Nie wiem jak długo biegłem, ale w tamtym momencie byłem już wyczerpany. Nie wiem nawet gdzie się znajdowałem. Ta ulica niczym nie przypominała pięknego Gangnam. Gołe lampy oświetlały ciasną uliczkę, w którą przed chwilą wbiegłem. Chciałem tylko przestać myśleć o tym, co się przed chwilą stało. Ale znowu czułem te wszystkie negatywne emocje. Dodatkowo... fakt, że całowałem swojego kumpla z zespołu... z rodziny... Jak niby mam teraz na niego spojrzeć? Nawet jeśli był pijany, to ja wciąż będę miał w głwie wspomnienie smaku jego ust, tego jak się zachowywał, tego, co chciałem zrobić.
Zatrzymałem się, wycierając z policzków łzy. Cały się trząsłem, ze zmęczenia, z przerażenia, z tym wszystkim we mnie odchodziłem od zmysłów.
W pewnym momencie z naprzeciwka wyłoniło się kilku chłpaków, może trochę starszych ode mnie. Wyglądali równie atrakcyjnie, co ta dzielnica. Widziałem, że wskazują na mnie palcami i po chwili zaczynają się zbliżać. Byłem zbyt oszołomiony całą sytuacją, żeby chociaż pomyśleć o ucieczce.
- Mark? - usłyszałem rechot któregoś z nich. - Proszę, proszę! Co tu robi wschodząca gwiazda k-pop'u?
Z tego wszystkiego zapomniałem w jakim języku mówi się w tym kraju. Nie byłem w stanie wydusić ani słowa.
Jeden z nich szarpnął za moją bluzę, przez co jej zamek rozpiął się nieznacznie. Ale to wystarczyło im, żeby mogli zauważyć, że nie mam niczego więcej pod spodem. Widząc wzrok tego, który mnie trzymał, zacisnąłem szczęki i odepchnąłem jego rękę. Obrzydliwe.
Nijak mu się to nie spodobało. Dostałem w twarz z pięści. Zakręciło mi się w głowie i upadłem na kolana, podtrzymując się rękoma ziemii. Czyiś but wbił się w mój brzuch. Upadłem na plecy, potem dostałem w bok i prawie usłyszałem dźwięk łamanych żeber. Któryś z nich nadepnął mi na dłoń, spluwając na ziemię, bardzo blisko mojej twarzy. Już i tak czułem się jak śmieć, ale dzięki nim tylko się w tym przekonaniu utwierdziłem. Kopali mnie chyba przez całą wieczność. Tak mi się przynajmniej zdawało. Nie mogłem się podnieść.
Kiedy w końcu przestali, chłopak, który pierwszy mnie szarpnął, nachylił się nade mną i z obrzydliwym uśmieszkiem rozpiął moją bluzę, odsłaniając mój nagi tors. Chciałem go uderzyć, ale moja prawa dłoń wydawała się być pokruszona w milion kawałeczków. Z kolei lewą trzymał ten zboczeniec, mocno przyciskając do ziemii. Dotknął mojej klatki piersiowej i przejechał dłonią w dół.
- Zostaw - syknąłem, kiedy w końcu przypomniałem sobie jak to szło po koreańsku. - Zostaw mnie.
Moje przerażenie i złość tylko go rozbawiły. Nie przestawał mnie macać. Łzy po raz kolejny napłynęły mi do oczu i chyba się poddałem.
Nie mogę. Nie mam siły. Opuściłem głowę z powrotem na ziemię, zaciskając powieki tak mocno jak tylko mogłem, nastawiając się na najgorsze. I nagle poczułem jak jego ciało opada na mnie bezwładnie, a coś kruchego sypie mi się na twarz. Otworzyłem oczy. Reszta chłopaków krzyczała do niego, na kogoś jeszcze, podnieśli w końcu ze mnie ciało tego gościa i odeszli, warcząc coś pod nosem. Dodatkowo usłyszałem głos jakiejś kobiety, który ucichł w momencie, kiedy tamci się oddalili.
Zdezorientowany, obróciłem głowę w bok. Rozbita, chyba porcelanowa, albo gliniana doniczka, trochę krwi i rozsypana wszędzie dookoła ziemia. Wciąż nie wiedziałem, co się dzieje. Ale mimo wszystko czułem z lekka ulgę, że to już koniec. Przynajmniej jeśli chodziło o tych facetów. Bo w środku ciągle czułem się jak gówno.
- Jogiyo... jogi... - moją twarz ujęły dwie delikatne, gorące dłonie. Obróciły ją w stronę twarzy młodej dziewczyny, mniej więcej w moim wieku. - Żyje pan? Proszę się trzymać, zaraz zadzwonię na pogotowie. - puściła moją twarz i zamiast ciepła odczułem okropny chłód. Sięgnęła do kieszeni, wyciągając po chwili telefon.
Nie. Nie może nigdzie dzwonić.
- No - Wypaliłem, po angielsku, chwyciwszy jej nadgarstek ręką, która nie bolała aż tak. - Don't do it. Please... - przez chwilę patrzyła na mnie, najwyraźniej obmyślając coś w głowie. - Proszę... Nie dzwoń...
- But you are... beated... you may be in danger. - na szczęście rozumiała po angielsku.
- No, I can't go to the hospital. I'm okay. Gwaenchanayo. - mówiłem, łamiącym się głosem i zebrałem w sobie wszystkie siły, by powoli podnieść się do siadu. Chciałem pokazać, że faktycznie nie jest tak źle, jak jest w rzeczywistości. Z pomocą dziewczyny i rwącym bólem, w końcu się udało. Kiedy usiadłem, popatrzyłem na swoją prawą rękę. Gdy tylko odrobinę zgiąłem palce, przeszył mnie okropny ból, ciągnący się po sam kręgosłup.
- Ok. - mruknęła dziewczyna. - Everything will be fine. I will help you. - powiedziała z twardym akcentem, chowając telefon do kieszeni. Strzepała z moich włosów ziemię i uśmiechnęła się lekko. Nie była spokojna. Ale starała się zachować takie pozory.
Kiedy sięgnęła po kant mojej bluzy, wzdrygnąlem się, odruchowo łapiąc ją znowu za rękę. Nie wiedziałem, co chciała zrobić. Miałem dość dotyku jak na jeden wieczór. Sama chyba odrobinę się wystraszyła. Zaskoczona moją reakcją, popatrzyła mi w oczy.
- Mogę zapiąć ci bluzę? - zapytała grzecznie, robiąc się coraz bardziej czerwona na twarzy. Musiała się nieźle speszyć, skoro zauważyłem to nawet przy tak słabym oświetleniu. - Będzie nam obojgu łatwiej.
Powoli puściłem rękę dziewczyny, skupiając jednocześnie swój wzrok na tym, co robiła. Zapięła mnie pod samą szyję, a następnie wstała, wyciągając rękę w moją stronę. Swoją lewą chwyciłem za tą jej, ale szybko zrezygnowałem. Prędzej to ja pociągnąłbym ją w dół niż ona mnie w górę.
- To może inaczej... - mruknęła bardziej do siebie, niż do mnie. Ustawiła się tak, by być bardziej obok, pochyliła się i przewiesiła sobie moje lewe ramię przez kark. Oboje włożyliśmy w podniesienie mnie całe swoje siły, a kiedy już mieliśmy najgorsze (jak mogłoby się wydawać) za sobą, musieliśmy pokonać kolejną przeszkodę, a mianowicie schody na drugie piętro. A jednak w końcu i to zadanie zakończone zostało sukcesem. Dziewczyna poprowadziła mnie do maleńkiego mieszkania, usadziła na kanapie w maleńkim salonie i poszła do jeszcze mniejszej kuchni. Po chwili przyniosła szklankę wody oraz apteczkę pierwszej pomocy. Otworzyła ją i wyciągając całą jej zawartość, zerknęła na mnie, tylko po to, by zaraz znowu opuścić wzrok i kontynuować to, co robiła.
- I am Yong Jaehee. - powiedziała, unosząc leciutko kąciki ust. - Can I speak korean? Will you understand? - popatrzyła na mnie pytająco, a ja przytaknąłem kiwnięciem głowy. Posłała mi ciepły uśmiech i usiadła obok mnie, na kanapie z wacikiem w ręku, nasączonym jakąś cieczą. Łapiąc delikatnie mój podbródek w dwa palce, obróciła moją głowę w swoją stronę. - Mam dwadzieścia lat, studiuję kulturoznawstwo. - oznajmiła, oglądając moją twarz, podczas, gdy ja przyglądałem się jej. Ciągle się rumieniła. - Mam ojca pastora, a moja matka umarła dziesięć lat temu. - opowiadała, na końcu ostatniego zdania przykładając wacik do jednej z ran na mojej twarzy. Zaszczypało bardzo, a ja nie miałem siły udawać twardego, więc po prostu syknąłem, odchylając głowę w drugą stronę.
- Przepraszam... - szepnęła, uśmiechając się ze skruchą. Po chwili znowu obróciła moją twarz w swoją stronę. Jej dotyk był tak delikatny, że prawie go nie czułem. Po raz kolejny dotknęła wacikiem którejś z ran, powodując pieczenie i kolejne syknięcie z mojej strony, ale tym razem na tym poprzestałem. Nie odwracałem się, wytrzymałem. - Słyszałam ostatnio w telewizji waszą piosenkę. Jest całkiem przyjemna. Ale chyba nie za wiele się w niej wykazałeś. Dwie linijki tekstu to nie spełnienie marzeń o byciu raperem, co?
- Nie. - bąknąłem niezbyt przyjemnym tonem. Popatrzyła mi w oczy, a jej rumieńce zrobiły się jeszcze bardziej intensywne. Odwracając wzrok, nabrała do płuc więcej powietrza i sięgnęła po coś na stolik przed kanapą.
- Jak masz na imię? - zapytała cicho, jakby się obawiała, że jeśli odezwie się głośniej, to jej głos się załamie. Nie odpowiedziałem od razu. Jeszcze przez chwilę przyglądałem się, jak przygotowuje plaster, a następnie przykleja go na mój policzek.
- Mark.
- Aaah... to ty jesteś tym z Ameryki. Zawsze myślałam, że to Jackson jest z USA. - powiedziała to tak swobodnie, zupełnie ignorując to jak niemiło się do niej odezwałem wcześniej. Aż zrobiło mi się z tego powodu głupio. Przełknąłem ślinę, uciekając spojrzeniem. - Wybacz, nie znam jeszcze waszego zespołu tak dobrze. Jest niewiele boybandów, które przypadły mi do gustu. - wskazawszy na moją prawą dłoń, posłała mi spojrzenie pytające "czy mogę?". Niepewnie podałem jej obolałą rękę. - Zazwyczaj nie słucham tego typu muzyki. - Zerknąłem na nią, kiedy tak łagodnie jak tylko mogła, oczyszczała rany. - Lubię Ed'a Sheeran'a. I Kwabs'a. Takie delikatne rzeczy.
Widzę.
°
Wzięła dwie drewniane łopatki i usztywniła dłoń, owijając ją dodatkowo bandażem. Kazała mi usiąść wygodnie, zrobiła własnoręcznie zieloną w tradycyjnym dzbanku, jej rodzinnym. Opowiadała mi dosłownie o wszystkim, zupełnie odwróciła moją uwagę od poprzednich wydarzeń. Żartowała, uśmiechała się i opiekowała się mną, jakbym był jej młodszym braciszkiem. Załagodziła wszystko, przy niej czułem tylko spokój. Tak wielki spokój jakiego jeszcze nigdy nie czułem, a już na pewno nie przy chłopakach.
- Chcesz już wrócić do domu? - zapytała w końcu, odkładając na stolik filiżankę z herbatą.
Nie chcę. Nie chcę nigdy już tam wracać, schowaj mnie tu, powiedz im, że umarłem, będę grzeczny!
Westchnąłem cicho, gdy w końcu przypomniało mi się, kim jestem.
- Nie mam przy sobie telefonu. - powiedziałem, chcąc odłożyć filiżankę na stolik. Jednak gdy tylko oderwałem się od oparcia kanapy, znowu syknąłem z bólu, przeszywającego całe moje ciało. Dziewczyna wzięła filiżankę i odstawiła ją za mnie. Podziękowałem lekkim uśmiechem i znów oparłem się plecami o kanapę. - Musiałbym zadzwonić do menagera.
- Mogę ci pożyczyć.
Nie, nie pożyczaj!
- Dzięki.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz