Rozmawialiśmy jeszcze przez dwie godziny potem. Głównie to ona mówiła, a ja tylko słuchałem, ale były momenty kiedy zabierałem głos. W dodatku nie musiałem jej się wcinać. Ona, jakby czuła, że chcę coś powiedzieć i najnaturalniej w świecie, mi na to pozwalała. To było wygodne.
Jako, że usnąłem około drugiej w nocy, a o ósmej rano obudził mnie lekarz, w celu przebadania, byłem oczywiście na w pół żywy. Ale zrozumiałem z tego lekarskiego bełkotu tyle, że moje żebro jest złamane tylko w jednym miejscu i wystarczy, że będę przyjmował leki przeciwbólowe oraz nosił opaskę uciskową. Plus oczywiście niechciany urlop zdrowotny, kiedy wszystkie treningi fizyczne odpadają. Na siłownie będę mógł pójść najszybciej za miesiąc, a martial arts poczekają jeszcze ze dwa. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie powrotu do ćwiczeń. Zapowiada się na ciężką i bolesną drogę pod górę z przeszkodami.
Potem zdrzemnąłem się jeszcze przez pół godziny, aż w końcu zabrali mnie na wózku inwalidzkim (Geez, jak to brzmi... jakbym był kaleką) do pomieszczenia, w którym na moją prawą dłoń założono gips.
Teraz siedziałem w swojej sali, wpatrzony w tą białą zbroję Ironman'a. Pierwszy raz w życiu miałem coś złamanego. Widać motto Jackson'a "raz a porządnie" faktycznie działa, szkoda tylko, że równie dobrze w tę stronę. Miałem wrażenie, że wyjdę z siebie. Gips uniemożliwiał mi poruszanie palcami, co niewiarygodnie mnie ograniczało. Jakbym zamiast na ręce, miał go na tchawicy. Do tego ta opaska na klatce. Musiała być w zmowie z całym światem i chciała mnie udusić, na pewno.
Westchnąłem, podnosząc swój telefon, by sprawdzić godzinę. Opaska na moich żebrach w tamtym momencie zaczęła jeszcze bardziej uwierać. Odetchnąłem głęboko, chcąc odrobinę się rozluźnić, ale jedyne, co mi po tym było, to ból. Za pięć minut miała przyjść ta dziewczyna. Zapytała wczoraj, czy może mnie odwiedzić, a ja nie widziałem nic przeciwko. Ale teraz, prawdę mówiąc, zacząłem nieco się denerwować.
Włożyłem do uszu słuchawki i przesłuchałem dwie piosenki, w tym jedną naszego zaprzyjaźnionego zespołu, BTS. Kiedy zaczynała się trzecia, kątem oka zauważyłem jak otwierają się drzwi. Wyłączyłem odtwarzacz i wyciągnąłem słuchawki z uszu.
- Hej~ - dziewczyna cicho zamknęła za sobą drzwi i pomachała w moją stronę z lekkim uśmiechem na ustach. Miała na sobie sukienkę w jakimś bardzo jasnym odcieniu różu i niebieską torebkę na ramieniu. W rękach trzymała różową kurtkę z jakiegoś śliskiego materiału, bo odbijał światło, padające przez zasłonięte do połowy okna za mną.
- Cześć. - odpowiedziałem równie cicho, z jeszcze mniejszym uśmiechem niż ona. Trochę jednak mnie krępowała obecność płci przeciwnej. Zawsze tak miałem, wyjątkiem są osoby, z którymi spędzam dużo czasu.
- Uuu, ale masz fajną łapę! - zawołała dziewczyna, podchodząc bliżej do mojego łóżka. Bez wahania usiadła na krzesełku obok i chwyciła moją oklejoną białą, zaschniętą mazią rękę w swoje dwie, oglądając ją ze wszystkich stron.
Pierwszy raz widziałem na oczy tak odważną Koreankę. Tutaj ludzie się tak nie zachowują, chyba, że mają coś nie tak z głową. W ogóle nie wyglądała na skrępowaną moją osobą. Jakbyśmy przyjaźnili się od dziecka, jakby wiedziała o mnie wszystko. A jednak nie wiedziała niczego.
- Wyglądasz jak transformers... - powiedziała, chichocząc przy tym uroczo. W odpowiedzi i ja uśmiechnąłem się lekko, spoglądając swoją dłoń. A jednak ten widok sam sobą ściągnął mnie do rzeczywistości, zanim jeszcze zdążyłem dobrze odfrunąć. Dodatkowo, kiedy już tu jest, zaczynałem mieć wątpliwości, czy aby na pewno dobrze zrobiłem, pozwalając jej tu przyjść. Nie wiem, czy chcę, żeby ktokolwiek się dowiedział. Nie znamy się przecież, raz tylko mi pomogła.
- Mark-shi... - popatrzyłem na nią. - Coś się stało? - zapytała, wyraźnie zmartwiona moim wyrazem twarzy.
- Nie, skąd! - odparowałem, kręcąc na boki głową z uśmiechem.
- Hej, mam pomysł! - zawołała wesoło, sięgając do swojej torebki. Wyciągnęła z niej mały, podłużny piórnik i pomachała nim do mnie - Narysuję ci coś ekstra pozytywnego, żebyś się nie martwił.
Z początku uśmiechnąłem się lekko, by po chwili kiwnąć głową, na znak, że się zgadzam.
Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to, że jest coś dobrego w tym złym. Na filmach wszystkie dzieciaki, które się połamały, miały zaraz mnóstwo kolorowych malunków na gipsie. Jak byłem mały, to nawet im tego zazdrościłem. No i proszę, marzenie z dzieciństwa się spełnia! Pochwalę się tym arcydziełem chłopakom, a wtedy wszyscy... nie chwila! Oni nie mogą tego zobaczyć, na pewno źle by to zrozumieli...
Dziewczyna otworzyła już jeden z mazaków i przykładała go do gipsu, kiedy w ostatniej chwili, zabrałem rękę.
- Nie, poczekaj! - popatrzyła na mnie, zdezorientowana. - Em... Ja... Ja chyba jednak nie chcę.
Teraz zdezorientowana była na pewno i chyba jeszcze trochę zawiedziona.
- Dlaczego? To zabawne. - uśmiechnęła się zachęcająco, chcąc pewnie ukryć zdziwienie, ale ja nie mogłem się zgodzić. Nie chciałem pogarszać sytuacji w zespole. Na pewno wprowadziłoby to nowe zamieszanie i podejrzenia.
- Może dla dzieci. - bąknąłem, usilnie wydobywając z wnętrza siebie chłód. Patrzyłem w inną stronę, ale chociaż nie widziałem jej twarzy, to czułem, że znowu jest jej z mojego powodu przykro. - Mam dwadzieścia jeden lat, to głupie. - dobiłem. Myśl, że znowu musiałem udawać kogoś innego, dusiła mnie razem z opaską na żebrach.
- W porządku. - dźwięk zatykanego flamastra, zasuwanego piórnika i westchnięcie. Kiedy popatrzyłem na nią kolejny raz (z lekka niepewnie, bo nie wiedziałem, czego się spodziewać), znowu się uśmiechała. - Jak się czujesz? - zapytała, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem. Kiwnąłem głową na "jest ok". Jeszcze nie bardzo wiedziałem, czy już mogę odpuścić i być miły, czy jeszcze przez chwilę poudawać oschłego, żeby podtrzymać imidż. - Co tu robisz całe dnie? - zapytała, wędrując wzrokiem po sali.
- Nudzę się. - mruknąłem po chwili ciszy.
- A ile jeszcze będziesz musiał tu zostać?
- Aż odzyskam siły. Czyli pewnie jeszcze tylko kilka dni. - Odpowiedziałem, obserwując swoją wyjątkowo interesującą biało-brązową pościel. - Już jest całkiem w porządku.
- To dobrze. - powiedziała z uśmiechem, ale dosyć szybko spoważniała. - Słuchaj, wiem, że to może nie być dla ciebie łatwe, ale wydaje mi się, że powinieneś to zgłosić na policję. - westchnąłem i już zaczynałem kręcić głową, gdy ona kontynuowała. - To nie był pierwszy raz, kiedy ta paczka kogoś tak urządziła. Szczerze powiedziawszy, miałeś wielkie szczęście, że wpadłeś na nich pod moim oknem. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby mnie tam nie było...
Na wspomnienie o tamtej nocy, przełknąłem ślinę.
- Nie zaczęło się na tobie i na pewno się nie skończy...
- Ja... - to przykre. To przykre, że ci ludzie krzywdzą innych, a ja nie mogę nic zrobić, żeby temu zaprzestać. Prawdę mówiąc nie jestem nie wiadomo jak wpływowym człowiekiem, jestem tylko gościem z garstką talentu, workiem siły fizycznej i ładną buźką. Należę do JYP, co ja mogę? Narobić hałasu w mediach? To jedynie zaszkodzi mi, GOT7 i całej wytwórni. - Ja... Przykro mi.
Zamilknąłem i ona także. Odezwała się dopiero po chwili.
- Przykro? - powtórzyła szeptem. - Nie chcę, żeby komukolwiek jeszcze stała się krzywda.
- Wiem, rozumiem to. Przecież... - zagryzłem wargę w gorzkim uśmiechu. - przecież się z nimi poznałem.
- Uh... przepraszam... - mruknęła, speszona.
- Nie, to nic. - bąknąłem, czując jak kłuje mnie w piersi. - Na prawdę nie mogę. Podpisałem kontrakt, muszę się go trzymać.
Znowu nastała cisza. Przerwał ją dopiero ochroniarz, który stoi przed drzwiami do mojej sali odkąd tu przyjechałem.
- Przepraszam, ale pańscy przyjaciele chcą się z panem spotkać. - powiedział, a ja zerknąłem odruchowo w stronę dziewczyny.
O nie. Co jeśli ją tu zobaczą?
- Już tu są? - zapytałem, starając się nie wywlec na zewnątrz siebie, jak zdenerwowany wtedy byłem.
- Są w drodze. Będą za pięć minut, menager Kang kazał pana o tym powiadomić. - odetchnąłem z ulgą w duchu. Podziękowałem cicho, a ochroniarz przeprosił i wyszedł, by wrócić na swoje stanowisko. Miałem głęboką nadzieję, że ta telepatka znowu zrozumie mnie bez słów i po prostu wyjdzie zanim chłopaki się tu pojawią.
- Ah. Właśnie, jak reszta się trzyma?
- Kto? - spanikowałem zamiast pomyśleć.
- GOT7.
- Oh. Nie wiem, jeszcze się z nimi nie widziałem. - poza dwójką, co prawda, ale czy to coś zmienia? Niczego ta wizyta nie przyniosła.
- Aaa, rozumiem. - pokiwała głową. - To ja się chyba będę zbierała.
Dzięki Ci, panie Boże...
Poprawiła torebkę na ramieniu, wstała i uśmiechnęła się do mnie, kłaniając lekko na pożegnanie.
- Do zobaczenia.
- Mhm. - skinąłem głową z lekkim uśmiechem.
Wait, what? Jakie "do zobaczenia"? Dopiero po chwili zrozumiałem jej słowa.
- Czekaj... Co? To znaczy, że... Wrócisz tu?
- A chcesz? - uśmiechała się tak przyjaźnie. Ale nie potrafiłem jej powiedzieć tego tak wprost. Potrzebowałem czasu, żeby przemyśleć taką decyzję, to nie jest wcale proste. W moim świecie nic nie jest proste, nawet określenie, czy chcę, żeby tu przychodziła, czy nie. Nawet nie wiem, czy ją w ogóle lubię, nie wiem, co czuję. Chwilowo moją głowę zajmuje milion innych, trudniejszych myśli. Jakim cudem mam jej odpowiedzieć w mniej niż pół godziny?
- Annyeonghasseyo, czy tu leży mój najlepszy przyjaciel? - słychać było stłumiony głos Jackson'a zza drzwi. Ale jak? Miało być pięć minut! - Markie-Pooh!!! - wydarł się, wchodząc do środka, ale zamarł, widząc przed sobą plecy dziewczyny. Nie, to się nie dzieje...
- Aigo! W takim razie nie przeszkadzam wam, zabiorę tylko te naczynia do przełożonej, miłego dnia~ - zawołała z udawaną wesołością, zabierając z szafki obok wyjścia jakieś dwie miski i wykręciła się tak, że Jackson nie był w stanie zobaczyć nawet jej twarzy, chociaż się starał.
Kiedy drzwi za nią zamknęły się, chłopak stał tak wpatrzony w nie jeszcze chwilę.
- Jackson? - obrócił się, ukazując mi swoje głębokie zdezorientowanie. Uśmiechnąłem się do niego, dla odwrócenia uwagi od przed chwili. - Przyszedłeś? Gdzie reszta? - starałem się wyglądać na szczęśliwego.
- Kto to był? - oczywiście olał moje starania, a całkiem możliwie nawet ich nie dostrzegł. Best friend, huh?
- P-pielęgniarka. - odparłem szybko z udawaną pewnością, mimo, że zająknąłem się na początku, wskazując palcem lewej ręki na drzwi.
- Pielęgniarka? - nie próbował ukrywać zdziwienia.
- Oh.* - pokiwałem głową, unosząc brwi w górę, jakby to była najlogiczniejsza rzecz na świecie i to on był idiotą, nie mogąc tego pojąć.
- Pielęgniarka! - prychnął, wyśmiewając moją odpowiedź. - Widziałem trzysta dwadzieścia pięć i pół pielęgniarki, po drodze tutaj i żadna nie była tak ubrana! - powiedział, podchodząc do mojego łóżka.
- Bo to jest ta... - pstryknąłem palcami, starając się sobie przypomnieć jak po koreańsku szło słowo "stażystka", ale zaraz przypomniałem sobie, że przecież on umie angielski. - Trainee!
- Trainee? - jego gęste, czarne krzaki nad oczami zbliżyły się do siebie, kiedy ciął mnie podejrzliwym wzrokiem. - Chcesz mi wcisnąć, że teraz piosenkarze przygotowują się do debiutu w szpitalu?
- Ty jesteś głupi, czy głupi? - syknąłem bezradnie. - Trainee, you idiot, an intern!
- Aaaa! Hahaha! - zaskrzeczał swoim piskliwym śmiechem i usiadł obok mnie, na łóżku. - Myślałem, że chodzi ci o takiego trainee, jak my kiedyś! - tłumaczył, pakując mi się pod kołdrę i zaraz zaplątał swoje wielkie łapska wokół mnie, w gorącym uścisku. - Markie-Pooh, tak bardzo się o ciebie bałem~ - jęczał mi do ucha.
Ulżyło mi, wiedząc, że łyknął ten jej wykręt, ale zanim zdążyłem odetchnąć, poczułem jak ściska mój brzuch. Zasyczałem z bólu, odsuwając go od siebie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz