- Jang Chommi! – wydarł się Jackson przez pół
samolotu. Był mały, a do tego wszyscy siedzieli w jednym pomieszczeniu, więc
wydawało się jakby siedzieli w autobusie. Piętnastolatka podniosła się z
oparcia i spojrzała na, siedzącego kilka foteli w tył dalej chłopaka. Była
wyraźnie rozdrażniona. Niecodziennie jest się targaną na ramionach najbardziej
irytującego człowieka na świecie przez całe lotnisko, dodatkowo będąc przez
niego zagadywaną. Żeby jeszcze miał jej do powiedzenia coś, co by ją
zainteresowało, albo chociaż nie drażniło jej. – Masz łafaj? – zapytał, wisząc
na fotelu przed sobą. Na nim z kolei siedział Im Jaebum. W uszy wciśnięte miał
słuchawki i wyglądał przez okno w takim zamyśleniu, że nawet nie czuł, jak
Chińczyk trzęsie oparciem jego fotela. Od kilku dni tak odpływał. Nie chciało
mu się z nikim o niczym rozmawiać, przy dziewczynach z Chocolate Cake wydawał
się bardziej spięty niż zwykle, chociaż powtarzał, że nic takiego się nie
dzieje i wszystko jest w porządku. Ale nie tylko on wciskał reszcie ten kit. Każda
jedna osoba z obu zespołów miała na głowie jakieś zmartwienie, mniejsze lub
większe. I po to był ten wyjazd. Aby się odstresowali, wyluzowali, nabrali
znowu chęci do życia i pracy w wytwórni.
Jackson bardzo wcześnie zaczął swoją auto-terapię.
Szkoda tylko, że przy tym musiał dręczyć najmłodszą w rodzinie. Doskonale
wiedział, że dziewczyna nie miała połączenia z Internetem. Przechodził
wcześniej dwieście czterdzieści pięć i trzy czwarte razy obok niej i Alice z
którą siedziała. Zaglądał mało dyskretnie, co robiła na swoim smartfonie, mówił
do innych ludzi rzeczy, które pośrednio, czy bezpośrednio jej dotyczyły na tyle
głośno, by na pewno usłyszała. A ona sama przeklinała się w myślach za to, że
zapomniała wziąć z dormu wszystkich najważniejszych rzeczy. Portfel, słuchawki,
iPod, szkicownik i ładowarka do telefonu – to wszystko zostało w sypialni.
Telefon ładować będzie ładowarkami innych dziewczyn, na pewno jej pożyczą. Ale
jak niby ma się odciąć od tego bezlitosnego bełkotu Jackson'a? Nie wsadzi do
uszu czyichś słuchawek!
- Nie. – bąknęła krótko i usiadła z powrotem, jak
wcześniej.
- A chcesz?
- Nie.
- Bo mam dla ciebie deal. – to nie zapowiadało się
wcale na atrakcyjną dla niej ofertę. Nawet nie drgnęła. Za to Alice popatrzyła
na nią i wspięła się na klęczki na swoim siedzeniu, odwracając do tyłu.
- Jaki deal? – zapytała z wielkim uśmiechem.
- Ciebie się nie pytałem. – rzucił, wytykając
blondynce język, na co ta odpowiedziała mu tym samym, by w końcu usiąść z
powrotem, jak poprzednio. – Wchodzisz w to? ChomChom!
- W co? – zapytała, nie podnosząc się wcale.
- Będę hojny i udostępnię ci swój! – oh, a
to ci dopiero! Ciekawe, co za to będzie chciał, pomyślała – Pięć minut,
pięć dolców! – zaproponował, dumnie z tym samym idiotycznym uśmieszkiem, co
zawsze, kiedy jej dokuczał.
- Nie, dziękuję. – odpowiedziała najnormalniej, jak
potrafiła.
- Dlaczego?
- Nie potrzebuję!
°
Tym razem było inaczej. Nie dostali żadnego
dziesięciogwiazdkowego hotelu, tylko jeden, drewniany pawilon, w dodatku
łączony – jeden dla obojga zespołów. Pierwsze weszły dziewczyny. Zatrzymały się
w dość długim korytarzu, po którego obu stronach drzwi prowadziły do osobnych
pokojów. Ustalono już wcześniej, iż czekoladowe biorą trzy pary drzwi po lewej,
a chłopcy trzy po prawej. Wciąż jednak zostało im rozdzielić, kto z kim śpi,
czyli, jakby się mogło wydawać najfajniejsza część wycieczki.
- No dobra. To dzielimy się tak... ja idę z
ChomChom, dalej Renee i Minhye – ale nie dla Han Saeryeong. Dla niej to kolejny
obowiązek. Rozdzielić członkinie tak, by wszystkie były zadowolone i...
bezpieczne. Co znaczy, że najlepiej by było, gdyby zamknęli Xiah i Grace w
dwóch osobnych izolatkach, ale niestety. Miały do dyspozycji tylko trzy pokoje.
- a w ostatnim będą...
- Unnie, a może... podzielmy się... spontanicznie?
- zaproponowała Alice, jedyna wycieczkowiczka, która tego dnia bez przerwy się
uśmiechała od ucha do ucha. Jedyny problem, jaki kiedykolwiek miała ta
dziewczyna, to brak wodnych lodów o smaku coca-coli w zamrażarce.
- Oh, to dobry pomysł! – przyznała Xiah,
przekładając w buzi jogurtowego czupaczupsa.
- No nie wiem, to chyba niezbyt mądre. – mruknęła
liderka, rzucając raperce podejrzliwe spojrzenie. – Wolałabym jednak, aby
pawilon po naszym wyjeździe stał cały i w miarę możliwości jednak nieuszkodzony.
- Unnie... - Sumin mlasnęła głośno, podchodząc do
liderki i zawiesiła jej na ramionach swoją rękę. – Obiecuję, że nie naruszę
stanu przydatności tego domku do użytkowania...
- Ona w ogóle wie, o czym mówi? – szepnęła Alice do
stojącej obok niej Grace, nie przerywając tym samym mondrej wypowiedzi
swojej unnie raperki. Czarnowłosa wzruszyła ramionami, przysłuchując się
rozmowie dwóch swoich przyjaciółek.
- ... postaram się także nie wyrządzić krzywdy
koleżankom, które będą ze mną mieszkały i nie krzyczeć zbyt głośno w nocy, ale
wiadomo, no... nie zawsze się da zapanować nad emocjami. – popatrzyła na
nieprzekonaną liderkę i zaśmiała się, uderzając ją lekko w dalsze ramię od
tego, na którym aktualnie wisiała. Wisiała, bo Han-Sae jest od niej z osiem
centymetrów wyższa. – No weź, unnie~ Przecież mnie znasz, wiesz, że się
staram...
Na nieszczęście Sae, Xiah potrafiła być urocza i
przekonująca, kiedy czegoś chciała. Kiedy obiecywała, natomiast, najczęściej
dotrzymywała obietnicy, a więc teoretycznie nie powinna się martwić o te
wszystkie rzeczy związane z dewastacją mienia prywatnego (bo przecież do kogoś
należał ten pawilon, nawet jeśli one nie znały właściciela osobiście).
- Tak chcecie? - zapytała najstarsza, rozglądając
się po twarzach dziewczyn. Grace uśmiechnęła się delikatnie, prawie wcale, ale
jednak. Xiah podskakiwała prosząc ciągle szeptem, aby się zgodziła, a Minhye z
szerokim uśmiechem kiwała energicznie głową. Renee od samego początku tego dnia
na nikogo nie zwracała uwagi, tylko chodziła z głową gdzieś w chmurach, co i
teraz się nie zmieniło. Na końcu popatrzyła na swoje dziecko, maknae zespołu.
- Sądzę, że tak będzie fajnie. - powiedziała z
delikatnym uśmiechem Jang Chommi. Sae westchnęła.
- No dobrze...
- TAAK! - zawołała uradowana Alice, podskakując pod
sam sufit. Xiah po rzuceniu krótkiego „dzięki" i szybkim buziaku w
policzek starszej, od razu wpakowała się do pokoju z mini lodówką, grożąc
pozostałym, że jeśli któraś tknie jej żarcie, to poodgryza im palce – tak dla
zasady. Za nią wśliznęły się Minhye i Grace. Do drugiego weszły ChomChom z
Renee, a Saeryeong stała, zdezorientowana na środku korytarza. Zaburzona
została jej równowaga psychiczna. Przecież pokoje były dwuosobowe, więc jak w
jednym z nich mogły zamieszkać trzy osoby? No i co teraz ona ma ze sobą zrobić?
Ma spać sama?
- Yo, Han-Sae, co tak stoisz? Pomóc ci z tym? -
zapytał Jackson, przechodząc obok niej w korytarzu.
- Nie, dzięki, dam sobie radę. – odarła szybko,
zakładając kosmyk gęstych, pofalowanych włosów za ucho.
- Na pewno? – zatrzymał się po to, by przyjrzeć się
koleżance. – Wyglądasz na zagubioną, coś się stało?
Wang Jackson. Robi z siebie idiotę na każdym kroku,
żartuje i rozśmiesza wszystkich na około. Ale, czy ktoś kiedyś zastanawiał się,
dlaczego to robi? Może właśnie dlatego, że chce wywołać uśmiech na twarzach
swoich przyjaciół, ludzi na których mu zależy? Może chce, aby ta chwila radości
załaskotała ich w żołądkach, aby śmiejąc się zapomnieli na moment o swoich
zmartwieniach, oderwali od rzeczywistości? Tak naprawdę jego serce przepełnione
jest troską o najbliższych, nawet o zwykłą koleżankę z pracy, jaką była Han
Saeryeong. Nic przecież ich nie łączyło, to nawet nie była przyjaźń. Lubili się
po prostu, jak kumple. A jednak potrafił się przejąć jej zagubionym spojrzeniem
w tej chwili.
- Nie wiem... w którym pokoju powinnam spać. -
powiedziała, zawstydzona brakiem jakiejkolwiek sensowności w swojej
wypowiedzi... która jednak była prawdziwa, bo ona faktycznie nie miała
zielonego pojęcia, co powinna ze sobą teraz zrobić. Jackson stał tam jeszcze
przez chwilę, skanując jej wypowiedź w głowie, a w między czasie do środka
wbiegli z zewnątrz chłopcy.
- To ci zagwostka, Sae-Noona! - wyśmiał ją Yugyeom,
przepychając się z BamBam'em. Nie do końca wiadomo, o co właściwie walczyli w
tym korytarzu, ale najwyraźniej młodszy z nich wygrał, bo Double B w
końcu poddał się i obrócił w kierunku dziewczyny.
- Możesz spać z nami, podzielimy się łóżkiem! -
zawołał Bam z tak durną miną, jakiej świat nie widział. To nawet nie był lenny
face, to coś tak głupiego na jego twarzy, co spowodowało, że Sae parsknęła
śmiechem, nie potrafiąc nawet znaleźć słów, by to jakkolwiek skomentować.
Jackson zajrzał do każdego z pokojów i w końcu
wskazał palcem na ostatni z nich, patrząc na dziewczynę.
- Ten jest pusty, why not? – zapytał, obserwując
wymieniające się ze sobą emocje na jej twarzy.
- Ah, no... ale... - powinna coś powiedzieć.
Powinna jakoś się wybronić, nie stać przed nim, jak ostatnia ciamajda, ale jej
głowa była pusta, zupełnie pusta.
- Boisz się spać sama? – palnął nagle, unosząc brwi
w górę.
- Słucham? – jej brwi podskoczyły chyba jeszcze
wyżej niż te Chińczyka. Nie spodziewała się tego. Wszystkiego, ale nie takiego
pomysłu!
- Jeśli boisz się spać sama, to pogadam z Bamem, on
chyba wziął ze sobą tego pluszaka, co to z nim zawsze śpi... - przejęcie
Jackson'a było w tym momencie tak przerysowane, że nie mogła nie zrozumieć jego
intencji. Odetchnęła z ulgą i zachichotała cicho. – Mam go zawołać? Bam-ah!
- Nie, nie! – pomachała przed nim rękoma,
uśmiechając się ciągle, rozbawiona. – Dziękuję za pomoc, dam sobie sama radę. –
wzięła do ręki swoją walizkę i skinęła głową w kierunku Jackson'a. Wymijając go
zniknęła w ostatnim pustym pokoju po ich stronie i zamknęła za sobą drzwi.
Dopiero, kiedy została sama poczuła coś dziwnego. Rzadko jej się zdarzało, by
musiała spać sama. Poza tym od debiutu Chocolate Cake zawsze noce i wieczory
spędzała razem z dziewczynami. Uciszała je, kiedy gadały, zamiast spać,
pomagała zasnąć innym, kazała jeść odpowiednią kolację, pilnowała, by każda się
wykąpała... A teraz? Co ma tu robić sama?
°
Każde z trzynastu młodych idoli wieczór spędziło
inaczej. Chłopaki w większości postanowili przejść się do centrum (tak to
nazwijmy...) wioski i zrobić zakupy, więc i połowa żeńskiego zespołu do nich
się przyłączyła. JB poprowadził swoją czwórkę i czekoladowe Xiah, Alice oraz
Grace do spożywczaka. Renee siedziała w pokoju Saeryeong, a Chommi razem z
Youngjae wybrała się na spacer. Przeszli wzdłuż ulicy, kierując się w stronę
brzegu oceanu, jednak w połowie do Youngjae zadzwonił JB z pytaniem, czego chce
ze sklepu. Tamten jednak zamiast zwyczajnie odpowiedzieć zachciał sobie pobiec
w stronę centrum i do nich dołączyć. Oczywiście namawiał na to również ChomChom,
ale nic z tego. Postanowiła dzisiaj zobaczyć ocean z bliska i tak zrobi, choćby
nie wiem co. W życiu była może dwa razy na plaży, więc nawet jeśli pogoda w
listopadzie nie była najpiękniejsza, szczególnie na Jeju, to ona nie mogłaby
przepuścić takiej okazji.
Youngjae pożegnał się z nią i zawrócił, nakazując
młodszej, aby zadzwoniła do niego gdyby coś się działo. Przez chwilę patrzyła,
jak biegnie i coraz bardziej się od niej oddala. W końcu jednak wznowiła podróż
na plażę i już po kilku minutach stała na kamienisto-piaszczystym brzegu,
patrząc na rozbijające się o niego fale. Jednym z jej mini marzeń było
spędzenie całego dnia na słonecznej plaży, na której mogłaby leżeć w słońcu,
chlapać się w wodzie i bawić z przyjaciółmi, biegając w samym bikini. Chciałaby
tak nie martwić się promieniami słońca, które splamiłyby brązem jej nienagannie
idealną, bladą cerę, tym, że lata półnago w miejscu publicznym, nie przejmować
się fanami i stalkerami. Chciałaby tylko jednego słonecznego dnia poczuć się
wolną.
Nagle okropny wrzask, tuż obok jej ucha sprawił, że
krzyknęła ze strachu, odskakując jak najdalej i prawie przewracając się o
kamienie. Odpłynęła tylko na chwilkę, miała zamknięte oczy i marzyła sobie,
nikomu nie przeszkadzając, za co to było, Wang Jackson?!
- Yah! – wrzasnęła, jeszcze bardziej zdenerwowana
głośnym śmiechem Chińczyka. – Głupi jesteś, chcesz, żebym dostała zawału?!
- O nie! – nagle się opamiętał, podszedł do niej
bardzo blisko, złapał za ramiona i spojrzał z przejęciem w jej oczy. – Nie
możesz dostać zawału, serce, to najważniejszy organ w ciele człowieka!
- Puść mnie – syknęła, wykręcając się z rąk
chłopaka. Wygładziła szybkimi ruchami swój płaszczyk i znowu popatrzyła na
niego wściekle. – Co tu robisz? Śledzisz mnie?
- Można tak powiedzieć.
Co takiego?, pomyślała, marszcząc brwi i
wykrzywiając wargi zabawnie. Jackson jednak tylko zaśmiał się znowu z jej miny,
a nieme pytanie, (które przecież nie mogło być bardziej wyraźne, to było
fizycznie niemożliwe...) pozostawił bez odpowiedzi.
- Co to ma znaczyć?
- „Co to ma znaczyć?" gadasz
jak kobieta dziesięć lat po menopauzie... - prychnął, wciskając zmarznięte
dłonie do kieszeni swojej kurtki. A ona dalej patrzyła na niego, oniemiała, nie
rozumiejąc, skąd on w ogóle zna takie słowa, jak „menopauza" w języku
koreańskim. I kto go ich uczy?!
Nastała cisza, którą tylko fale przekrzykiwały.
Jackson gapił się na wodę, a ChomChom na niego, wciąż z tym samym
niezrozumieniem na twarzy.
- Jackson, skup się! – krzyknęła tak nagle, że
nawet on - uosobienie charyzmy i męskości - podskoczył na miejscu, obracając
gwałtownie głowę w jej kierunku. – Dlaczego tu jesteś? Co to znaczy, że mnie
śledzisz?
- Twój chłopak mi kazał... - odpowiedział, kładąc
dziwny, jakby lekko sarkastyczny nacisk na drugie słowo. – No to jestem! –
rozłożył ręce szeroko, dygając na jedną nogę, ale zaraz szybko wpakował dłonie
z powrotem do kieszeni. Wiatr nad brzegiem był zbyt chłodny dla jego biednych
rączek.
- Ale on przecież niedawno wrócił... Jakim cudem
tak szybko się tu znalazłeś? – zapytała w sumie bardziej samą siebie, bo nawet
na niego nie patrzyła. Ale i tak to dosłyszał.
- Widzisz, jestem supermenem. – zachichotał cicho,
niskim głosem. Aż dziwnie jej się zrobiło, słysząc takie dźwięki, wydobywające
się z jego krtani. Zazwyczaj przy niej (albo raczej z niej) śmiał
się głośno, piskliwie, powodując, że jej bębenki ledwo się trzymały w jej
uszach w całości. Jeżeli słyszała coś takiego, to tylko dlatego, że ktoś inny
go w taki sposób rozbawił, albo kpił z niej mocniej niż zwykle. Tak, czy siak
źle jej się kojarzył ten czekoladowy chichot. Chociaż brzmiał ładnie, to trzeba
przyznać.
A tak na poważnie, to oczywiste, że Jackson nie ma
super mocy, nie pezerobił takiego kawału drogi w tak krótkim czasie. Nawet,
gdyby biegł, nie dałby rady, więc, co? Więc to, że, kiedy Youngjae wracał,
Jackson akurat szedł w jego stronę, słuchając muzyki na słuchawkach, które
teraz przewieszone miał na karku. Jae nie bardzo chciał, aby Jackson spędzał
czas sam na sam z jego małą czekoladową dziewczyną, ale o wiele mniej chciał,
aby ona stała tam sama, w obcym miejscu. Dlatego poprosił go najgrzeczniej, jak
potrafił, aby przypilnował ją dla niego.
I tak by się nudził...
- Miło mi, że tak się o mnie obaj martwicie, ale
już nie trzeba. Wracam do pawilonu. - mruknęła, krzyżując ręce na piersi,
obróciła się na pięcie i ruszyła... gdzie właściwie? Po chwili zatrzymała się,
uświadomiwszy sobie, że przecież nie pamięta, jaką drogą się tu dostała.
Wydawało jej się, że lewa strona jest odpowiednia, ale co jeśli to było z naprzeciwka?
I tam i tam rosną drzewa, a ulica jest wybrukowana.
- Um... Ja-Jackson, uh... - próbowała brzmieć
zwyczajnie, a jednak się zająknęła. Przeczyściła gardło, chrząknięciem i
obróciła w kierunku rapera. Już patrzył na nią wyczekująco z uniesionymi brwaimi.
Teraz ona zapyta w którą stronę powinna iść, a on zacznie się śmiać jak hiena.
Znowu. I przez najmniej miesiąc będzie jej to wypominał i opowiadał wszystkim
swoim znajomym. - Wiesz... - zawahała się, opuszczając głowę w dół. Ayoo,
dlaczego jesteś taka dziecinna?! Jang Chommi!!! Wyprostowała się
szybko, rozplątując swoje splecione, jeszcze chwilę temu, przed sobą dłonie. -
W którą stronę do domku? - zapytała z udawaną naturalnością. Wang przekrzywił
głowę na bok, zastanawiając się przez chwilę jak na to zareagować. Ale nagle
uderzyła go myśl, że przecież sam nie ma bladego pojęcia. Wyprostował się
nagle, jak surykatka na warcie i popatrzył dookoła.
- O kuźwa... - wsunął swoje zimne palce we własne
włosy, patrząc z przerażeniem w przestrzeń.
- Nie mów, że nie wiesz, jak stąd wrócić... - jej
oczy otworzyły się szerzej niż powinny, a te Chińskie, Jackson'a niemal się
zamknęły, kiedy patrzył na nią ostrzegawczo.
- Ty też nie wiesz, nie waż się mnie krytykować!
- No ale ty jesteś starszy, w dodatku jesteś facetem!
- Ale nie jestem koreańczykiem!
- A co to ma do rzeczy?! - pisnęła, mocno
przestraszona i zdenerwowana na chłopaka. On jednak wcale się nie bał. Tyle
tylko, że był odrobinę zirytowany i bezsilny.
- Nie wiem... - pokręcił głową energicznie,
zaciskając na moment powieki. - Uh, chodź tędy, może trafimy. - powoedział,
łapiąc młodszą w łokciu. ChomChom niestety (albo stety, raczej stety) zaparła
się mocno i nie drgnęła ze swojego miejsca, kiedy ten ją pociągnął.
- Nie, nigdzie z tobą nie idę!
- Ale może mi się przypomni po drodze... - próby
przekonania piętnastolatki poszły się kąpać do oceanu.
- Tak, albo może się zgubimy jeszcze bardziej, nie
idę!
Wang westchnął, wznosząc oczy do zachmurzonego
nieba.
- Dobra, to dzwoń po Saereyong. - bąknął,
przestępując na jedną nogę i odwracając głowę w przeciwnym kierunku.
- Dlaczego do niej? To chyba ty powinieneś
zadzwonić po JB!
- Bo co, bo jestem facetem?!
- Tak, bo jesteś facetem!!! - po jej krzyku
wycelował w nią palcem wskazującym i nabrał do płuc chłodnego powietrza. Ale
zamiast wydusić z siebie jakąś mądrą ripostę, mruknął pod nosem coś po
angielsku i schował rękę do kieszeni.
- Ale JB, moja droga, poszedł do sklepu. -
powiedział najgrzeczniej, jak potrafił. Co znaczy, że wyszło mu średnio, w tej
sytuacji. - W drugą stronę. Nie przyjdzie tu.
- A Youngjae?
- Też poszedł do sklepu! - wybuchnął, rozdrażniony,
ale widząc jej zagubiony wzrok, wziął kilka głębszych, uspokajających oddechów.
- Zadzwoń do Saeryeong.
- Zostawiłam telefon w pokoju. - wyznała cicho. -
Był już na wyczerpaniu, i tak nie byłoby teraz z niego użytku. - dodała
głośniej na swoje usprawiedliwienie.
- Co? Ty... - z początku zdziwienie i irytacja
przeszły powoli w chwilę zastanowienia, podczas której dotarło do niego, że to
ten moment. Ten właściwy moment, kiedy może załatwić sobie prywatnego murzyna
do końca wycieczki. Uśmiechnął się do siebie jedną stroną ust i popatrzył na
nastolatkę.
- Co? - zapytała, obawiając się o jego intencje.
Chłopak odchrząknął, poważniejąc nieznacznie i westchnął. Jakby nagle poczuł
się zupełnie swobodnie, jakby w ogóle się nie zgubili.
- Dam ci swój telefon...
- Okej, chyba pamiętam jej numer— dziewczyna
podeszła do niego o krok z wyciągniętymi do przodu rękami, ale Jackson widać
miał inne plany.
- ... pod jednym warunkiem! - dodał szybko, unosząc
palec w górę. Po chwili skierował go w jej stronę, uśmiechając się zadziornie.
- Wisisz mi pięć przysług.
- Słucham?! Zwariowałeś, nic dla ciebie nie zrobię!
- uderzyła w jego rękę, odpychając od siebie palec, co zdarło z jego twarzy
głupią radość. - Musisz mi go dać, nie masz wyjścia. Inaczej będziemy... ani,
ty będziesz tu siedział do jutra w tym zimnie, albo i dłużej. - pomyślała, że
chwyt psychologiczny, uderzający w jego ego zadziała lepiej, dlatego wyostrzyła
słowo 'ty', jak tylko mogła. - A stanie na zimnie jest szkodliwe dla serca!
Prychnął, obracając się twarzą do oceanu.
- Mam urlop, nie muszę aż tak dbać o zdrowie. A tu
chętnie sobie postoję i popatrzę na wodę. - powiedział, posyłając jej uroczy
uśmiech i znowu skierował swój wzrok na fale. - Mam słuchawki i muzykę, nie
będzie mi wcale nudno!
Stała tam przez chwilę z otwartą buzią, nie mogąc
uwierzyć temu, co słyszała. Jak mógł jej to robić? Dlaczego? Gdyby jeszcze był
człowiekiem, który rzuca słowa na wiatr, to może walczyłaby dalej, rozegrała to
jakoś inaczej. Ale nie, ten mały, chiński lis, kiedy czegoś chce, to zrobi
wszystko i nie spocznie, puki nie dostanie.
- Dobra! - warknęła, kopiąc kamyki w jego stronę.
Chłopak popatrzył na swoje łydki, które zostały ostrzelane i odwrócił w stronę
ChomChom z wielkim uśmiechem na ustach. Wróć! Na twarzy. Całe jego swagerskie
oblicze się uśmiechało. - Ale nie będę ci prała brudnych majtek!
- Bokserków! - poprawił, chwilowo oburzony - Z
resztą nawet bym ci nie pozwolił, głupi zboczeńcu... - rzucił jej oceniające
spojrzenie i zaraz znowu się roześmiał. - Serio się zgadzasz! HaHA~! - z czego
drugie "ha" było zdecydowanie wyżej zaśmiane. Cieszył się jak
dziecko, uderzając piąstkami o siebie i podskakując w miejscu. - Ale daj słowo!
Słowo Koreańczyka jest święte, daj słowo, no dalej! - popędził ją ruchem ręki.
- Daję słowo...
- YASSSS!!! - wykrzyknął jeszcze raz. - Pięć
przysług, ani mniej, ani więcej, pierwsza to, masz nikomu o tym nie mówić i
cokolwiek zrobisz dla mnie, nie masz prawa tłumaczyć tego, że to z powodu...
tego tu, co tu się zadziało teraz, o! - domruczał, kręcąc palcem kółka w
powietrzu, zaznaczając, że chodzi o miejsce, w którym się znajdowali. -
Zrozumiano? - znowu wytknął jej palca przed nos. Chommi wywróciła oczami i przytaknęła
ledwie słyszalnie. - Tadam! - tym razem przed jej nosem pojawił się czarny
Samsung, na którego tapecie blokady widniało zdjęcie rodziców Jackson'a. On sam
brodę skierowaną miał w bok, do góry, dumnie, jak na Króla przystało. Pierś
wypięta do przodu zaraz została uderzona nie taką małą, kościstą piąstką
ChomChom.
Aish, Królem jesteś tylko z nazwiska..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz