niedziela, 22 stycznia 2017

Mark's little secret [#11]





Wszedłem do domku jako ostatni, ciągnąc za sobą swoją walizkę. Pozostali już siedzieli w swoich pokojach, gdzie rozpakowywali się, rozmawiając przy tym wesoło i śmiejąc się głośno. Uszami swymi wyłapałem, że po lewej rozlokowały się dziewczyny, a wrzaski Bam'a z prawej upewniły mnie tylko, że my mamy tę stronę domku. Wolnym krokiem przeszedłem obok drzwi, zerkając do środka ukradkiem. W pierwszym pokoju siedział Jinyoung z Jackson'em. Nie ma mowy, że zamieszkam z tymi idiotami, pomyślałem, przechodząc prędko dalej, by Wang mnie nie zauważył. W drugim Jaebum i Youngjae leżeli na swoich łóżkach, zajęci rozmową, a w ostatnim pokoju Yugyeom biegał za BamBam'em z poduszką. To chyba nie zagadka, do kogo postanowiłem się przyłączyć.
- Hej, przygarniecie mnie? - zapytałem, opierając się w progu ranieniem o ramę drzwi. Chłopaki popatrzyli po sobie, by po chwili uśmiechnąć się do mnie. Zgadywałem, że to ma oznaczać zgodę, więc chwyciłem znowu za rączkę swojej torby, gotowy wejść do środka.
- Słyszałem, że Saeryeong-noona ma jedno wolne łóżko - powiedział Youngjae, zanim jeszcze się ruszyłem, a ja i JB w tym samym momencie podnieśliśmy na niego spojrzenie. Z tym, że ja z naszej dwójki byłem tym mniej oburzonym.
- Y-yah, co masz przez to na myśli? - bąknął Im, obserwując go uważnie.
- To znaczy... - Młodszy wydał z siebie nerwowy chichot. - Chodziło mi o to, że moglibyśmy to łóżko tu przynieść, - wyjaśnił, udając, że od samego początku o to właśnie mu chodziło, a ja wiem, że niezupełnie. Ale wiem też, że nie miał na myśli niczego złego. - żeby Mark-hyung mógł na nim spać.
JB wydawał się nie wyczuć tego kłamstwa, albo może po prostu chciał w nie wierzyć. W każdym razie odwrócił wzrok, pokiwał głową i usiadł na łóżku.
- Dobra, to niezły pomysł - stwierdził, wstając i wkładając ręce do kieszeni bluzy.
Chwilę po tym w naszym pokoju stały już trzy łóżka, z czego dwa połączone w jedno. Zrobiliśmy tak, bo w pomieszczeniu było mało miejsca, a musiało być przejście. Oni dwaj mieli spać na tym połączonym razem, dlatego, że nie chcieli, żeby mi było niewygodnie, gdyby któryś z nich wlazł na mnie we śnie, czy coś podobnego. Im chodziło głównie o moje połamane kości, ale ja wolałem spać sam także ze względu na ostatnie wydarzenia. Gdyby to było w innym czasie, moglibyśmy spać nawet we trójkę, to dla mnie nic wielkiego. Przyzwyczaiłem się do nich, nie reaguję na ich dotyk, jak na Jinyoung'a. Ale nie teraz.


Po trzech dniach nie robienia niczego nadszedł kolejny wieczór, kiedy znowu nie zrobiliśmy nic. Chodzi mi tu o naszą pracę, bo jeśli chodzi o najróżniejsze atrakcje, których na Jeju nie brakuje, to świetnie wykorzystywaliśmy swój wolny czas. Gdyby jeszcze przyniosło mi to odrobinę radości.
Bary karaoke to zazwyczaj mnóstwo zabawy, szczególnie, jeśli serwują tam te fajne świecące drinki. Dzieciaki – a mogę ich tak nazywać, bo jestem od nich wszystkich starszy – rozluźniły się porządnie i chyba zaczynałem widzieć na ich twarzach życie, jak dawniej. Dziewczyny nie potrzebowały nawet alkoholu, żeby rozwalić system. Z kolei nasza maknae line zwinęła dwa kieliszki po cichu liderowi i Wang’owi. Wszystko widziałem i dałem im to dyskretnie do zrozumienia, na migi. Chciałem bawić się razem z nimi, ale największą przyjemność w tamtym momencie sprawiało mi siedzenie na kanapie i oglądanie reszty, jak robią z siebie idiotów. Nie mogłem dać z siebie więcej, bez przerwy myślałem o tym, jak mam pomóc Jaehee, jak ona w ogóle sobie radzi w Seulu, bo chociaż prosiłem ją, by do mnie pisała w czasie naszego wyjazdu, to robiła to z rzadka raz, czy dwa dziennie. Tłumaczyła się tym, że nie chciała psuć mi urlopu, ale to nic by nie zmieniło. Tak czy siak no-life’uję z nosem w telefonie i słuchawkami w uszach.
Trzeci dzień, jednak, różnił się od poprzednich, a wszystko zaczęło się właśnie w barze karaoke. Siedzieliśmy tam już od dłuższego czasu, a ja bardzo długo nie używałem swojego telefonu, dlatego w końcu sięgnąłem po niego, by sprawdzić godzinę. Ktoś musiał pilnować czasu, a oni nie wyglądali na zbytnio przejętych tą kwestią. Kiedy kliknąłem przycisk blokady z boku mojego smartfona, ekran rozświetlił się, ukazując mi nadejście nowej wiadomości. Co dziwne, numer oznaczony był, jako nieznany. Otworzyłem wiadomość, której nigdy się nie spodziewałem. Wiadomo, że jak każdy idol doświadczam zjawiska zwanego hejtem, ale to się obiawja tylko w Internecie, na instagramie, czy twitterze, nikt dotąd nie pisał na mój numer telefonu. To jest maksymalnie i najbardziej chroniona rzecz na świecie, prawie, jak telefon prezydenta. Mają go tylko moi przyjaciele i rodzina, właśnie na wypadek, gdyby zdarzyło się coś takiego.
- Co to? – zapytał Jaebum, siadając obok mnie i zaglądając do mojego telefonu, który szybko zablokowałem i schowałem do kieszeni.
- Nic, to chyba pomyłka – mruknąłem, wymijająco, siadając wygodniej.
- Idę kupić wodę, chcesz coś do picia? - zapytał, wskazując kciukiem na drzwi wyjściowe.
- Nie. Albo tak - poprawiłem się prędko. - Pepsi? Albo coś innego z gazem. - Chłopak pokiwał głową, po czym wstał, kierując się do wyjścia. Chwilę mu zajęło, zanim przecisnął się przez tych wariatów, ale w końcu, trochę sponiewierany, poobijany, trafił do drzwi i zniknął za nimi.
"To jest twoja wina, Mark Tuan. Nie zapomnij".
To było trochę dziwne. Nawet jeśli mogłem śmiało przypuszczać, kto wysłał mi tę wiadomość, bo to nie tak, że sobie nie zasłużyłem po tym wszystkim, to jednak nie miało to najmniejszego sensu. Mój numer, tak samo, jak każdego innego artysty w JYP jest ściśle chroniony. Ma masę zabezpieczeń, osłon, antywirusów - jak Pentagon. Nie sposób odgadnąć go ot tak sobie, ani dodzwonić się, jest prywatny, jak ten, od którego otrzymałem wiadomość. Nawet nie mogę odpisać, zadzwonić, by sprawdzić, do kogo należy. Powinienem chyba jak najszybciej to komuś zgłosić.
Okej, na pewno to zrobię, jak tylko stąd wyjdziemy, pomyślałem. Nie będę teraz siedział w telefonie, przynajmniej na chwilę wynurzę się z cyber przestrzeni. Nie dla mnie. Jinyoung mówił, że powinienem przynajmniej udawać, że wszystko jest w porządku. Nie chcę znowu zawieść chłopaków.


Po wyjściu z karaoke, Jackson mnie zaskoczył, bo nagle złapał mnie za rękę i nie puścił, nawet, kiedy zmarszczyłem brwi i posłałem mu mordercze spojrzenie, co zazwyczaj działało. Powiedział, że nie pozwoli, by znowu coś mi się stało. To nie słowa, ale coś w jego oczach, mimo uśmiechu, który miał na ustach, sprawiło, że pozwoliłem mu na to, by ściskał moją dłoń całą drogę do sklepu. Ja nie chciałem zawieść ich, a on nie chciał zawieść mnie. Chociaż czułem się bardziej, jakbym to ja miał zawieść jego, gdyby cokolwiek mi się stało. Wtedy to on byłby zmartwiony, miałby wyrzuty do siebie, a to ostatnie, czego chciałem. Jackson jest walnięty, czasami zachowuje się, jak dziecko, ma masę wad, których nie pokazuje obcym ludziom, nawet znajomym, a szczególnie dobrze mu idzie ukrywanie ich przed kamerami. Naprawdę, w telewizji staje się zupełnie inną osobą. Ale to mój najlepszy przyjaciel. Chociaż każdego w zespole lubię na równym poziomie, to z nim wiążę najwięcej wspomnień, on w swojej głowie chowa najwięcej moich zmartwień, najwięcej uczuć, tych, o których mu powiedziałem i te, które mu okazałem. Jeżeli ktokolwiek z moich bliskich myśli o mnie w momentach, kiedy nie czuję się najlepiej, to on jest właśnie takim kimś. Jaebum podobnie do niego odbiera wszelkie wieści o smutkach, czy kłopotach któregokolwiek z członków naszego zespołu, ale ma inny sposób okazywania swojej troski. Młodsi chłopcy zawsze podwójnie przeżywają czyjeś cierpienie, ale też próbują to ukrywać. Szczególnie BamBam i Youngjae. Jestem cholernym szczęściarzem, mając takich przyjaciół.
Było mi trochę dziwnie tak iść z Wang’iem ze splecionymi dłońmi, ale, kiedy tak myślałem o tym, co dla mnie robi, jakie ma o mnie myśli, mimo moich szczeniackich wybryków, to wszystkie złe emocje mnie opuszczały. Mam przyjaciela, który poświęciłby dla mnie życie i on teraz trzyma mnie za rękę, pilnuje, żeby nic mi się nie stało.
Przetarłem kciukiem po jego dłoni, na co ten prawie automatycznie spojrzał w moją stronę i posłał mi ciepły uśmiech. W odpowiedzi posłałem mu nieco krzywą imitację tego samego.
- Jackson, już możesz mnie puścić – powiedziałem cicho, kiedy znaleźliśmy się w sklepiku. Było tam naprawdę niewiele miejsca do poruszania się, a ilość klientów wypełniała naprawdę każdy kąt tego miejsca. Nawet mimo tego, że jedynymi gośćmi o tej porze były tam dwa zespoły z JYP.
- O, jasne – odpowiedział wesoło, puszczając mnie.
Rozejrzałem się po półkach z napojami gazowanymi. Nie wiem, dlaczego, może przez ten ciągły stres tak chce mi się pić słodkie napoje. Chyba nie powinienem. Mogę od tego przytyć, a i tak ostatnio nie ruszam się tyle, co wcześniej.
Nie chciałem niczego kupować, więc tylko przecisnąłem się między dziewczynami i stanąłem bliżej wyjścia, by zaczekać tam na resztę. Nie wiem, ile tam sterczałem, gapiąc się w ciemność oświetlaną słabymi lampami przy drodze, za szklaną szybą drzwi, ale w pewnym momencie telefon który trzymałem w ręce, schowanej w kieszeni zawibrował, sygnalizując nadejście jakiegoś powiadomienia, ewentualnie wiadomości. Gdy go wyciągnąłem, okazało się, że to druga z opcji.
Znowu nieznany.
Oblizałem usta, czując, że powoli zaczynam się znowu denerwować. Otworzyłem wiadomość i przeczytałem ją, wzdychając po chwili, coraz bardziej zmartwiony. Coraz mniej wierzyłem we własne kłamstwo, iż mogła być to tylko pomyłka, a zdecydowanie zmieniłem zdanie, kiedy po chwili przyszedł kolejny sms. Rozejrzałem się tylko, czy nikt nie patrzy i wyszedłem ze sklepu. Stanąłem przed nim, wybierając szybko numer do menagera.
- Tak? – odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.
- Hyung, jest problem – powiedziałem w miarę cicho, na wszelki wypadek, zaciągając na głowę kaptur.
- Nie mów mi, że dostajesz negatywne wiadomości od prywatnego numeru – powiedział, wystraszonym tonem, a mnie wcisnęło w posadzkę.
- Skąd wiesz? – Mężczyzna westchnął, a ja czułem, że za moment wyrzygam te dwa drinki zapite półlitrową pepsi na chodnik.
- Nie chciałem ci mówić ze względu na twój stan zdrowia, poza tym panienka Yong zabroniła mi cię martwić – zaczął tłumaczyć, ale ja naprawdę odchodziłem od zmysłów z każdym kolejnym słowem.
- Jaehee? – przerwałem mu. – Co ona ma do tego? Co jej się stało?
- Uspokój się, tłumaczę przecież – mruknął tak, jakby nie chciał, by ktoś go usłyszał. – Yong Jaehee zaczęła otrzymywać takie wiadomości dwa dni temu. – Serce waliło mi, jak porażone prądem, a nogi miałem, jak z waty. Dlaczego? Dlaczego dzieje się coś takiego teraz, kiedy nie ma mnie przy niej? Dlaczego mi o tym nie powiedziała? – Zadzwoniła do mnie od razu. Powiedziała, że to może nie być wszystko i miała rację, bo dzisiaj rano ktoś opublikował na oficjalnej fan cafe GOT7 anonimowy komentarz, mówiący, że widziano którejś nocy, jak biją cię w nieciekawej uliczce.
- It must be f**king joke – mruknąłem, wplatając palce w swoje włosy.
- Wzięliśmy telefon twojej koleżanki i już zajmuje się nim policja. Nad komentarzem też już pracują, więc nie martw się za bardzo.
- Co z nią? – zapytałem.
- Z czym?
- Z Jaehee, co z Jaehee?! – warknąłem, wyprowadzony z równowagi emocjonalnej. A i tak fizyczna wydawała mi się gdzieś wyparowywać, chyba przez alkohol, chociaż co prawda wcale niewiele wypiłem.
- Teoretycznie nic – powiedział po chwili milczenia. – A praktycznie, to siedzi u mnie w domu. Moja żona się nią zajmuje, w tym momencie właśnie piją herbatę. - Wielki głaz zleciał mi z serca. Odetchnąłem głęboko, przymykając na moment powieki. – Mark, wiesz, że nie musiałem tego robić.
- Wiem, wiem, przepraszam. I dziękuję, nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny…
- Robię to dla ciebie – ciągnął, a mnie napływały już z nadmiaru emocji łzy do oczu. – Nie dlatego, że jesteś moim podopiecznym, ale dlatego, że uważam cię za przyjaciela, a przyjaciół nie zostawia się w potrzebie. - Tak wiem, wszyscy mnie kochają, tylko ja jestem skończonym idiotą i bez przerwy pakuję ludzi w kłopoty. Nie musisz mi tego bardziej uświadamiać, już i tak ciekną mi łzy po policzkach. – Nie rycz, nie mam do ciebie pretensji, to nie twoja wina.
- Jasne. – Wytarłem szybko oczy rękawem bluzy, wystającej spod kurtki i pociągnąłem nosem.
- Ale mógłbyś ją już sobie zabrać – mruknął, jakby z niezadowoleniem, ale coś zbyt przyjemnie brzmiał jego głos. – Twoja koleżanka zabiera mi żonę. Bez przerwy gadają o jakichś bzdurach, a Hwari zachowuje się, jakby się w niej zakochała. Ciągle się uśmiecha, jest nią zachwycona. – Zaśmiałem się delikatnie, słysząc to wszystko. Bo to prawda, Jaehee tak właśnie działa na ludzi. – Żebyś jeszcze ty ją znalazł, to bym ci pogratulował, ale to ona znalazła ciebie. Powinieneś spędzać z nią więcej czasu, lepiej by ci to zrobiło. – Przeczyściłem gardło chrząknięciem i zamrugałem kilkakrotnie, unosząc oczy w górę, by wyschły z łez. – Szkoda, że nie jest żadną piosenkarką, bylibyście nawet niezłą parą.
Po tych słowach mój i tak leciutki uśmiech zniknął, a ja po raz kolejny przełknąłem ślinę.
- Nie martw się, hyung, nie lubię jej w ten sposób – sprostowałem prędko.
- To dobrze – westchnął, milcząc przez chwilę. – Miejmy nadzieję, że i ona tak o tobie myśli.
Menager kazał mi ignorować kolejne wiadomości i cieszyć się urlopem, puki mam jeszcze wszystkie zęby. Po zakończonej rozmowie, przez chwilę wahałem się, czy wejść z powrotem do sklepu, ale zdecydowałem, że to nie najlepsze wyjście. Nie jestem takim aktorem, jak Jinyoung, a nie chciałem, żeby wszyscy teraz na mnie patrzyli i użalali się, albo pocieszali, nawet nie znając powodu, dla którego płakałem – szczególnie dziewczyny nie powinny widzieć mnie w takim stanie.
Poszedłem w stronę naszego domku. Tam z tyłu, za nim rośnie trochę drzewek i drewniana, stara ławka. Wiem, bo często sobie tam siedziałem w ciągu ostatnich trzech dni. Wiedziałem, że wszyscy zaczną mnie szukać, martwić się i wariować ze strachu o moje życie, ale jestem pewien, że każdy z nich na moim miejscu zrobiłby to samo. Z resztą nie mogli mnie długo szukać, bo, kiedy tylko usiadłem na ławce, Jackson zadzwonił po raz pierwszy. Wtedy jeszcze nie odebrałem, bo nie czułem, żebym wystarczająco ochłonął. Za to wysłałem mu wiadomość, że wszystko jest w porządku i nie muszą mnie szukać. Pewnie nie uwierzył, bo po tym jeszcze z dziesięć razy próbował się do mnie dodzwonić, aż się zirytowałem i finalnie podniosłem słuchawkę do ucha.
- What, Jackson, I told you – urwałem w pół zdania, kiedy usłyszałem, że po drugiej stronie nie wrzeszczy na mnie Wang, a odzywa się delikatnym głosem Park Jinyoung. Zaskoczony, odsunąłem telefon od twarzy, by zobaczyć, kto tak naprawdę do mnie dzwonił i okazało się, że tym razem, to Jinyoung dzwonił. Ale przysięgam, że wszystkie poprzednie razy były od Jackson’a – tylko dlatego w ogóle odebrałem. Gdybym wiedział, że to Jiyoung, nie zrobiłbym tego, ale w takiej sytuacji…
- T-tak, wszystko w porządku – mruknąłem, speszony takim niespodziewanym zwrotem akcji. – Siedzę na starej ławce. Mhm, tej z tyłu…
- Mogę tam przyjść? – zapytał, a ja milczałem dość długo. On jednak nie odzywał się cały ten czas, czekając na moją odpowiedź. Nie miałem na to ochoty. Właściwie, to był ostatnią osobą, którą chciałem teraz widzieć, ale tak jakby nie widziałem innego wyjścia.
- Tak, tylko nie mów chłopakom, gdzie jestem – odpowiedziałem w końcu. – Ale powiedz im, że mają przestać mnie szukać – dodałem po chwili, niezadowolony z zaistniałej sytuacji.
Kiedy nacisnąłem czerwoną słuchawkę, zobaczyłem, że nie tylko JackJin się do mnie dobijali, ale pozostała fantastyczna dziesiątka avengersów również. Wyłączyłem telefon, by nie musieć już tego znosić i czekałem w ciszy na Park’a. Zjawił się dosyć szybko, szybciej niż bym sądził. Po cichu podszedł do ławki i usiadł obok bez słowa. Siedzieliśmy tak około pięć i pół nieskończoności, ale jemu to chyba nie przeszkadzało. Dlatego ja też starałem się tak wyglądać. Na szczęście, w końcu się odezwał.
- Wiesz, jak wszyscy spanikowali, kiedy zauważyliśmy, że nie ma cię w sklepie? – Westchnąłem, odchylając głowę do tyłu.
- Wiem, telefon mi się urywał – mruknąłem, wyginając twarz w grymasie i wyprostowałem kark. – Aaaish~ nie dadzą odpocząć, po co ja tu w ogóle przyjechałem, bez sensu… - marudziłem pod nosem bardziej do siebie.
- To dlatego, że zachowujesz się, jak dziecko – powiedział, patrząc na mnie, co jedynie czułem swoim szóstym zmysłem, bo nie chciałem go widzieć. Z resztą i tak bym pewnie nie mógł, bo było ciemno, jak w dupie. – A jesteś najstarszy z nas wszystkich. Nawet teraz gadasz, jak pięciolatek.
- Mów mi jeszcze… - mruknąłem, gryząc zamek rozpiętej kurtki.
- Mógłbym tak w nieskończoność – powiedział, wyciągając nogi do przodu. – Jest tyle rzeczy, które mnie w tobie irytują. Naprawdę, im dłużej cię znam, tym więcej rzeczy mi się nie podoba.
- Nienawidzę cię – bąknąłem, odwracając głowę w przeciwnym od niego kierunku. Znam gościa, wiem, że to był tylko mocno przesadzony sarkazm, bo nawet jeśli byłbym najgorszym człowiekiem na świecie, to on by o mnie tak nie myślał. Nie jestem pewien, czy mój pierwszy wybryk, jakim było oddanie jego pocałunku, zmienił zbyt wiele w jego sposobie postrzegania mojej osoby. Nie raz w końcu go zawiodłem i nie tylko ja. Chociaż może nie tak, jak tym razem.
- Naprawdę? – Dziwnie brzmiał jego głos, gdy zadawał to pytanie. Był cichy, niepewny, jakby naprawdę bał się, że czuję tak, jak powiedziałem. Idiota. Popatrzyłem w jego stronę, obrzucając go badawczym spojrzeniem. Było może ciemno, ale nie aż tak, w końcu w domku siedziały już dziewczyny i chyba któryś z chłopaków, bo światło w środkowym pokoju od naszej strony się paliło. Dlatego widziałem na twarzy Jinyoung’a, jak próbuje ukryć te wszystkie emocje, które usłyszałem w jego głosie, gdy wypowiadał to jedno słowo.
- Naprawdę – powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy. – Nienawidzę cię na śmierć, dlatego, kuźwa, tak fajnie mi się molestowało twoje usta na kanapie w salonie. – Okej, trochę pojechałem. No trudno. Jeśli ja ciągle żyję, to i on zniesie coś takiego. Przez chwilę jeszcze obserwował moją twarz, by w końcu odwrócić głowę przed siebie z głębokim westchnięciem, chyba jakby ulgi.
- Nie śmieszne – skwitował cicho.
- To nie zadawaj głupich pytań. – No i włączył mi się big-bad-hyung mode. Nie wiedziałem, dlaczego w ogóle chciał się do mnie przysiąść, co tylko mocniej mnie irytowało.
- Przepraszam. – Moja głowa jakoś tak sama obróciła się w jego kierunku, ale już nic poza tym nie mówił, więc szybko obróciłem ją z powrotem przed siebie.
- Za co? – starałem się, żeby mój głos brzmiał beznamiętnie, ale chyba wyszło bardziej kpiąco.
- Za to, co zrobiłem – odparł tak naturalnie, jakby latami przygotowywał się, by powiedzieć to jedno zdanie. – Gdybym tyle nie wypił, nic podobnego nie miałoby miejsca. To moja wina.
- Prawda. – Nie prawda. Chociaż może w połowie, bo jednak zaczął, ale gdybym nie pozwolił swoim uczuciom urosnąć do tego poziomu, to w porę bym się od niego oderwał, a na pewno nigdzie wtedy bym nie pobiegł. Tak, czy siak, łatwiej było mu przyznać rację, skoro już i tak sam stwierdził swoją winę.
- Ale nie myśl sobie, że dam ci spokój.
- O co ci chodzi? – mruknąłem przenosząc na niego spojrzenie.
- Jesteś moim przyjacielem – Dobra, to też już dzisiaj słyszałem, nie przeginaj… - i jesteś dla mnie ważny. – To musiała być prawda. Jinyoung rzadko żartuje w takich sprawach, a jeszcze rzadziej mówi o nich na poważnie. Poza tym patrzył mi w oczy i czułem, że to dla niego bardzo ciężkie. Samo mówienie o tym, co czuje zawsze było dla niego trudne, jest dosyć zamkniętą osobą, jeśli chodzi o jego uczucia. – Dlatego zamierzam być egoistycznym dupkiem i nie zwracać uwagi na to, co do mnie masz, ja chcę starego Mark’a.
- Wiesz, że to tak nie działa? – uniosłem jedną brew wyżej od drugiej.
- Too bad – powiedział po angielsku, na co miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale jedynie obrzuciłem go kolejnym oceniającym spojrzeniem. – Albo ci przejdzie, albo umrzesz na złamane serce.
Przez chwilę patrzyłem na niego bez żadnych absolutnie emocji w sobie. Nie bolało mnie to, co mówił. A nawet chyba zrobiło mi się jakoś lepiej. Ale nieznacznie.
- Ty naprawdę jesteś dupkiem – stwierdziłem, nie przerywając tego dziwnego kontaktu wzrokowego.
- Wiem. – Nie sądzę, by był z tego faktu w pełni zadowolony, co znaczyło tyle, że sam o sobie w ten właśnie sposób myślał. W końcu znowu odwrócił ode mnie wzrok, po czym i ja przestałem się na niego gapić. Westchnąłem ciężko.
- Ale przynajmniej jesteś szczery – dodałem po chwili, żeby już nie dołował się tak strasznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz