na ulicy, a już na pewno nie szalone nastoletnie ahgasaes.
Uważnie badałem wzrokiem otoczenie, chcąc odtworzyć w swojej głowie obraz trasy, którą przebyłem tamtej nocy. Zaczynało robić się brzydko, co znaczyło, że szedłem w dobrym kierunku. Skręciłem w jedną z uliczek i zatrzymałem się, wstrzymując oddech. Zagryzłem wargę, widząc przed sobą miejsce, w którym skatowano mnie jak psa. Przed oczami przeleciały mi wszystkie obrazy, które w tamtym czasie zapisały się w mojej pamięci. Odetchnąłem głęboko, oblizałem wargi i ruszyłem do przodu. Wszedłem do tej klatki schodowej, do której wcześniej zaprowadziła mnie Jaehee. Po schodach trafiłem na drugie piętro i przystanąłem przed starymi, drewnianymi drzwiami.
Nie miałem pewności, czy była w środku. Przylazłem tu bez zastanowienia, chciałem tylko ją znowu zobaczyć. Chciałem, żeby znowu zrobiła to swoje czary mary i pozszywała moje serce.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wystukałem wiadomość. Trzy literki alfabetu łacińskiego - "Hey". Czekałem na odpowiedź, ale zamiast niej ekran mojego telefonu rozświetlił się, wołając, bym odebrał połączenie. Od niej.
Przesunąłem wszerz ekranu zieloną słuchawkę i przyłożyłem telefon do ucha.
- Hej... - cichy dziewczęcy głos brzmiał teraz inaczej. Słabiej. Smutniej. - Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy. Trochę mi było bez ciebie smutno... - usłyszałem ciche pociągnięcie nosem.
- Mogłaś zadzwonić. - mruknąłem równie cicho, chcąc uniknąć efektu echa, który mógłby powstać na klatce schodowej. Chciałem jeszcze dodać "czekałem", ale coś zdusiło we mnie te słowa. Podszedłem bliżej drzwi i przystawiłem do nich drugie ucho. Ze środka, jak i ze słuchawki telefonu słychać było ciche kroki drobnej osóbki. Ulżyło mi, bo przynajmniej dowiedziałem się, że jest w środku.
- Nie mogłam. - odpowiedziała wciąż niezbyt głośno, jakby ktoś inny w środku spał. Na pewno stała wtedy zaraz po drugiej stronie drzwi. Nie były one takie grube, wszystko przez nie było słychać.
- Dlaczego? - zapytałem, chcąc usłyszeć tą odpowiedź bardziej niż cokolwiek innego w tamtym momencie. Dlaczego nie mogła? Dlaczego nie było jej przy mnie, kiedy moje serce było rozrywane na milion kawałków? Dlaczego nie mogła nawet napisać głupiej wiadomości?
Nie odzywała się, ale słyszałem, jak głęboko oddycha.
- Chciałabym się z tobą zobaczyć. - wyszeptała i wciągnęła powietrze niespokojnie.
- Jaehee-ah... - zacząłem, uświadamiając sobie, że to nie ja dzisiaj miałem być pocieszony. - Otwórz drzwi.
- Co? Dlaczeg-- - ucięła nagle. Po chwili ciszy drzwi uchyliły się powoli. Zobaczyłem wtedy młodą kobietę o ciemnych, prostych włosach, rozgrzanych do czerwoności policzkach i rozmazaną maskarą. Przez moment patrzyła na mnie z zaskoczeniem.
I nagle... poczułem, jak jej ramiona oplatają moje ciało, jej ręce zaciskają na mojej kurtce z tyłu, a jej gorący policzek przywiera do mojej klatki piersiowej. Nie ruszałem się. Nawet nie drgnąłem, nawet nie oddychałem. Dopiero po chwili zauważyłem, że ręce miałem uniesione lekko w górę, jakbym bał się jej dotknąć, jakby była brudna. A przecież ona była o wiele czystsza niż ja sam.
Popatrzyłem w dół, napotykając wzrokiem czubek jej głowy. Unosiła się w porozumieniu z moimi głębokimi oddechami. Dlaczego były głębokie? Zaskoczyła mnie. Nigdy wcześniej nie przytulała mnie. Nigdy wcześniej nie płakała na moich oczach w taki sposób. Nigdy wcześniej jej serce nie było tak blisko mojego.
Przełknąłem ślinę. Teraz dopiero dostrzegłem, że jej serce też było złamane.
Powoli opuściłem swoje ręce i ułożyłem je delikatnie na plecach dziewczyny. Towarzyszyło temu dziwne uczucie. Jaehee, czując, że nie protestuję, wtuliła się we mnie mocniej, a wtedy czułem już jak moja koszulka nasiąka jej łzami.
- W porządku, Jaehee-ah... - mruknąłem, głaszcząc delikatnie jej plecy.
Dziewczyna płakała tak jeszcze przez chwilę. W końcu zaczęła się trząść z zimna panującego na klatce schodowej i za pewne jeszcze dodatkowo osłabienia, dlatego zaprowadziłem ją do mieszkania i posadziłem nas na kanapie.
W środku nie było wiele cieplej. Jaehee wciąż trzęsła się, zakrywając twarz dłońmi. Ściągnąłem z siebie kurtkę i owinąłem ją wokół jej pleców. Chwilę tylko przyglądałem się w ciszy, by w końcu przysunąć się na prawdę blisko i przytulić ją na powrót. To uczucie niewiele różniło się od tulenia chłopaków. Ale jednak było w tym coś niespotykanego. Jej ciało było mniejsze, delikatniejsze. Mimo, że sam potrzebowałem kogoś w kogo mógłbym się wtulić i schronić, to czułem jednocześnie potrzebę bycia kimś takim dla niej teraz. Poczucie odpowiedzialności. Wcześniej czegoś takiego nie czułem. Byłem raczej beztroskim wiecznym nastolatkiem, to JB za wszystko odpowiadał, motywował, pilnował. Ja tak nie umiałem. Chociaż nie sądzę, by to poczucie na długo we mnie pozostało, w końcu wszystko, co z nią związane znika w momencie, kiedy znika ona.
Czułem się trochę dziwnie, dotykając w taki sposób dziewczynę (która nie była ze mną w żaden sposób genetycznie powiązana), ale właściwie mógłbym się do tego przyzwyczaić. Kiedyś nie mogłem sobie nawet wyobrazić, że musiałbym zbliżyć się tak bardzo do kogoś przeciwnej płci. Dziewczyny wydawały mi się takie... słabe. Nie idealne. Nie rozumiałem, jak można zakochać się w dziewczynie. Przecież one nawet inaczej myślą, nie śmieją się z tego, co my, nie lubią tego, co my. Wiedziałem, że tak powinno być, że facet ma kobietę, bo w końcu tak nas stworzyła natura, więc to logiczne. Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić takiego rodzaju uczuć do kobiet.
Dopiero ona w jakiś sposób zmieniła mój pogląd na świat. Sprawiła, że jakoś tak łatwiej mi to wszystko zrozumieć. Pokazała mi, że tak na prawdę nie wiele nas od siebie różni. Jej charakter nie jest taki zły... Właściwie to jest piękny. Jest prawie tak piękny jak osobowość Jinyoung'a.
Jaehee jest zabawna. Jest szalenie miła i pomaga bezinteresownie każdemu, kto jest w potrzebie. Nie ważne, że chłopak, który leży na chodniku pod jej mieszkaniem jest jej zupełnie obcy, a jego oprawcy trzy razy więksi i silniejsi od niej samej. Nie ważne, że ma swoje sprawy na głowie i multum własnych problemów - i tak przyjdzie do znajomego w szpitalu, sprawdzić jak się ma. Pomoże mu zjeść obiad, nie obrazi się, kiedy zostanie wyśmiana, nie chowa urazu, kiedy zostanie przez niego zraniona. Wybacza i zapomina prawie od razu.
Zastanawiam się, czy dalej by mnie tak lubiła, gdyby się dowiedziała, kim jestem na prawdę. Ona jest przecież tą... chrześcijanką. Z tego, co wiem, chrześcijanie w Korei, zwłaszcza ci z jej denominacji są bardzo radykalni. Nie akceptują niczego, co nie jest zgodne z Biblią. Nic we mnie przecież nie jest zgodne z jej Biblią. Zmieniła by zdanie co do mnie? Sama raz mi powiedziała, że łatwiej jest ściągnąć kogoś w dół, niż wciągnąć do góry. Z tego wynika, że to ja jestem tym na dole. Może i na scenie świecę, razem z chłopakami, ale bez JYP kim bym był? Zwykłym, nie do końca zdrowym emocjonalnie chłopakiem, przy niej, jak węgiel przy oszlifowanym diamencie. Co jeśli wycofa się, by uniknąć pociągnięcia w dół?
- Przepraszam - usłyszałem cichy szept. Automatycznie skierowałem na nią swój wzrok, ale po raz kolejny spotkałem się z czubkiem jej głowy. Zauważyłem wtedy, że moje palce przeplatane są pasmami długich, czarnych włosów. Nigdy nie dotykałem tak długich włosów. Chłopaki mają krótkie, zawsze mieli. Moja siostra nigdy nie dawała mi dotykać swoich, bo bała się, że znowu jej spalę, albo zrobię coś podobnie drastycznego.
Może to spostrzeżenie jest głupie i banalne, ale to na prawdę dziwne uczucie. Tak, jakby jeżdżąc całe życie prawym pasem po ulicach, nagle musieć przerzucić się na lewy, jak w Anglii.
Były zdrowe, błyszczące i przyjemne w dotyku. Aczkolwiek zgaduję, że nie myła ich tuż przed moim przyjściem. Były trochę przetłuszczone u nasady.
- Przepraszam, że musisz na to patrzeć. - powiedziała wciąż cicho, ale już bez płaczu. Po chwili odsunęła się ode mnie na tyle, by móc popatrzeć mi w oczy. Uśmiechnęła się lekko, smutno, pociągając nosem, a ja wytarłem jedną ręką jej policzki z łez, odwzajemniając uśmiech. - Chciałam ci się kojarzyć tylko z radością.
- To dlatego się nie odzywałaś? - zapytałem, patrząc na nią wyczekująco. Opuściła wzrok na swoje kolana i westchnęła głęboko.
- Ostatnio ciężko mi się uśmiechać... - powiedziała w końcu. - Tamtego dnia, kiedy wyszedłeś ze szpitala, dostałam telefon z komisariatu policji, że... zabili mojego ojca. - Z jej oczu znowu popłynęły łzy, a mnie zamurowało.
Właśnie powiedziała mi, że jej ojciec nie żyje, że ktoś go zabił. Że odebrano jej ostatnią najbliższą osobę, a ona została zupełnie sama.
W pierwszej chwili nie mogłem ułożyć tego w swojej głowie. To trudne. Przecież jeszcze niedawno tu był, Jaehee pomagała mu przygotować kazanie, mówiła mi o tym, kiedy odwiedziła mnie w szpitalu.
- Najpierw było dochodzenie, kto go zastrzelił, z jakiego powodu... - mówiła przez płacz, a ja ciągle nie wiedziałem, jak się zachować. - Później pogrzeb... Nie było mnie stać, więc cały zbór zrobił składkę. Oh ja... - przerwała, pozwalając sobie na płacz. - Nie chciałam ci przeszkadzać. Nie powinieneś mnie teraz pocieszać, tylko odpoczywać. Musisz wrócić do zdrowia i przejść rehabilitację. Twoi fani na ciebie czekają, twoja rodzina chce cię zobaczyć w telewizji, musisz odpoczywać. Nie chciałam, żebyś się przejmował...- jej smutek przeradzał się w histerię, a to akurat znam doskonale. Nie chciałem, żeby jej serce tak mocno krwawiło. Chciałem móc je zszyć, zanim rana się pogłębiła.
Złapałem za jej ramiona (trochę niezdarnie tą prawą ręką, ale gips nie przeszkadzał aż tak) i obróciłem przodem do siebie.
- Uspokój się, nie panikuj. - starałem się mówić stanowczo, ale łagodnie. - Nie przeszkadzasz mi, rozumiesz? Przyszedłem tu sam, bo tęskniłem za tobą. Nie jesteś moim zmartwieniem, nie myśl w ten sposób. Jesteśmy przyjaciółmi. Tak? - patrzyła na mnie, oddychając niespokojnie, kiedy lewą ręką gładziłem jej policzek. Czułem się jak jej starszy brat. Nie lubiłem mówić o swoich uczuciach, wolałem je okazywać w inny sposób i rzadko, kiedy zdarzało się, bym wypowiedział tyle słów po koreańsku na raz, bez jednego zająknięcia. Ale ona z jakiegoś powodu nie potrafiła zrozumieć moich gestów. Z takiego założenia wychodzę, skoro nie chciała mi przeszkadzać swoją tragedią. - Nawet, gdybym miał teraz coś cholernie ważnego na głowie, przyszedłbym do ciebie, bo tego potrzebujesz.
- Nie jestem w stanie zrobić niczego poza płaczem, to bez sensu... - przez swoje wyrzuty sumienia nie przyjmowała do świadomości nawet moich słów. Opuściła głowę, znowu płacząc. Zagryzłem wargę i odetchnąłem głęboko kilka razy.
- Płacz. - przełknąłem ślinę. - Płacz, choćby cały dzień i noc aż do jutra. Tylko nie sama... - ostatnie zdanie dodałem ledwo słyszalnie, bo czułem jak wielka gula rośnie w moim gardle.
Nie mogłem pozwolić, by cierpiała w samotności, jak ja. Nie chciałem, by kiedykolwiek znowu zostawiła mnie, bym musiał przez to przechodzić sam i nie chciałem, by ona też przez to przechodziła. Nie mogła siedzieć w łazience pod wanną, zalana łzami bez nikogo u boku. Nie mogła tego czuć.
- Nie rób tego sama... - pokręciłem głową. - Nie możesz. - Szybko wytarłem łzę, która wymknęła mi się spod powiek. - Płaczmy razem. - powiedziałem z lekkim uśmiechem, by po tym przez chwilę patrzeć na nią w ciszy. Nie odpowiadała. Tylko obserwowała mnie, zaszklonymi oczyma, po jej twarzy w dół ciekły słone krople, a jej oddechy wcale się nie uspokajały. Odetchnąłem głębiej, decydując się na załatwienie tego problemu po swojemu.
No more words.
Touch is good.
Uniosłem jej nogi i przełożyłem je sobie przez kolana, sadzając sobie na nich Jaehee. Poprawiłem swoją kurtkę na jej plecach i przytuliłem do siebie w taki sposób, by całą sobą przylegała do mnie.
- Płacz. - powiedziałem cicho, układając swoją lewą rękę na jej głowie, która spoczywała teraz na moich obojczykach. Czułem na swojej klatce piersiowej jej oddech.
◇
<zmiana narracji>
- Jinyoung-ah... - Po usłyszeniu swojego imienia odwrócił się do lidera zespołu, który stał przy oknach i machał ręką, by ten do niego podszedł. Słowo lidera jest święte, nawet jeśli nie brzmi. Dlatego bez mrugnięcia okiem podszedł do przyjaciela i wyjrzał przez okno, jak kazał. Pod wytwórnią stała Kołysanka. Znowu.
- Trzeba z nią coś zrobić. - mruknął starszy. Jinyoung westchnął głęboko, odwracając wzrok od widoku za oknem. - Dziewczyna zachoruje i jeszcze powiedzą, że to nasza wina.
- Przecież nie zakażę jej tam stać. - powiedział, obracając wzrok ku Jaebumowi.
- Dlaczego? - zapytał, jakby to było najlogiczniejsze z wszystkich możliwych wyjść. - Jesteś jej biasem, powinna cię posłuchać.
- Myślisz, że jej nie kazałem iść do domu? - bąknął z niezadowoleniem na ustach. - Nie przyszła tu dla mnie, tylko dla Mark'a.
- Nie ma go dzisiaj, a ona dalej tam stoi. - Jaebum wywrócił oczami. - Od rana. Serio wierzysz, że przyszła dla niego? Jest twoją fanką. Aish, powinieneś coś z tym zrobić... - pokręcił głową.
- Jaebum-shi, PD-nim prosi cię do siebie. - oboje obrócili się po to tylko, by zobaczyć przed sobą średniego wzrostu, chłopaka-lalkę, który wbrew pozorom nie był ani trainee, ani modelem w wytwórni, ani nawet nie pracował tam na stałe, tylko na pół etatu. Był bratem sekretarki JYP PD-nim i wykonywał tego typu polecenia - wymagające znalezienia kogoś natychmiast, czy przekazania jakichś ważnych informacji twarzą w twarz. Ma dosyć dziwny kontakt z raperką Chocolate Cake.
- Jasne, lecę. Dzięki. - rzucił, wymijając młodo wyglądającego chłopaka i skierował się od razu do gabinetu szefa. Kiedy młodzieniec chciał już odchodzić, Jinyoung wpadł na genialny, choć może nie do końca odpowiedzialny pomysł.
- Yah, Hyungseok-ah! - zawołał chłopaka po imieniu, gdy ten odwracał się już w odpowiednim kierunku. Spojrzał na artystę i poprawił swoje wielkie, kujońskie okulary, które służyły jego twarzy tylko do ozdoby. - Zrobisz coś dla mnie?
- Um... tak, pewnie... - mimo swoich słów, nie brzmiał wcale pewnie. Park uśmiechnął się wesoło, podchodząc bliżej niego i poklepał go po plecach.
- Spoko, nie chcę ci pokazywać kotków w piwnicy. - zaśmiał się, widząc na jego twarzy szok. - No mówię, że nie!
- Nie śmiem wątpić. - mruknął cicho chłopak zwany Hyungseok'iem, kierując się do windy za Jinyoung'iem.
- Jesteś taki formalny... nie rozumiem, jak możesz tak dobrze dogadywać się z Xiah. - powiedział, wciskając guzik, który miał przywołać windę na ich piętro. - Ona jest szalona. - spojrzał na drugiego. W jego oczach zobaczył zaskoczenie i zakłopotanie.
- Trzeba tylko zrozumieć jej tok myślenia. - powiedział, odwracając twarz przed siebie. Był całkiem poważny.
- Długo się znacie?
- Już jakiś czas. - odparł. - Chodziliśmy ze sobą, zanim zadebiutowała. - w jego głosie słychać było coś, jakby wyrzuty.
Wyszli razem na hol główny, za bramki bezpieczeństwa. Stanęli przed szklanymi drzwiami i patrzyli na stojącą za nimi dziewczynę. Hyungseok wyskubywał w swoim policzku dziurę od środka, a Jinyoung podpierał swoje ręce na biodrach.
- To jak? - zapytał książę-nim. - Zrobisz to? - obrócił swoją twarz ku niemu.
- To trochę... - chłopak pomasował kark i popatrzył na Jinyoung'a niepewnie. - ...wredne.
- A masz coś lepszego?
- No nie wiem... - westchnął ulzzang w okularach. - A gdybyś z nią pogadał tutaj? Dlaczego mam od razu grozić jej policją?
- Bo nic innego na nią nie działa... - skrzyżował ręce na piersi i przestąpił na jedną nogę.
- Słyszałem, że jesteś jej Ultimate. Była na każdym waszym meetingu. - powiedział, wciąż nieprzekonany do prośby młodego JYP. Jak na złość spowodował tym przedwczesne wyrzuty sumienia u siódemkowego savage. I wydawało się, jakby robił to celowo. - No w porządku, jeśli tak chcesz potraktować dziewczynę, która kocha cię bardziej niż kogokolwiek, to zrobię to. Złamię jej serce za ciebie... - chłopak ruszył w kierunku drzwi, a Jinyoung zacisnął powieki, i usta, wzdychając ciężko.
- Dobra, czekaj. - zatrzymał go, łapiąc za ramię. Hyungseok popatrzył na niego pytająco.
Oblizał wargi, patrząc w posadzkę. Nie chciał łamać serca kolejnej osobie. Nie był takim człowiekiem, nie chciał, by ktokolwiek cierpiał z jego powodu. Tym obrzydliwym "bandziorem" stawał się tylko przed kamerą. Nie próbował przecież zranić Mark'a, nie planował tego. To był jego przyjaciel... nie, to wciąż jest jego przyjaciel. I dlatego to tak bardzo boli. Gdyby nie mieli ze sobą niczego wspólnego, po prostu odwróciłby się i poszedł w drugą stronę, ale on był ważny. Ten głupi pomysł z całowaniem wpadł mu do głowy nagle, tylko dlatego, że był pijany.
- Sam to załatwię. - puścił chłopaka, a ten skinął głową i poszedł z powrotem do gabinetu sekretarki.
Mark miał w sobie tyle ciepła, tyle miłości i to nie tylko do Jinyoung'a. Do każdego innego członka zespołu, do każdego człowieka w wytwórni zawsze zwracał się z uśmiechem i z miłością. Kiedy go przytulał, albo trzymał za rękę... Jinyoung czuł się bezpiecznie i komfortowo. Jakby leżał na różowej, miękkiej chmurce. To nie była zwykła przyjaźń, to było coś, co mogłoby przezwyciężyć śmierć. To jest coś, co wytrzyma nawet tak wielką ranę na sercu.
Ale ta miłość nie jest tą samą miłością, której Mark oczekiwał. Nie ten typ miłości czuł do niego Jinyoung. Ale miłość, jak mówił Mark, to miłość. Miłość przetrwa wszystko, nie jest zawistna, nie chowa urazy, nie odwraca się.
Jinyoung nigdy nie odwrócił się od Mark'a. Ale inaczej nie dało się tego załatwić. Tak samo, jak teraz.
Wyszedł z wytwórni i westchnął głęboko, chcąc przytłumić swoje emocje.
- Yah, gizibe! - zawołał, zwracając na siebie uwagę dziewczyny, która i tak już wcześniej patrzyła w jego stronę. - Nie masz własnego życia? Dlaczego tu ciągle stoisz?
- Ty jesteś moim życiem! - zawołała słodko, z uśmiechem. Jego usta jednak nie drgnęły. Patrzył na nią pustym wzrokiem, zmagając się ze samym sobą w środku. - Oppa? - oh, chyba zauważyła. - Mogę podejść?
- Nie. Idź do domu. - odparł stanowczo. - Nie trać czasu na bezsensowne gapienie się w drzwi. Nie wystawiaj swojego zdrowia na próbę w taki sposób. Jeśli jestem twoim idolem, to powinnaś brać ze mnie przykład! Czy ja stoję pod domem Michael'a Jackson'a i gapię się na jego drzwi?! - dziewczyna stała tam, jak skamieniała. Patrzyła na niego tymi wielkimi oczami, nie dowierzając w to, jakim tonem się do niej zwracał. - Zrób coś sensownego.
Dziewczyna odwróciła się i uciekła spod wytwórni.

.gif)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz