Nieporozumienie
Na czarnej kurtce i przydługich już włosach tego samego koloru pozostało mu jeszcze trochę nieroztopionego śniegu. Jego smukłe dłonie były przemarznięte, bo jak zwykle nie wziął ze sobą rękawiczek, chociaż mu kazałam przed wyjściem. W końcu podniósł głowę i od razu napotkał moje spojrzenie. Widziałam, że jest mu przykro, ale byłam na niego wściekła. Bo kto na moim miejscu nie byłby wściekły? Do cholery, są święta! Stałam jednak w milczeniu, zaciskając pięści z nerwów. Chciałam, żeby on pierwszy się odezwał.
Ciągle patrząc mi w oczy, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale najpierw zamknął drzwi. Dopiero po tym nabrał powietrza do płuc i wydusił to w końcu z siebie.
- Przepraszam, Nikka... - Czułam jak trzęsie mi się broda. Odwróciłam wzrok, zamykając umalowane, dziś wyjątkowo, powieki. - Ja ci to wytłumaczę i na pewno mnie zrozumiesz, tylko błagam cię, uspokój się, dobrze?
Znowu brzmiał tak, jakbym go biła za każdy błąd. Jego głos był przepełniony smutkiem i nadzieją. Ale na co? Czy ja chcę wiedzieć?
- Nikka...
- Są święta, Daehyun - powiedziałam, otwierając oczy, ale wciąż nie patrzyłam w jego kierunku. Dopiero po chwili przeniosłam na niego swoje spojrzenie. - Wiesz doskonale jak ważny to dla mnie moment. Nie było cię cały dzień. Już dawno powinniśmy zjeść kolację, oglądać twoje ulubione filmy świąteczne i o dwudziestej czwartej, która wybije za dziesięć minut wręczać sobie nawzajem prezenty! - Z każdym słowem mówiłam coraz głośniej, aż skończyłam wrzeszcząc. - To jest jeden dzień w roku, jeden, jedyny!
- Wiem, Jezu, przepraszam... - przetarł twarz, opuszczając głowę.
- Zostawiłeś mnie tu samą - szepnęłam, czując, jak po moim policzku płynie łza, a niedługo za nią popłynęła kolejna, z drugiej strony.
W dodatku byłeś tam z nią. Z kobietą, która zwyzywała mnie od niedojrzałych gówniarzy i obiecała zabrać wszystko, co mam. Ale ty przecież o tym nie wiesz.
Miałam już dosyć ukrywania wszystkich swoich uczuć. Chciałam płakać, ryczeć, jak dziecko, bo było mi tak okropnie przykro. Chciałam tego dnia być tylko z nim, a wyszło na to, że byłam kompletnie sama, a ona faktycznie mi go odebrała. Jeśli nie na zawsze to w najważniejszym momencie w całym roku. Nagotowałam tego żarcia dla nikogo, ubrałam się wreszcie, jak kobieta i nawet pomalowałam! Kuźwa, spędziłam przed laptopem półtorej godziny, oglądając ten beznadziejny tutorial na youtube i gówno z tego mam, bo i tak się rozmazałam!
Przez chwilę beczałam, stojąc w miejscu, ze spuszczoną głową, jednak w końcu postanowiłam, że nie chcę go widzieć i wolę popłakać w poduszkę, jak moja mamusia. Obróciłam się i szybkim krokiem odeszłam... a raczej próbowałam, bo w efekcie wykręciłam sobie nogę i upadłam na posadzkę, dzięki czemu poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem. Daehyun w mgnieniu oka znalazł się obok mnie. Starał się jakoś mi pomóc, ale ja tylko siedziałam na podłodze i wyłam, zakrywając twarz dłońmi. W końcu wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu, gdzie posadził mnie na kanapie. Uklęknął przede mną i zdjął z moich nóg buty, by rozmasować moją bolącą kostkę. Nie wiem, czy przestała boleć, czy nie, ja w każdym razie nie przestawałam płakać. Z tym, że z czasem już nie tak głośno.
W którymś momencie, usiadł obok mnie na kanapie i przyciągnął do siebie, ściskając mocno w swoich ramionach. Na pewno wiedział, że jeśli zrobi to jakkolwiek lżej, to oberwie z pięści. Na szczęście dobrze mnie zna i umie wykorzystywać swój mózg.
W końcu musiałam się uspokoić, a on rozluźnić uścisk. Odsunęłam się od niego, wycierając oczy wierzchem dłoni. Widząc na niej czarne ślady, westchnęłam ciężko.
- Wiesz, co powiedziała moja mama, kiedy oznajmiłam jej, że chodzę z o sześć lat starszym od siebie Koreańczykiem? - zapytałam, patrząc przed siebie, na zastawiony potrawami stół.
- Że cię wydziedziczy? - mruknął, niepewnym tonem. To logiczne, bardzo często mi groziła tym, że mnie wydziedziczy, ale nigdy by tego nie zrobiła. Jestem jej pierwszą, jedyną i wymarzoną córką. Wiadomość o moich nadchodzących narodzinach przekazała rodzinie... w Święta Bożego Narodzenia. W Wigilę.
- Nie. Że jestem skończoną idiotką i będę przez niego cierpiała - wyjaśniłam, po czym obróciłam twarz w jego stronę. Przygryzał wargę, wpatrzony w swoje kolana.
- Przypuszczam, że miała rację.
To nie prawda, nie miała racji. Okej, w naszym związku bywały kłótnie, czasami nawet czułam się zraniona, ale nigdy przez niego. Najczęściej raniła mnie ona, moja zazdrość sięgała zenitu, a on nigdy nie wiedział, dlaczego znowu płaczę zamiast spać w nocy i myślał, że to jego wina. On jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało. To wszystko wokół stara się nas poróżnić. Ale to nie jego wina. Mama nie miała racji. Nie cierpię przez niego.
Po chwili przyglądania mu się, znowu się odezwałam.
- Dlaczego nie odbierałeś telefonu? -Zostawił swoją wargę i odetchnął głęboko. - Dzwoniłam milion razy.
- Możesz mi nie wierzyć, ale wypadł mi po drodze do mieszkania Jieun i roztrzaskał się w drobny mak. - Wierzę ci zawsze. We wszystko.
- Dlaczego nie zadzwoniłeś od niej?
- Nikka, jak jest w Polsce z tym dodatkowym talerzem na Wigilię? - zapytał po chwili ciszy, podnosząc na mnie wzrok.
- Słucham? - Zmarszczyłam brwi, nie do końca rozumiejąc, co ma przez to na myśli. - Dlaczego zmieniasz temat?
- Powinno być jedno dodatkowe nakrycie, tak? - drążył, przysuwając się bliżej mnie. W końcu złapał za moje ręce i popatrzył w moje rozmazane oczy. - A gdybyśmy potrzebowali dzisiaj trzech dodatkowych nakryć?
Gdyby opisać jego minę... to tak, jakby niegrzeczne dziecko zrobiło coś złego i teraz przepraszało, obiecując poprawę. Ten uśmiech był trochę krzywy, oczy bardziej zmartwione aniżeli szczęśliwe, a jego ręce ściskały moje dłonie w zdenerwowaniu.
- Nie mów mi, że jesteś w ciąży z trojaczkami - mruknęłam, wysuwając swoje dłonie z jego uścisku. Westchnął ciężko, przecierając twarz ręką. Uniosłam jedną brew wyżej od drugiej. - Co jest?
- Nikka, Sleepy zdradził Jieun tydzień temu - powiedział, zrezygnowany. - Wiem, bo akurat z nim rozmawiałem, kiedy Jieun przybiegła z jego telefonem w ręku. Odkryła to dzisiaj.
- Oh - opuściłam głowę. Zrobiło mi się głupio. Teoretycznie mogłam przypuszczać, że ona to wszystko zaplanowała, w końcu mam masę uzasadnionych powodów, by tak myśleć. Tylko, że tym razem Daehyun tam był, wszystko widział. On ją zna i mimo, że nie wie o tym, co Jieun powiedziała mi w wakacje, to wie, do czego jest zdolna. A ja mu ufam. Może niepotrzebnie zrobiłam taką awanturę.
- Sleepy nie mógł wyprowadzić się z własnego domu, więc pomogłem jej się spakować i zabrać dzieciaki - z każdym jego kolejnym słowem czułam się coraz bardziej głupio. Tyle dzisiaj przeszedł, a ja wyskoczyłam na niego z wrzaskiem. - Na razie są w hotelu, ale... Nikka, Haneul jest moją córeczką...
I tu zapaliła mi się czerwona lampka.
- O nie... Dae, ja ciebie bardzo przepraszam, że tak na ciebie nawrzeszczałam, faktycznie twój powód nieobecności jest zupełnie zrozumiały i wystarczający, - pokręciłam głową - ale nie ma mowy, żeby tu ich ściągnąć. Ostatecznie... jestem gotowa zgodzić się na Haneul, ale tylko ją.
- Nikka, dobrze wiesz, że ona nigdzie nie ruszy się bez matki.
- Daehyun-ah... - jęknęłam, nie wierząc w to, co tu się wydarzało. - Nie ugoszczę tej kobiety pod swoim dachem, choćby nie wiem, jak wielka tragedia jej się w życiu działa.
- Przecież dobrze wiesz, że między nami nic już nie ma.
- Wiem, co jest między wami lepiej, niż ty sam.
Westchnął, zwieszając ramiona.
- Nie sądzę - mruknął nieco bardziej oschle niż zazwyczaj. - Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiesz, co ja czuję. Ty może nie wiesz, jak to jest, ale ja byłem zdradzony. Wiem, jak ona się teraz czuje.
- Ty ją kochałeś - przecedziłam przez zęby, choć nie łatwo było mi to przyznać.
- Ona jego też. - Nie prawda! Ona dalej kocha ciebie, dlaczego nie rozumiesz, że chce mi cię zabrać?! - Postanowiliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi. Przyjaciele sobie pomagają.
Nienawidzę tego tonu. Jakbym kolejny raz była pouczana przez ojca, jakbym znowu zrobiła coś źle. Znowu czuję tę różnicę wieku, czuję się, jak głupie dziecko i znowu chodzi o Jieun. Czy kiedykolwiek się od niej uwolnię?
- Gdzie niby mieliby spać? - zapytałam chyba mimo własnej woli. Przez chwilę panowała cisza.
- Tu, na kanapie. - Nie patrzyłam na niego, ale słyszałam, że się uśmiecha. Jego głos był cieplejszy i łagodniejszy.
- Matka z dwójką dzieci? - prychnęłam.
- Mamy w szafie jeszcze materac - powiedział, a mi znowu zabrakło odpyskówek. Nie wiedziałam, co powiedzieć, a do tego żal i smutek przytłoczyły złość i zazdrość. Już miałam wszystko gdzieś. Oboje siedzieliśmy cicho. Puki moja twarz nie została ujęta w dwie dłonie i obrócona w stronę pewnego koreańskiego idioty. Uśmiechał się. Tym razem tak pięknie, jak zwykle, tak, jak pamiętam. Wytarł moją twarz, brudząc krawędź białej koszuli moją rozmazaną maskarą. Pewnie nic nie poprawił, a tylko rozmazał, ale to wciąż całkiem słodkie. No poza tym, że koszula idzie do kosza. - Kocham cię - szepnął, po chwili całując delikatnie moje usta. Automatycznie zamknęłam oczy. Tak to się już dzieje, jego pełne, miękkie, cieplutkie, w dodatku wiecznie wilgotne od ciągłego oblizywania wargi magicznie łączą się z jakimiś nerwami na moich ustach, a moje powieki od razu opadają. Nie otworzyłam ich nawet, kiedy po sekundzie odsunął się na kilka centymetrów. - Ja się wszystkim zajmę i jeszcze będziesz miała najcudowniejsze święta w życiu. Obiecuję ci to. - Nie napełniło mnie te słowa nadzieją, ale mój żołądek wypełnił się kwiatami, kiedy znowu poczułam jego usta na swoich. Jak najpierw otaczają moją dolną wargę, zsuwają się z niej, później przenoszą się na górną i słodko drażnią. Czułam, jak jego dłonie przesuwają się, jedna w dół po mojej szyi, przez klatkę piersiową, po boku i na plecy, a druga prosto we włosy. Przyciągnął mnie bliżej siebie i kiedy rozchylił moje wargi swoimi, by pogłębić pocałunek... oderwałam go od siebie, kładąc ręce na jego torsie i odpychając. Po otworzeniu swoich wielkich, rozmazanych oczu, spotkałam się z pytającym, rozchwianym wzrokiem.
- Nikt nie ma prawa wchodzić do naszej sypialni - powiedziałam w końcu z pełną powagą. Ten w odpowiedzi tylko uśmiechnął się, pokiwał głową i nachylił z powrotem, ale zanim cokolwiek zrobił, odepchnęłam go znowu na odpowiednią odległość. - Ani Song Jieun, ani żadne z jej dzieci, nawet twoja córka, zrozumiano?
- Tak, tylko - jego kolejna próba, została zakończona moimi palcami, ściskającymi jego policzki. Teraz wyglądał jak ryba. Piękna ryba o pięknych ustach. Ale wciąż ryba.
- Teraz kolacja - syknęłam, groźnie. - Nie gotowałam tego dla siebie, a już wszystko wystygło. Nawet twoje cholerne dokkbokki tam są, chociaż nie mają nic wspólnego ze Świętami. - mruknęłam, puszczając go i wstając z kanapy. Kostka jednak jeszcze bolała, więc lekko utykałam, idąc do stołu, ale starałam się niczego nie dać po sobie poznać. - Siadaj i jedz!
- A po kolacji...
- A po kolacji idę spać - ucięłam szybko, wiedząc, na co miał nadzieję. - Przez jednego idiotę nażarłam się stresu za wszystkie dni w pracy, jestem wykończona.
- Ale... ale...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz