Peter Pan
Mark Tuan, OC; Yeong Haneul
Nadszedł w końcu dzień urodzin Haneul. Kończyła dwadzieścia lat, czyli osiągała wiek pełnoletności w Korei. Jej rodzina organizowała z tego powodu wielką imprezę, za dnia miała zwalić się do ich domu cała elita biznesowa, którą zwano żartobliwie przyjaciółmi jej rodziny. Pod wieczór domek miał zostać jednak otwarty dla jej przyjaciół. Chociaż ci, co prawda również nie narzekali nigdy na biedę - całe jej otoczenie było z wyższych sfer.
Oprócz niego. Mark Tuan przyjechał do Korei z Tajwanu
nie całe dwa lata temu. Wtedy jeszcze kompletnie nie mówił po Koreańsku, o
piśmie już nawet nie wspominając. Przeżył tu tylko dzięki Hyuk'owi, jego
przyjacielowi. Zamieszkał z nim, uczył się od niego języka i obyczajów, jakie
panowały w kraju i również dzięki niemu dostał pracę. Gdyby Hyuk nie napisał mu
CV, to nigdy nie zostałby kelnerem w tak świetnej kawiarni, jaką była Youth Cofee Shop. Nie musiał w niej
nosić obciachowego fartuszka, a jedynie bandamkę z logo kawiarni w tylnej
kieszeni spodni. Zamówienia roznosił, jeżdżąc na deskorolce, a ściany lokalu
pokryte były w dziewięćdziesięciu procentach graffiti. Dodatkowo za swoją
piękną twarzyczkę dostawał najwięcej napiwków spośród wszystkich członków
obsługi. Ale jego wypłata w porównaniu do wypłaty Hyuk'a, pracującego w jednej
z lepszych kancelarii prawnych w Seulu, to grosze*. Z Haneul nie ma go, więc co
porównywać.
Mark Tuan jest tylko zbuntowanym młodym mężczyzną,
który ciągle toczy walkę ze wszystkim dookoła. Poza przyjaciółmi, rzecz jasna.
Ale jak myślisz, drogi czytelniku, ilu przyjaciół może mieć chłopak z zagranicy, ubierający się w czarne,
zwykle podarte celowo ciuchy, z tatułażami na nadgarstku i obojczyku, z pięcio
milimetrowym tunelem w lewym uchu i pięcioma kolczykami w drugim? Dodam
jeszcze, że do ludzi odzywa się z rzadka raz do roku, a jeśli już coś powie,
jest to kwestia w stylu "nie",
"no", "nie chce mi się", "whatever", "I don't care", "do kibla, chcesz mi dotrzymać towarzystwa?".
I generalnie wygląda, jakby wiecznie planował morderstwo, aczkolwiek nie
pogardziłby także przypadkowym zabiciem pierwszej osoby, któraby się do niego
odezwała.
A kiedyś przecież miał wszystko. Miał więcej niż
Haneul i Hyuk razem wzięci - miał sportowe auto, najlepsze noty na najlepszych studiach
anglojęzycznych w Tajwanie (o dwie rangi wyższych od tych, na których uczył się
Hyuk), wygrywał każde zawody wushu, było go stać na więcej niż wszystko. Nie
miał tylko dwóch rzeczy na świecie.
Wolności i miłości. Te rzeczy, które powinien
dostać od swoich rodziców w pierwszej kolejności, zostały mu przez nich
odebrane. Nigdy go nie przytulili, nie powiedzieli, że go kochają, nie
pochwalili szczerze, nie układali do snu. Nie pozwalali mu bawić się na ulicy,
wychodzić poza teren ich posiadłości, słuchać muzyki, jaka mu się podobała,
ubierać tak, jak chciał, robić tego, co chciał. Nigdy nie bawił się w
chowanego. Nigdy nie miał prawdziwej dziewczyny, nigdy się nie zakochał, nigdy
nie był tam szczęśliwy. Za to dali mu masę obowiązków, wymagań, którym nie
sposób było sprostać i aranżowane małżeństwo. Z dziewczyną z jego roku na
studiach, dziedziczką niewiele większej fortuny od jego rodzinnej. Z
dziewczyną, której nie kochał. A tak bardzo chciał kochać, tak bardzo pragnął
się w kimś zakochać, tak prawdziwie, całym sercem…
Dlatego zrobił to wszystko. Zdjął marynarkę szytą
na miarę i wdział na siebie podarte, czarne spodnie, czarną koszulkę z głębokim
dekoltem, przekuł uszy, zrobił sobie tatułaż i w końcu uciekł z domu. Uciekł
tak, że rodzina przez trzy lata go szukała, mediom wmawiając, iż ktoś go
porwał.
Aby jego bólu i cierpienia stało się zadość... znaleźli
go. Przyjechali po niego ludzie ojca do samego Seulu, porwali go w wieczór,
kiedy w końcu postanowił wyznać Yeong Haneul swoje uczucia. Już miał ją
całować, kiedy ktoś go zawołał, wyrwał brutalnie ze spełnienia jego
największego marzenia. Siłą wpakowali go do wozu, zawieźli do hotelu, a tam
przywiązali do fotela, zmuszając do rozmowy przez wideo kamerkę z ojcem. Miał
przeprosić. Miał wrócić, pobrać się z Naną, przejąć majątek i żyć, jak dawniej.
Nie zgodził się. Został kilka razy silnie uderzony na prośbę ojca przez jego
ludzi, ale wypuścili go. Wrócił o własnych nogach do mieszkania, wypłakał się w
ramię Hyuk'a i przekonał się, że ma teraz przy sobie więcej przyjaciół niż kiedykolwiek,
więcej niż myślał, że ma. Czekali na niego Hyuk, Haneul, Euncheol (pan gwiazda,
aktor, którego przedstawiła mu Haneul. Jest jego wizażystką) oraz Eunbyeol,
kelnerka w jego kawiarni. Nie było go jedną zaledwie noc, a oni wszyscy czekali
już w jego mieszkaniu, aż wróci, planowali, jak mu pomóc, martwili się i
tęsknili.
Dwa tygodnie później został prawnie wydziedziczony
i odrzucony przez rodzinę. Nie dostał od nich niczego. Nic już go nie wiązało.
I chociaż bolało go to, że rodzice nigdy nie próbowali nawet go wysłuchać,
chociaż kochał ich prawdziwie... to był teraz wolny. Mógł żyć, jak chciał,
zadawać się, z kim chciał, robić to, co chciał, kochać, kogo chciał.
A kochał Yeong Haneul. Cóż, odrobinę drażniło go
to, że znowu wpadł przez to w śmietankę, z której starał się uciec, ale nie
poddałby się w swoich uczuciach tylko dlatego, że dziewczyna jest bogata.
Zwłaszcza, że teraz przypodobanie się jej rodzicom było znacznie trudniejsze,
niż byłoby to kiedyś, stało się swego rodzaju wyzwaniem. Wspominałam już, jak
zwykł się ubierać, prawda? Jego aktualny stan możności nie dodał mu punktów na
starcie. Poza tym jego wiek... był starszy od Ha o cztery lata. Jak na
koreańskie standardy to spora różnica. Ale przynajmniej wiedział, jak się
zachować przy elicie i co mówić, aby byli zadowoleni, a przynajmniej nie
zgorszeni. Było mu o tyle prościej. Mimo wszystko nigdy nie próbował się dla
nich zmienić, ani udawać kogoś, kim nie był.
Ale kupno prezentu dla jego dziewczyny okazało się
być czymś niemal nie do przeskoczenia. Bo co kupić komuś, kto ma wszystko? A
chciał przecież, aby była zadowolona, aby zapamiętała ten prezent na zawsze. W
końcu to jej najważniejsze urodziny w życiu, jej pierwszy chłopak i pierwsze
tak silne i poważne uczucie. Prezent nie mógł być ot taki sobie.
Zajęło mu równy tydzień, wymyślenie czegoś
odpowiedniego. Wprawdzie ta maleńka, srebrna rzecz miała być tylko furtką do
czegoś większego, czego do tej pory przez miesiąc ich związku jeszcze nie
zrobili, a co wydawałoby się być podstawą podstaw.
Pocałunek. Nie było na to okazji. Faktycznie, spali
(obok siebie, nie ze sobą niestety), ale stan fizyczny i psychiczny Mark’a nie
był wtedy odpowiedni na nic poza tuleniem do siebie jej ciała całą noc.
Próbował też wtedy, kiedy oglądali horror. Przeszkodziła im przyjaciółka
Haneul. Innym razem, przed domem dziecka, w którym była wolontariuszką, napadła
ich zgraja dzieciaków. W przeciwieństwie do Ha, on ich nieznosił.
Tym razem musiało się udać. Kupił w sklepie
jubilerskim naszyjnik w kształcie naparstka. Wydał na niego całą swoją wypłatę,
więc na ładne opakowanie już nie starczyło. Ale
było warto – ciągle tak sobie powtarzał – cel uświęca środki, right?
Była trzecia rano. Wszyscy już się zmyli z jej
domu. Ku zaskoczeniu Mark’a, wszyscy zachowywali się całkiem kulturalnie.
Impreza nie przypominała w żaden sposób tych amerykańskich, ani też chińskich.
Wszyscy jej znajomi pili alkohol, tańczyli, śmiali się i robili zabawne rzeczy,
ale do „Project X” było im zdecydowanie daleko. Ale to było typowe dla Haneul.
Zawsze była tą grzeczną. Tą lepszą, od samego początku ich znajomości. Mimo
wszystko, jednak nie była szarą myszką. Czasami potrafiła zrobić bardziej
szalone rzeczy od niego, śmiała się głośno i nie bała bliskości. Była idealna,
a on pełen wad. Dlatego chciał przynajmniej dla niej być najlepszy.
Po pożegnaniu ostatniego gościa, Ha obróciła się do
Mark’a w korytarzu i westchnęła głęboko, zamykając oczy.
- Jestem wykończona… - jęknęła, kierując się w
stronę salonu. Wyminęła chłopaka w przejściu, masując swój kark. Stał tam
jeszcze przez chwilę, wiodąc za nią wzrokiem, by w końcu pójść w jej ślady i
usiąść obok, na kanapie. Była naprawdę zmęczona całym dniem, ale takiego
pytania, jakie nastąpiło nagle z jej ust się nie spodziewał.
- To kiedy sobie pójdziesz?
Uniósł brwi wysoko, zaskoczony i chyba lekko
urażony, co jednak nic nie dało, gdyż dziewczyna miała zamknięte oczy, kiedy
głowa jej leżała na oparciu kanapy.
- Mało zabawny żart. – prychnął w końcu, odwracając
wzrok. Usłyszał cichy, słaby śmiech po swojej lewej stronie.
- Okej, możesz zostać na noc. – mruknęła znużonym
tonem. – Ale śpisz na kanapie. – dodała po chwili, podnosząc głowę nagle i
posyłając mu podejrzliwe spojrzenie.
- Możemy spać na niej razem. – powiedział z lekkim
uśmiechem, na co tamta po raz kolejny się zaśmiała. Lubił patrzeć na jej
uśmiech. Uwielbiał widzieć ją szczęśliwą. Yeong Haneul, to najlepsze, co go
dotąd w życiu spotkało.
Uznał, że to odpowiedni moment.
- Yah, Sky-shi… - to kolejna dziwna rzecz, panująca
w ich związku. Nie mówią na siebie „kochanie”, „Słoneczko”, „misiu”, ani nie
używają innych romantycznych do porzygu zdrobnień. Jeszcze, kiedy się
przyjaźnili, Mark wymyślił jej ksywkę „Sky”, ponieważ jej imię po koreańsku
oznacza niebo. Dodawał do tego zawsze
grzecznościową końcówkę –shi i dotąd
tego używa. Ona z kolei woła mu po imieniu. Żadne „oppa”, „Ge” ani nic w tym
rodzaju. Wychowała się w europie, nic w tym dziwnego, że mimo różnicy wieku
odnosi się do niego w taki, a nie inny sposób. – Nie dałem ci jeszcze prezentu.
- Oh… Ale ja niczego od ciebie nie oczekuję, jest w
porządku. – powiedziała, uśmiechając się do niego lekko.
- Ale ja chcę. – podniósł na nią swój wzrok, a ona
westchnęła cicho i pokiwała głową. Odwrócił głowę przed siebie, oblizał wargi w
pełnej gotowości i przysunął się bliżej dziewczyny. - Shall I… give you a kiss?
– spytał po angielsku. Koreański wciąż sprawiał mu problemy, a oboje mówili
płynnie w języku świata, więc zazwyczaj posługiwali się jednak nim. Patrzył
teraz prosto w jej oczy. Tak przenikliwie, że aż zrobiło jej się duszno. Przez
chwilę wyglądała na przerażoną, ale gdy tylko zobaczyła, co Mark trzyma w
palcach, zaśmiała się z ulgą. On sam również zachichotał, widząc jej reakcję.
- To z "Piotrusia Pana", tak? - zapytała,
chwytając naparstek w dwa palce. Uśmiechnęła się do niego ślicznie. - Dziękuję,
Tuan Mark.
- Happy Birthday, Haneul-ah. – powiedział,
zapinając łańcuszek na jej karku.
Chłopak przyglądał jej się z uśmiechem przez chwilę.
Wyglądała na zadowoloną. Obserwowała naparstek, ewidentnie próbując nie
uśmiechać się aż tak szeroko, jakby chciała. Nie lubiła, kiedy Mark widział,
jak się krępowała, dlatego i w tym momencie nie chciała podnieść na niego
swojego wzroku.
- Shall I give you something more?
- What more? - kiedy Haneul, chcąc nie chcąc znowu
popatrzyła w jego oczy, zobaczyła coś takiego, co widziała w swoim krótkim
życiu tylko w jego oczach. Nikt inny w taki sposób na nią nie patrzył, nigdy.
- What about... A thimble? - spytał cicho, prawie
szeptem. Widziała jak jego oczy wędrują po jej ustach, jak przełyka ślinę.
- Thim-mble...? - powtórzyła, obserwując, jak Mark
zbliża się do niej coraz bardziej. W końcu ich twarze dzieliły tylko
centymetry. Chociaż próbowali, nigdy jeszcze ich twarze nie były tak bliskie
sobie, jak teraz.
- Uhm... Thimble... - pokiwał nieznacznie głową,
będąc chyba tak samo zdenerwowanym jak ona. - Mogę? - był tak blisko, ale wciąż
prosił o pozwolenie. To coś, co w tym zbuntowanym gangsterze z Tajwanu podoba
jej się w nim najbardziej. Mimo, że dla innych jest często oschły i niemiły,
jej oddaje całego siebie, jest czuły, kulturalny, kochany, dla niej jest jak
miód. Tylko dla niej. I dla Hyuk’a, ale to się nie liczy, bo on jest facetem.
- Ja... ja... - co właściwie chciała powiedzieć?
Chciała, żeby to zrobił, ale jednocześnie bała się. Bała się, że znowu coś im
przeszkodzi. Że, nawet jeśli już im się uda pocałować, to ktoś to zepsuje, ktoś
ich rozdzieli i nigdy już nie spełni się jej małe marzenie o pierwszym
pocałunku. Właśnie! Pierwszym… A co jeśli nie spodoba się mu? A co jeśli będzie
się z niej śmiał? Co jeśli już nigdy więcej nie będzie chciał jej całować? -
Ja–
Jeszcze, kiedy miała otwarte usta, poczuła, jak
jego wargi otaczają jej dolną. Delikatnie i powoli zsuwają się z niej, by po
chwili zrobić to samo jeszcze raz. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co się
działo. Milion myśli, które jeszcze przed chwilą kłębiły się w jej głowie,
nagle wyparowało. Haneul była idealna. Ale miała jedną słabość, która nie
pozwalała jej racjonalnie myśleć, wyrywała z rzeczywistości, unosiła pół metra
nad ziemię, niszczyła wszystkie jej plany zachowania, niszczyła jej dumę i
pewność siebie. Słabość ta nazywała się Mark Tuan i pochodziła z Tajwanu. To,
co z nią teraz robił, przejmowało nad nią kontrolę. Wolała być niezależna. Nie
lubiła, kiedy ktoś decydował za nią, ale jemu nie potrafiła się oprzeć. Dołączyła
mimowolnie swoją górną wargę do jego ust, czując jak jego ręka przesuwa się po
jej policzku, wplata we włosy, a jego usta naciskają mocniej na jej wargi.
_________
*albo koreański odpowiednik
*albo koreański odpowiednik
Postać Haneul stworzona została przez Tuu Tsubaki, wspaniałą autorkę na niektórych blogach grupowych! Shout out to my girl! <333

Dziwię się, że trafiłam tu dopiero teraz.
OdpowiedzUsuńSam tytuł zachęcił mnie do czytania - uwielbiam Piotrusia Pana, ba, ja lubię wszystkie bajki!
Nie wyobrażałam sobie chamskiego Marka, dopóki nie wczułam się w tę historię. Podoba mi się to, że nadałaś mu też te pozytywne cechy, daje to taką równowagę.
Bardzo mi się podobało, pozdrawiam cieplutko i życzę weny~! ^^
Dziękuję ci bardzo! Cieszę się, że ci się podobało ^^
Usuń