Chłopaki pomazali mi markerami cały gips. Na prawdę, z trudem można było znaleźć jeszcze biały skrawek na moim przedramieniu. Przez to było mi jeszcze bardziej przykro, bo nie pozwoliłem na to Jaehee, kiedy zaproponowała to z taką radością, chcąc poprawić mi humor.
Siedzieli u mnie już od pół godziny, ale dotąd jeszcze nie widziałem Jinyoung'a. Nie wiem, czy się cieszyłem z tego powodu, czy raczej martwiłem. Tak czy siak, życie w niewiedzy mnie męczyło. Nie byłem gotowy na spotkanie z nim, a jednocześnie w takiej sytuacji nie miałem pojęcia, kiedy przyjdzie, w ogóle jak będzie się zachowywał, albo co mówił.
- Jackson-ah... - mruknąłem cicho do swojego przyjaciela, który ciągle siedział ze mną pod kołdrą. Inni dalej rozmawiali między sobą, nie zwracając na mnie uwagi. - Jackson, where is Jinyoung?
Chłopak popatrzył na mnie z uśmiechem, wywołanym przez Yugyeom'a wcześniej, który coś mu pokazywał na telefonie.
- Co? A, nie wiem. Chłopaki, co jest z Junior'em? - zapytał głośno, na co mój żołądek fiknął backflip'a. Wszyscy w jednej chwili zwrócili na nas uwagę.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami Youngjae, BamBam to powtórzył, a JB zaczął się rozglądać wzrokiem, po sali, jakby myślał, że wspomniany zaginiony członek zespołu schował się gdzieś pod szafką.
- Poszedł do kibla i zaginął w akcji. - bąknął Yugyeom, zapatrzony w ekran swojego smartfona.
- Jakby tu był, to już byś dostał w japę za ten "kibel". - zaśmiał się Wang, opierając głowę o moje ramię. Automatycznie ułożyłem za nim swoją złamaną rękę, a drugą położyłem na jego brzuchu, tuląc się do niego podświadomie.
- Co nie? Dobrze, że go tu nie ma. - skwitował maknae, kładąc nogi na kolanach Youngjae, który siedział na innym krzesełku, niedaleko niego. W tym momencie drzwi się otworzyły i do środka wszedł sam temat naszej rozmowy. Od razu się spiąłem, zaciskając pełnosprawne palce na koszulce Wang'a.
- Nogi, gnojku - syknął od razu, uderzając siedemnastolatka w tył głowy jakąś teczką. Młody chcąc, nie chcąc musiał zdjąć swoje długie kończyny kroczne na podłogę, ale gdyby oszczędził sobie tego swojego głupiego marudzenia pod nosem, to nie byłby sobą. - Hej, Mark. - przywitał się jakby od niechcenia. Odburknąłem ciche "hej", ale i tak nic pewnie nie usłyszał. - Chłopaki, mamy się już zbierać, czas odwiedzin ponoć się kończy, więc tego... Tyłki do góry, jedziemy do pracy! - zawołał, machając rękami. Głos miał niewzruszony. Ale ja wiedziałem, że nie czuł się przy mnie w porządku. Nie patrzył na mnie.
- No dobra, to wstajemy. - pierwszy podniósł się JB, a za nim reszta. Jackson jęczał, że nie chce mnie zostawiać, a ja miałem ochotę krzyczeć, by faktycznie tego nie robił. Głównie dlatego, że, kiedy wszyscy opuszczali pomieszczenie jeden po drugim, Jinyoung stał z boku, jakby czekając, aż wszyscy wyjdą. A ja nie chciałem zostawać z nim sam na sam.
Niestety nawet Jackson w końcu się podniósł i wyszedł. Przez chwilę myślałem, że Jinyoung też wyjdzie, bo już trzymał klamkę, odwrócony do mnie plecami. Ale zatrzymał się w pół kolejnego kroku. Spojrzał na trzymaną w ręku teczkę i cofnął się o dwa kroki, by po chwili odwrócić w moim kierunku. Szedł powoli, ze zwieszoną głową, zaciskał palce obu rąk na teczce. Dopiero w momencie, gdy mi ją podawał, podniósł wzrok.
- To od menagera. - powiedział i kiedy tylko przyjąłem teczkę, cofnął się do tyłu. - Idę.
- Idź. - pokiwałem głową.
- Cześć. - popatrzył na mnie ostatni raz i wyszedł, już nie obracając się w tył.
Aby odciągnąć myśli od swoich nieprzyjemnych uczuć, odetchnąłem głębiej kilka razy i otworzyłem teczkę. Przejrzałem po kolei wszystkie papiery. Dostałem od JYP PD-nim dokładne instrukcje, jak mam się zachowywać przed ludźmi, co im powiedzieć, kiedy wrócę do wytwórni i... co mam powiedzieć rodzicom. Z kart wynikało tyle, że nawet przyjaciółom z JYP nie mogę powiedzieć prawdy. Ale właściwie, to lepiej. Po co mają słuchać o tym, że pobili mnie i prawie wykorzystali seksualnie? Nie, o tym zdecydowanie nikt nie powinien się dowiedzieć.
◇
Następnego dnia Jaehee znowu przyszła. Rozmawiało nam się coraz lepiej. Powiedziałem jej wtedy, że jednak może podpisać się na moim gipsie, jeśli znajdzie wolne miejsce. Była bardzo szczęśliwa. A jednak nie zachowywała się jak typowa fanka, bardziej jak zwykła dziewczyna, która bardzo się cieszy, że może spędzić czas ze znajomym. Właściwie, traktowała mnie bardziej jak przyjaciela. Opowiadała mi o swoich problemach, które ma na studiach, o tym, w jaki sposób funkcjonuje kościół jej ojca i o swojej zmarłej matce.
Po trzech dniach, czułem się przy niej już na tyle swobodnie, że pozwoliłem sobie się przy niej zaśmiać. Uśmiechałem się znacznie częściej i czułem, że na prawdę mogę jej zaufać. Jej radość była na tyle silna, że przelewała się z niej na mnie. Przy niej, z jakiegoś powodu, nie czułem żadnego strachu.
- Pomóc ci z tym maybe? - zapytała, zerkając w kierunku mojego, ekhem, obiadu.
- Nie, dzięki. Dam radę. - powiedziałem z lekkim uśmiechem, po czym oblizałem wargi i odetchnąłem głęboko. Ćwiczyłem to już wcześniej z ołówkami, dam radę!, pomyślałem, chwytając lewą ręką drewniane pałeczki. Trzymanie ich już nie sprawiało mi problemu, ale chwytanie ślizkiego makaronu nie należało do najłatwiejszych rzeczy pod słońcem.
Trzy razy uniosłem kilka pasemek udonu, ale za każdym wyśliznęły mi się. W pewnym momencie usłyszałem cichy chichot po swojej prawej. Popatrzyłem na dziewczynę, marszcząc brwi i westchnąłem.
- Kiedyś mi się uda, okej? To nie jest takie proste, kiedy używa się lewej ręki... - mruknąłem, próbując ponownie, ale po raz kolejny odniosłem porażkę.
- Ja ci pomogę. - powiedziała z uśmiechem, wstając ze swojego krzesła. Zobaczywszy, że chce usiąść na łóżku, odsunąłem nogi, by miała więcej miejsca. Usiadła sobie przede mną, bokiem i wzięła miskę w dłonie. Dwie sekundy zajęło jej chwycenie kilku pasemek makaronu, uniesienie ich kilka centymetrów nad miskę i uśmiechnięcie się tak przekonywująco, jak te panie z telewizji, reklamujące najnowszej generacji "ninja blender", albo inne cuda...
- Otwórz buzię, powiedz "Aaa"~ - powiedziała z szerokim uśmiechem.
- Aaaa~ - zaśpiewałem naszą piosenkę, otwierając buzię, a dziewczyna zaśmiała się i wsunęła mi do buzi udon. Zjadłem grzecznie, uważając, by się nie zabrudzić.
- Yah, it smells weird... - mruknąłem, przeżuwając resztkę makaronu.
- Tak? - zapytała, zdziwiona.
- Uhm, try to smell it... - wskazałem palcem na miskę. Zawahała się z początku, ale po chwili uniosła miskę do swojej twarzy i powąchała.
- Wydaje mi się, że wszystko w porządku. - bąknęła, zdezorientowana.
- Na prawdę? Try once again...
Kiedy znowu uniosła miskę, pchnąłem lekko jej plecy, przez co ta prawie straciła równowagę i zamachnęła się rękoma, w efekcie mocząc nos w makaronie. Rozśmieszyło mnie to tak bardzo, że na początku nie byłem w stanie wydać z siebie głosu. Dopiero po chwili usłyszała mój głośny śmiech, ale wtedy już tuliłem ją do siebie w ramach przeprosin.
- Przepraszam, Jaehee-shi, nie mogłem się powstrzymać! - mówiłem, wciąż z wielkim uśmiechem, wycierając ręką jej brudny nos.
- Jesteś wstrętny. - skwitowała, uśmiechając się jednak pod nosem.
Przez chwilę trwała między nami cisza. Postanowiłem to wykorzystać i powiedzieć jej to, co usłyszałem od lekarzy.
- Wychodzę jutro. - powiedziałem dosyć cicho. Kiedy popatrzyłem znowu na dziewczynę, ta nie uśmiechała się już wcale.
- To dobrze. - odparła, wymuszając uśmiech na ten moment, kiedy przez sekundę na mnie zerkała. Przyglądałem jej się w milczeniu. Nie rozumiałem czegoś. Powiedziałem, że wychodzę, ze szpitala, dlaczego wydawała się być smutna? Myślałem, że się lubimy... Jak kumple.
Po chwili spojrzała na mnie znowu i uśmiechnęła się jeszcze raz, tylko szerzej.
- W takim razie, jedz dużo, musisz mieć siły, żeby trenować! - powiedziała, robiąc wojowniczą minę i dokończyła mnie karmić.
Będąc przy niej czułem się na prawdę dobrze. Jakby była lekarstwem na moje podarte serce. Taką igłą, która zszywa wszystko na nowo w całość. Problem w tym, że, kiedy odchodzi, to ciągnie za sobą nitkę i wszystko rozpruwa się na nowo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz