Prolog
Święta Bożego Narodzenia, to dla mnie coś bardzo ważnego. Daehyun był katolikiem, więc to, że je obchodziliśmy nie było niczym dziwnym, ale za każdym razem on z samego rana dwudziestego czwartego grudnia jechał do domu Song Jieun. Oczywiście nie miał na celu widzenia się z tą kobietą, jechał do swojej córki i to było dla mnie zupełnie zrozumiałe. Nigdy nie miałam ku temu niczego przeciw, nawet odkładałam na bok swoją zazdrość i cały dzień zajmowałam się gotowaniem potraw świątecznych zarówno tych polskich, jak i koreańskich, powtarzając sobie co chwila, że Daehyun już dawno jej nie kocha. Że to nie ona jest jego wybranką.
W tym roku było troszeczkę inaczej. Daehyun wstał z rana, tak jak w każdą Wigilię, pojechał do Song'ów i tam spędził kilka godzin. Tylko, że mnie w między czasie szlag jasny trafiał. Wszystko wypadało mi z rąk, nie mogłam się skupić na zwykłym krojeniu, a więc zacięłam się, przypaliłam pierogi i zaplamiłam biały obrus barszczem. Wiem, że on kocha teraz tylko mnie i swoją córeczkę, ale Jieun dała mi w wakacje wystarczający powód do odchodzenia od zmysłów. W dodatku na zniszczeniu mojej książki się nie skończyło - wiem, że nie raz nachodziła go w pracy i pisała do mnie wiadomości, regularnie, co dwa tygodnie, żebym przypadkiem nie zapomniała, że chce mi odebrać miłość mojego życia. Święta wydają się być idealną okazją do ostatecznego starcia.
Ja wiem, wiem, to idiotyczne, ale już mnie mnie nie obchodzi, czy zachowuję się głupio, czy nie. W końcu jestem szczęśliwa. W końcu mam wymarzonego partnera i nic mi go nie zabierze. Żadna moc na niebie i ziemii, żaden człowiek, żadna siła ponad naturalna, nikt! Nawet wszystko, co złe na tym świecie, choćby nie wiem, jak się starała.
Mimo wszystko nie potrafię być spokojna. Boję się tego, czego ta wariatka może się dopuścić.
»
Popatrzyłam na zegar, wiszący na ścianie, przede mną. Dochodziła dwudziesta czwarta. Nie rozumiałam, co się dzieje. Dzwoniłam do niego dwadzieścia pięć razy i ani razu nie odebrał. Próbowałam też skontaktować się z Jieun, ale bez skutku, czemu nawet się nie dziwiłam. To oczywiste, że byli razem i to ona go zatrzymała na tak długo. Pewnie znowu użyła swojego dziecka, żeby go przekupić. Tylko nie chciało mi się wierzyć, że te Święta będę spędzała sama.
Stół był już zastawiony, pod choinką położyłam prezent dla niego. Siedziałam na swoim miejscu i patrzyłam w puste miejsce na przeciwko mnie.
- To nie może się tak skończyć - mruknęłam do siebie, wstając z miejsca gwałtownie. Pobiegłam na korytarz, ledwo utrzymując równowagę na tych idiotycznie wysokich, czerwonych szpilach. Złapałam za swoją kurtkę i założyłam ją szybko na siebie.
Kiedy sięgnęłam po klucze, usłyszałam, jak w drzwiach, które znajdowały się tuż za mną, przekręca się zamek. Odwróciłam się szybko i patrzyłam, jak do środka powoli wchodzi spóźniony Mikołaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz