Wstałem wcześniej niż wszyscy. Nikomu poprzedniego wieczora nie powiedziałem, że pojadę z nimi do wytwórni. Byli już zmęczeni, a taka wiadomość mogłaby wzbudzić w niektórych pewien rodzaj troski, przez którą w najgorszym wypadku doszłoby do kłótni.
Ubrałem się wygodnie i ciepło - jako iż listopad ciepłem nas nie rozpieszcza - z modą nie przesadzając. Sprawdziłem swój telefon w oczekiwaniu na jakiś znak od Jaehee, ale od dwóch dni się nie odzywała. Na pewno miała powód, przecież wcześniej pisała prawie co godzinę, przychodziła odwiedzać mnie w szpitalu... Nie chciałem dopuszczać do siebie myśli, że o mnie zapomniała.
Na śniadanie zjadłem amerykańskie płatki z mlekiem, które dostałem od rodziców jakiś czas temu. Swoją drogą, kończyły mi się coraz szybciej. Nie mam nic do koreańskich śniadań i reszty posiłków, ale lubię płatki. Szczególnie te miodowe krążki. Przypominają mi o domu w LA.
W mojej aktualnej sytuacji jedzenie ich jest dla mnie o wiele bardziej praktyczne, bo nie muszę się męczyć z umieszczeniem ich w swojej buzi. Łyżkę trzyma się w dłoni jednak o wiele łatwiej niż pałeczki.
Podnosiłem do ust kolejną pełną łyżkę, kiedy usłyszałem ciche kroki. Niedługo po tym zobaczyłem w drzwiach kuchni zaspanego Jaebum'a. Przetarł oczy, ziewnął i obrzucił mnie, ledwo przytomnym spojrzeniem.
- Co ty robisz tak wcześnie? - mruknął niewyraźnie, mrugając powolnie, jakby jego powieki ważyły ze trzy kilo.
- Jem śniadanie. - odparłem z tyloma emocjami w głosie, ilu wymagało owe zdanie.
- Pogięło cię? - podszedł do lodówki, otworzył ją i potarł zmarznięte ramiona. Nic dziwnego, skoro wiało mu chłodem z magicznej szafy dającej życie, a on sam był przecież zbyt zaspany, by pamiętać rano o tym, że należałoby założyć na siebie w listopadzie coś jeszcze poza krótkimi czarnymi spodenkami i białą koszulką na ramiączka. Przyglądałem mu się przez chwilę, mieląc w ustach swoje śniadanie. Stał i gapił się na wnętrze lodówki. A może nawet nie patrzył? Przez chwilę wydawało mi się, że zasnął na stojąco.
- Yah, Im Jaebum... - odezwałem się w końcu, na co tamten wzdrygnął się lekko. Wiedziałem. Czyli jednak przysnął. Zdarzało mu się ucinać sobie drzemki w nadzwyczaj dziwnych pozycjach, ale przysięgam, że to pierwszy raz, jak widzę go śpiącego na stojąco.
Po moich słowach zamknął lodówkę i odwrócił się w moim kierunku, by po chwili przysiąść się do stołu, na przeciwko mnie.
- Hm? - podparł brodę na dłoni i uniósł brwi wysoko w górę, jakby to miało mu pomóc utrzymać powieki w górze as well.
- Chcę dzisiaj z wami jechać do JYP. - powiedziałem, nabierając na łyżkę płatki.
- Okej.
- Co? - podniosłem na niego zaskoczone spojrzenie. Jak to "okej"? A gdzie "nie, sorry, jeszcze za wcześnie, musisz odpocząć, to dla twojego dobra, bla, bla, bla..."?
- No dobra, jak chcesz. - wzruszył ramionami. - Tylko po co? - wtedy wstał i obrócił się w stronę zlewu, w którym powinny stać brudne szklanki, jak zawsze. - Nikt ci nie pozwoli trenować w takim stanie. Co ty, umyłeś gary? - zapytał, zdezorientowany, drapiąc się w tył głowy.
- W szafce. - poradziłem, gdzie powinien ich szukać. - Zajmę się czymś, co nie wymaga wysiłku fizycznego.
Chłopak pokiwał głową, wyciągnął szklankę, nalał sobie do niej wody i usiadł ponownie przy stole.
- Ahgasae przestaną się tak martwić. - skwitował.
I właśnie dlatego chciałem tam jechać. Ze względu na te głupie kurczaki.
W końcu obudziła się reszta chłopaków, a największych leni JB zlał szklanką zimnej wody. Było z rana trochę śmiechu, przynajmniej przez chwilę.
◇
Dojechaliśmy na miejsce. Przez okno widziałem tłumik około trzydziestu dziewcząt, ubranych w większości w szkolne uniformy. Dzisiaj na szczęście nie padało, jak wczoraj, ale pogoda wciąż nie była najlepsza do opalania się w taki sposób. Wiał wiatr, było chłodno, a ich policzki i nosy świeciły jak czerwone bombki choinkowe.
Samochód zatrzymał się i po kolei wychodziliśmy z niego, kierując się w stronę wytwórni. A jednak dzisiaj nie było, jak zazwyczaj. Tłum, zamiast rzucić się na nas z okrzykami miłości i błagania, stał w jednym miejscu i wodził za nami wzrokiem. Coś było nie tak. Przekonany byłem, że to z mojego powodu, dlatego czułem się jak duch, jakbym już nie żył. Taka cisza kojarzy mi się tylko z pogrzebem. Albo gorzej - black ocean... Mam nadzieję, że nigdy tego nie przeżyjemy.
Kiedy nasz menager już otwierał drzwi, przed wejściem zatrzymał nas głos jednej z dziewczyn. Znałem go na pewno. Ale jest w zespole osoba, która zna go o wiele lepiej niż ja.
- Tuan Mark Yien-oppa! - jeden po drugim zaczęliśmy się odwracać. Stała przed nami dziewczyna, która nie przepuściła jeszcze ani jednego fan meeting'u organizowanego na terenie Korei Południowej. Nie znamy jej imienia, od pierwszego spotkania z nami przedstawiała się jako Kołysanka. Jest super wielką fanką Jinyoung'a i jest okropnie zabawna. Dzięki niej na naszych koreańskich meeting'ach nigdy nie jest nudno. Ani cicho.
- Jak się czujesz? - zapytała, patrząc mi prosto w oczy ze swojego miejsca, zajmowanego na przedzie tłumu.
- Jest w porządku. Dziękuję. - odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Moje słowa jednak zostały po chwili wybuczane i wyjęczane przez niezadowolone fanki, które nie chciały mi uwierzyć. Kąciki moich ust opadły powoli.
- Dobra, cicho, cisza! Zamknij japę! - Kołysanka - jak widać na załączonym obrazku - bardzo grzeczna dziewczynka, zgromiła pojękiwania, tak, iż znowu nastała kompletna cisza. - Oppa, stoimy tu po to, żebyś wiedział, że nawet, jeśli nie będziesz brał udziału w działaniach zespołu, my stoimy wiernie i czekamy na twój powrót do zdrowia. - powiedziała odważnie. - Nie odejdziemy stąd, puki nie wyzdrowiejesz w pełni! Wierzymy w ciebie, oppa! Hwaiting!
Po tych słowach reszta fanek wykrzyczała ostatnie słowo Kołysanki, co spowodowało, że uśmiechnąłem się szeroko i właściwie... wzruszyłem się. Schyliłem głowę, zagryzając mocno wargę, a gdy już się uspokoiłem, odetchnąłem głęboko i spojrzałem znowu w ich stronę z uśmiechem.
- Dziękuję za troskę wam wszystkim. Jesteście na prawdę najlepsze! - zaklaskałem im w swój gips, a one dołączyły się do moich oklasków. - Wiecie... że was kocham. - takie słowa są trudne do powiedzenia. Zwłaszcza im. Dziewczynom. - I wiem, że wy mnie też kochacie, dlatego chcę, żebyście mnie teraz uważnie posłuchały i spełniły moją prośbę. - powiedziałem głośno i zdecydowanie. - Czuję się dobrze. Z dnia na dzień coraz lepiej. Patrzcie, mam ekstra gips z autografami GOT7! - z uśmiechem podniosłem rękę nad głowę, aby im zaprezentować swoją zbroję. - Będę teraz odpoczywał i bardzo szybko wrócę do pełni sił, dlatego, proszę, nie martwcie się już. Idźcie do domów, do szkół... Musicie być dobrymi dziewczynami, dobrze się odżywiać i spać odpowiednio długo, żebyśmy mogli się spotkać na eventach! Okej?
Nie wszystkie natychmiast przystanęły na tą prośbę, ale przynajmniej połowa odeszła spod wytwórni od razu po tym, jak my zniknęliśmy za drzwiami budynku. Reszta rozchodziła się stopniowo. Co jakiś czas wyglądałem z ciekawości przez okno, by zobaczyć, jak ma się sytuacja na ulicy. Po osiemnastej została tam już tylko największa krzykaczka - Kołysanka.
Kiedy chłopaki pracowali nad choreografiami i wokalami, ja siedziałem w rest roomie i... pisałem piosenkę. No wiem, kto by się tego po mnie spodziewał! Jestem w zespole jedyną osobą, która w przeszłości w żaden sposób nie wiązała swojego dalszego życia z muzyką, a teraz piszę teksty. No cóż. Życie zabawnie układa ludzkie ścieżki.
Ta piosenka... jeszcze nie słyszałem w głowie melodii do niej, ale chciałem, by oddawała to, co czułem wtedy. Wypisałem sobie na kartkach wszystkie uczucia i metafory, które przychodziły mi do głowy. Panował na niej jeden wielki chaos (głównie dlatego, że moja lewa ręka nigdy nie była stworzona do kaligrafowania). Dopiero na drugiej zaczynałem układać sobie wszystkie słowa po kolei, starając się pisać w miarę możliwości czytelniej. Ciągle coś skreślałem i zmieniałem, ale czułem, że jestem na dobrej drodze i bardzo chciałem to skończyć. Kto wie, może stanie się tytułową piosenką do kolejnego albumu?
- Mark? - głos, który rozbrzmiał w pomieszczeniu wywołał u mnie nagłe spięcie wszystkich mięśni. Podniosłem głowę znad kartek i zobaczyłem, zamykającego za sobą drzwi Jinyoung'a. Był sam, nikt więcej nie przyszedł. Patrzył mi przez chwilę w oczy z drugiego końca pokoju, aż zdecydował ruszyć się z miejsca. Zbliżał się coraz bardziej. W końcu usiadł na kanapie obok mnie i przez chwilę panowała okropna, drażniąca cisza. - Musimy pogadać. - powiedział, zerkając w moim kierunku przez moment. Ja nie chciałem na niego patrzeć. Wzrok miałem wbity w kartkę, którą trzymałem w rękach. Coraz więcej słów rodziło się w mojej głowie, których teraz nie mogłem zapisać, nie przy nim. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że uczucia do niego były teraz moją inspiracją. Przełknąłem ślinę i złożyłem kartkę w pół.
- O czym? - zapytałem cicho, nawet ciszej niż chciałem. W głębi duszy modliłem się do Boga Jaehee, aby to jednak nie był ten temat, o którym myślałem. Usłyszałem, jak wciąga powietrze głęboko do płuc, a po chwili wydmuchuje je ze świstem. Denerwował się. Nie wiem, czy bardziej niż ja, ale było to wyczuwalne.
- Czy to... moja wina? - zapytał niepewnie, ze strachem w głosie. Nie chciał usłyszeć, że to prawda. A ja nie chciałem tego mówić. Dlatego milczałem, ściskając w palcach papier i gryząc policzek od środka. - To przeze mnie wtedy wyszedłeś?
Jej Bóg nie chciał mnie wysłuchać... może źle się modliłem?
- Możemy o tym nie mówić? - zapytałem, nie patrząc w jego kierunku, a nawet chyba odwracając nieznacznie głowę w przeciwną stronę.
- Niby tak, ale... - zatrzymał się na moment. - Okej. - jego ton zmienił się na tym słowie. Był teraz chłodny i ostry. - Chcę tylko, żebyś wiedział, że pamiętam. Wszystko. - chyba przestałem oddychać. Wstał i zrobił kilka kroków na przód, kierując się do wyjścia, by nagle zatrzymać się i obrócić przodem do mnie. - Mark. - powiedział, chcąc, bym na niego spojrzał. Powoli podniosłem swój wzrok na jego twarz. - Nie lubię cię w ten sposób. - pokręcił głową. - Jeśli ty... do mnie... coś czujesz... - każde pojedyncze słowo przechodziło mu z trudem przez gardło i wtedy już miał wzrok wbity w podłogę. A ja ciągle patrzyłem na niego, jak zahipnotyzowany, jakby mój mózg nie odbierał tego, za realność, tylko jakiś rodzaj snu na jawie. - Nie powiem o tym chłopakom, ale... postaraj się o tym zapomnieć. - tu już znowu patrzył mi w oczy. - Jesteś dobrym kumplem, ale jednak zostanę przy kobietach.
Zagryzł wargę i wyszedł. Bardzo szybko. Razem z trzaskiem drzwi, wypuściłem z płuc zepsute powietrze i wciągnąłem nowe, czując jednocześnie, jak w moim gardle rośnie wielka gula, jak moje serce ściska żal, a moje płuca ledwo nadążają z wymianą tlenu. Po policzkach spłynęły mi łzy. Jego słowa bez przerwy dźwięczały w mojej głowie i nie mogłem się od nich uwolnić. Dopiero po kilku minutach niepohamowanej paniki i rozpaczy przypomniałem sobie, że jestem w wytwórni, a do rest room'u może wejść każdy. Na siłę uspokoiłem płacz kilkoma głębokimi oddechami i wytarłem oczy rękawem bluzy. Z zewnątrz starałem się wyglądać w porządku, ale w środku ciągle płakałem i ciągle ciężko mi się oddychało. Czas wydawał się zatrzymać w miejscu, a to nie pomagało.
Przez resztę czasu ćwiczyłem aktorstwo, unikałem ludzi, ale przede wszystkim unikałem konieczności używania swojego głosu. Byłem pewien, że wybuchnąłbym płaczem w środku zdania. Dlatego wciskałem wszystkim zainteresowanym, że źle się czuję i nie chcę rozmawiać. Chłopaki uszanowali moją prośbę i nie zaczepiali mnie w żaden sposób przez resztę dnia, a innych znajomych nie spotkałem. Kilkoro ludzi ze staff'u tylko ucierpiało przez moje nie najmilsze zwroty.
◇
<zmiana narracji>
Kilka minut po dwudziestej GOT7 w towarzystwie menagera zespołu opuścili wytwórnię. Na chodniku stała już tylko jedna dziewczyna. Kołysanka trzymała swój banner i marzła, patrząc jak Mark przechodzi tuż obok niej, nawet nie patrząc w jej kierunku i wsiada bez słowa do auta. Reszta chłopców pomachała do niej ręką, albo rzuciła delikatny uśmiech. A Mark Tuan, z którego powodu tu stała, który kilka godzin wcześniej powiedział, że kocha swoje fanki przeszedł obok ignorując ją bardziej niż rozjechaną żabę na drodze. Jinyoung szedł na końcu grupy i dostrzegł rozczarowanie na twarzy dziewczyny spowodowane zachowaniem chłopaka. Kołysanka była tylko i wyłącznie fanką. I chociaż znał rysy jej twarzy na pamięć, a jej głos słyszał w swojej głowie za każdym razem, gdy ktoś powiedział "książę", to traktował ją na równi z innymi fankami, których nie zapamiętał tak dobrze. Ale była jego fanką. Darła się najgłośniej ze wszystkich, żartowała z niego na fanmeeting'ach i pojawiała się na każdym z nich. Swoją drogą zawsze go zastanawiało, skąd ona brała na to pieniądze. Poświęcała tak wiele, by tylko zobaczyć się z nim i resztą zespołu. Spędziła pod wytwórnią szmat czasu - stała tam z innymi odkąd w mediach zaczęło się mówić o wypadku Mark'a. Została tu jako ostatnia, tylko po to, by upewnić się, że Mark ma się dobrze i wychodzi z wytwórni o własnych siłach, a on ot tak po prostu ją ominął i nie zwrócił najmniejszej uwagi. Peaches - jak nazywał swoje zwolenniczki Junior - był za nie odpowiedzialny. Miał wywoływać na ich ustach uśmiech i robić wszystko, by były zadowolone i wierne zespołowi jak najdłużej.
Z takim poczuciem podszedł do Kołysanki i stanął na przeciwko niej. Dziewczyna popatrzyła na niego zaskoczona.
- Jak on się czuje? Dlaczego miał taką minę? Coś go boli? - zalała chłopaka pytaniami, w ogóle ignorując fakt, iż stał przed nią sam jej ultimate bias. Była dziwna. Ale nie stała przed nim twarzą w twarz po raz pierwszy. Mieli już swoją własną historię. Kołysanka napadła na niego jeszcze przed debiutem całego zespołu. Prześladuje go już całkiem długo. I czasami go przeraża, ale nigdy nie zrobiła niczego, co zaszkodziło by zdrowiu jego lub innego z członków. Nie jest sasaengiem.
- Coś na pewno. - mruknął, zerkając w stronę vana. - Połamał się, spadając ze sceny, to normalne. - dodał z lekkim uśmiechem, wracając wzrokiem na twarz dziewczyny. Była odrobinę niższa od niego, ale niewiele. Dzisiaj się nie pomalowała. Jej policzki i okrągły nos były czerwone od chłodnego listopadowego powietrza.
- Nie jesteś zabawny. - prychnęła.
- Yaah, co to za nieformalne zwroty? - w irytacji obrzucił ją morderczym spojrzeniem. - Ile razy mam ci powtarzać, że do starszych od siebie powinnaś zwracać się z szacunkiem? Aish... - syknął, odwracając wzrok.
- Wybacz, książę... - dziewczyna zgięła się przed nim w pół, dla większego dramatyzmu. - Ale tak przy okazji, to skąd ty wiesz, że jestem młodsza?
- A nie jesteś? - zapytał, podważając mocno swoim tonem takową możliwość. - Wyglądasz na gimnazjalistkę, ile tak właściwie masz lat?
- A obchodzi cię to? - zapytała z nadzieją w oczach, doskakując do niego. Blisko. Zbyt blisko.
Chłopak odchrząknął, wycofując się o dwa kroki, co nie uszło jej uwadze. Wygięła usta w grymasie, ale komentarz zachowała dla siebie.
- Nie, jakoś specjalnie mnie to nie interesuje. - mruknął bezbarwnym tonem, patrząc w kierunku samochodu. - Przepraszam cię, ale muszę już wracać do domu.
- Nie musisz. - mruknęła ledwo słyszalnie, patrząc w przeciwnym kierunku do niego.
- Ale chcę. - dodał szybko, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie, na co tamta tylko westchnęła ciężko i popatrzyła na jego twarz.
- Aigoo, to idź, idź, odpoczywaj! - jęknęła, wskazując rękoma w kierunku auta chłopaków. - Ale pamiętaj, że jeszcze się spotkamy! - wskazała na niego palcem. Jinyoung uniósł na to brwi wysoko w górę i syknął pod nosem, jednak zanim zdążył na nią znowu nakrzyczeć, dziewczyna uciekła na bezpieczną odległość. Po kilku metrach zatrzymała się i obróciła w jego stronę. - Kocham cię, oppa! - krzyknęła, wywołując u niego pewien dyskomfort. Zamrugał szybciej, odwracając wzrok i odchrząknął sam przed sobą.
- Jasne! - zawołał nie dość pewnym głosem. - Wracaj bezpiecznie! I nie rozmawiaj z facetami po drodze! - brzmiał, jak zły ojciec, który zakazuje córce wychodzenia z domu przez resztę dnia.
- Okeej~ - przeciągnęła wesoło. - Ty też, książę!
Książę obrócił się na pięcie i wszedł do samochodu.
- Yah, hyung~ - zagaił prawie-najmłodszy z zadziornym uśmieszkiem. - Co jest między tobą a tą fanką? - Jinyoung zmroził go wzrokiem, ale zaraz nadleciał pocisk z drugiej strony.
- Czekaj, jak to było? - zaczął Choi Youngjae, udając, że przypomina sobie piosenkę, którą nie tak dawno temu Junior śpiewał jemu i ChomChom. - "Miłość rośnie wokół nas~" - zaśpiewał główny wokal, przez co wnętrze wana wypełnił wesoły hałas. Zrezygnowany Park westchnął i odwrócił głowę w stronę okna.
◇
- BamBam jest bomba! - zawołał Jackson, dumny ze swojego pomysłu.
Siedzieliśmy w salonie, grając w kojimals już trzecią godzinę.
- BamBam ma... fajne... włosy? - wydukał maknae, któremu powoli kończyły się kłamstwa.
Czterech z nas rozsiadło się na kanapie. Dwóch, czyli Jackson i BamBam siedzieli na podłodze, po drugiej stronie niskiego stolika, ustawionego przed kanapą.
- BamBam strasznie dużo gada. - bąknął ze znudzeniem, siedzący z brzegu kanapy JB. Po swojej wypowiedzi, spojrzał w (dół) bok na mnie (bardziej leżałem, niż siedziałem). Trzy godziny na dupie, no każdemu zrobiłoby się niewygodnie, siedząc tyle czasu w jednej pozycji. Nic dziwnego, że trochę mi się zjechało. Miałem skrzyżowane ręce, przytulając piżamę i ręcznik do klatki piersiowej. Popatrzyłem na Jaebum'a i wbiłem wzrok w stolik przed sobą. Westchnąłem, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć. Byłem ostatni. Sześć osób wcześniej podało już kilka kojimal'ów. Co nie zmienia faktu, że wena mnie nie opuściła, no skąd. Wychowałem się w Ameryce, najwyżej pocisnąłbym czymś z ostrzeżeniem o treściach przeznaczonych dla dorosłych.
- BamBam... - zacząłem całkiem nieźle, na wydechu. Zerknąłem na chłopaka i wtedy mi się wyrwało... - BamBam ma całuśne usteczka. - powiedziałem z uśmieszkiem, a na końcu cmoknąłem powietrze.
Chłopcy zanieśli się śmiechem.
Jackson śmiał się piskliwie, Youngjae rechotał po swojemu, a JB chichotał po cichu. BamBam w tym czasie udawał rozemocjowaną nastolatkę, a Yugyeom patrzył na mnie z tym samym, co zawsze niedowierzaniem.
Taki obrazek był dosyć przyjemny. Wszyscy się uśmiechali, jeśli nie śmiali. Jedynie poza Jinyoung'iem, który właśnie wszedł do salonu w czarnych szortach, białej, luźnej koszulce i ręczniku, przewieszonym przez ramiona. Skapywały na niego kropelki ciągle jeszcze mokrych włosów.
Takim ręcznikiem... nie raz przeszło mi przez myśl, że chciałbym chociaż na moment stać się takim ręcznikiem. Być tak blisko jego ciała, jak on. Ale nie tym razem. Teraz przełknąłem z trudem ślinę, która wydawała się popażyć całe moje gardło. Tym razem poczułem się zupełnie nieswojo, głupio, z powodu wypowiedzianych przed chwilą słów. A przecież to tylko żarty, chłopcy tak już mają. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet dla mnie były po prostu ot takim przerywnikiem nudy, dla śmiechu. Ale teraz gryzły w język.
Od tych kilku zdań wymienionych z Jinyoung'iem nie mogłem się pozbierać. Dopiero, kiedy chłopaki zmusili mnie do tej głupiej gry rozluźniłem się odrobinę. Jinyoung siedział wtedy w swoim pokoju, od powrotu do domu aż do teraz nie widziałem go ani razu. I teraz to wszystko wróciło. Nagle, jak kula wystrzelona z pistoletu prosto w moje serce.
Wstałem i wymijając Junior'a w przejściu, poszedłem do łazienki.
Zamknąłem drzwi na klucz, podszedłem do wanny, zatkałem jej wylot i odkręciłem strumień gorącej wody. Usiadłem na podłodze, pod wanną, opierając się o nią plecami. Po moim ciele przebiegły zimne, nieprzyjemne ciarki, a klatkę piersiową wypełniła gorycz. Smutek, okropny żal do samego siebie. Strach. Czułem, jak powietrze mnie zgniata. Miażdży płuca, kruszy klatkę piersiową. Tak jakby ono też już wiedziało. Jakby on mu o tym powiedział.
Nie, Jinyoung nie chciał. To nie była jego wina, nie zrobił tego celowo. Z resztą zdawałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie będziemy razem. Wiedziałem, że Jinyoung nie jest cholernym pedałem, tak jak ja.
Ale jednak... To bolało. Sposób w jaki to powiedział.
Nie zauważyłem nawet, kiedy upadłem na podłogę, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
Już nie dawałem rady. Nie byłem w stanie poradzić sobie z tym sam.
To był moment, kiedy mogłem dać upust emocjom, kiedy w końcu po tym wszystkim mogłem po prostu wylać z siebie cały ból... albo chociaż jego część.
Zmyłem ze swojego ciała gorzkie i słone łzy, wyszedłem z łazienki i miałem zamiar natychmiast udać się do swojego i Wang'a pokoju. Zakopać w pościeli, napisać do ojca na twitterze, posłuchać muzyki na słuchawkach, cokolwiek, byle tylko odciąć się od świata, który mnie teraz otaczał. Chciałem napisać do niej. Do aktualnie jedynej osoby na świecie, która potrafiła podnieść mnie na duchu.
Szkoda tylko, że akurat w tym momencie ktoś nie wyczuł moich intencji i zawołał wesoło, abym dołączył do nich w grze, kiedy przechodziłem akurat obok salonu.
Popatrzyłem na chłopaka w szortach, białej koszulce i mokrych włosach. Uśmiechał się. To jego głos mnie zatrzymał. Jego kuźwa idealnie wyprany z prawdziwych uczuć, zastąpiony tymi fałszywymi, odpowiednimi do sytuacji, głos Jinyoung'a.
- Yah, co tak stoisz? - powiedział najmłodszy, widząc jak się waham. - Chodź do nas, musimy dokończyć grę!
Od razu po swoich słowach, za niekulturalny zwrot dostał w dyńkę od Jinyoung'a. Nie potrafiłem zrozumieć, jak mógł tak po prostu udawać, że wszystko było w porządku. Jak mógł tak świetnie zatajać to gówno przed chłopakami tylko ze względu na mnie.
Zmusiłem się do lekkiego uśmiechu i wszedłem do salonu. Usiadłem pomiędzy BamBam'em i Jackson'em na podłodze, bo moje poprzednie miejsce na kanapie zostało już zajęte.
Jinyoung dalej się uśmiechał. Ale już nie do mnie. Dobrze.
- Jinyoung jest świetnym aktorem. - stwierdził Youngjae. I tu miał świętą rację. Chociaż tak na prawdę, to nawet nie wyobrażał sobie, jak bardzo dobrym Jinyoung był aktorem.
- Jinyoungie hyung kocha mnie najbardziej na świecie~ - Yugyeom dostał poduszką po twarzy kolejny raz od tej samej osoby. Park mruknął tylko niewyraźne "chciałbyś", kiedy wymierzał chłopakowi cios.
- Jinyoung jest bardzo opiekuńczy. - powiedział BamBam, a wszyscy mu przytaknęli głowami. - Jak prawdziwa mamusia.
Kiedy ucichł i przyszła moja kolejka, patrzyłem tylko tępym wzrokiem na kant stolika. Po krótkiej chwili ciszy i oczekiwania, poczułem szturchnięcie w ramię. Ocknąłem się wtedy i popatrzyłem na Jackson'a, który przywrócił mnie do żywych.
- No dawaj, co z tobą? Ko-ji-mal'uj na temat Jinyoung'a. - powiedział, kiwając głową w stronę kanapy.
Nie zdążyłem nawet zapanować nad ruchem swojej głowy, kiedy znowu skończyłem, patrząc na Junior'a.
Smutek, złość, żal, strach.
- Jinyoungie... - zacząłem z gorzkim uśmiechem. - Uri Jinyoungie... jest bezcennym przyjacielem.
Przełknąłem zbierające mi się ponownie w oczach łzy.
- Yaaaah, Mark Tuan, ale z ciebie wrażliwiec! - zawołał Wang. - Aż się wzruszyłeś~ - powiedział przeciągle, tuląc mnie do siebie. Wymusiłem słaby śmiech i popatrzyłem na Jinyoung'a, który chyba wzruszył się tak samo jak ja.
Czyli... że u niego też nie było w porządku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz