środa, 25 stycznia 2017

to nie ona. [#4]

Nagły zwrot akcji



Nic mi się nie śniło i miałam wrażenie, że w ogóle nie spałam. Oczu jeszcze nie zdążyłam otworzyć, ale już czułam, że są spuchnięte od płaczu. Dalej było mi przykro. Większość ludzi twierdzi, że jestem, jak dziecko, zawsze w swoim świecie, niepoprawna marzycielka, uczuć nie potrafię okazać, a nad emocjami nie potrafię zapanować. To prawda, ale nie mam zamiaru się zmieniać. To by nawet nie wyszło, musiałabym wtedy zatwardzić swoje serce, a wtedy nie byłabym prawdziwa, nie byłabym szczęśliwa nigdy.
Powodem, dla którego podniosłam w końcu powieki był zapach kakao. Zobaczyłam, że na taborecie obok łóżka stoi talerz z chlebem posmarowanym czymś podobnym do dżemu i kubek z gorącym kakao. Po chwili poczułam, jak materac ugina się pod ciężarem jeszcze innej osoby. Daehyun usiadł obok mnie i nachylił się, ujął moją twarz w dłonie i delikatnie ucałował każde z moich oczu po kolei.
- Nie płacz, Nikka – pogłaskał mnie po włosach i cmoknął w usta, uśmiechając się do mnie ciepło. – Przyniosłem ci śniadanie. Takie, jak lubisz.
Przysunął taboret bliżej, a ja podniosłam się do siadu. Musiał w nocy zauważyć, że płakałam, a przecież starałam się robić to cicho.
- Czyli słyszałeś… - mruknęłam, patrząc na kanapki i napój w moim ulubionym kubku.
- Szlochałaś przez sen – powiedział, układając dłoń na moich plecach. – Przestałaś dopiero nad ranem. Nic mi wcześniej nie powiedziałaś, więc nie chciałem cię budzić, żeby nie pogorszyć sprawy. To przeze mnie? – zapytał, wpatrując się we mnie wyczekująco, a ja nie mogłam podnieść na niego wzroku. Nie mogłam mu powiedzieć o tym, co wymyśliła Jieun i o tym, że dołuje mnie wszystko, co robi. Wyszłabym na idiotkę. – Zwykle mówisz mi o takich rzeczach.
- To kakao jest słodkie? – zapytałam, wyciągając ręce po kubek, który zaraz włożył w moje ręce Daehyun.
- Czyli mi nie powiesz.
- Czujesz się winny? – mruknęłam, po czym, napiłam się słodkiego napoju. Smakowało mi. Ja nie umiem zrobić takiego kakao. Tylko on i Monika, moja przyjaciółka, jedyna Polka, jaką znam w Korei.
Chłopak przypatrywał mi się dziwnie, jakby nie pewnie. – Mam rację. – Westchnęłam, odkładając kubek na stolik. – Inaczej nie zrobiłbyś tego – dodałam, obrzucając wzrokiem śniadanie.
- Ej, to nie tak… - jęknął, jak małe dziecko. – Zwykle nie mam czasu, ty z resztą też. Czasami wstajesz wcześniej niż, ja, nie obrażaj się za to, bo to nie ma najmniejszego sensu… okej? – Bardziej mnie prosił, a nie udowadniał, że jestem w błędzie. Ugryzłam policzek od środka, patrząc, jak robi aegyo, żeby mnie przekupić.
- Jesteś leń, nawet, kiedy masz wolne, to tego nie robisz – bąknęłam z wyrzutem.
- Ty też jesteś leń – odciął się, zabierając rękę z moich pleców i podpierając się na niej o łóżko. – Nawet większy niż ja. Czasami jesteś tak leniwa, że nawet nie chce ci się dać mi buzi.
- To nie lenistwo, tylko zmęczenie – powiedziałam, sięgając po kanapkę. Ugryzłam kawałek i z pełną buzią kontynuowałam swoje. – A ty czasami masz ochotę na niektóre rzeczy kompletnie w złym momencie i tylko pogarszasz sprawę. W ogóle nie liczysz się z moim zdaniem, tylko ciągle „daj buzi, daj bu—„
Ucięłam nagle, bo kanapka, którą trzymałam w ręku nagle wyskoczyła mi z rąk i usmarowała mój nos i policzek dżemem. Zdegustowana wbiłam mordercze spojrzenie w chichoczącego Dae. Kiedy próbowałam się zrewanżować, złapał moją rękę, więc było trochę ciężej, jednak przy użyciu łaskotek i kilku czułych punktów mojego chłopaka, udało się w końcu przykleić mu kanapkę do twarzy.

Jakimś cudem udało mu się namówić Song, żeby przypilnowała naszego domu przez cały dzień, dzięki czemu zostałam zabrana na wycieczkę po galerii w Seulu. Niczego nie kupowaliśmy, bo to ostatnie, po co oboje chodzimy do galerii. Ani ja, ani on nie znosimy kupowania, przymierzania i łażenia po sklepach, by na końcu nie kupić niczego, bo wszystko jest za drogie. Poszliśmy najpierw do kina, a później do kawiarni, w której nigdy nie pijam kawy, bo od dziecka jestem zdania, iż zastosowanie tego wywaru mija się z powołaniem. To się powinno wąchać, a nie pić.
Po obejrzeniu kolejnej części Marvelowskich Avengers’ów i powąchaniu kawy w kawiarni, zostałam przeciągnięta przez park, a mimo godziny około szesnastej, było już dosyć ciemno. Wchodząc do naszego bloku mieszkalnego, niebo było już zupełnie czarne. Nie zauważyłam, kiedy Dae wziął w garść trochę śniegu, a przy pierwszej możliwej okazji (czyt. w windzie) wrzucił mi go za kurtkę. I to były moje ostatnie szczęśliwe chwile spędzone w tym roku.

- Dae, czekaj – powiedziałam, nim złapał za klamkę, by wejść do naszego mieszkania. Chwyciłam go za rozpiętą kurtkę i przyciągnęłam bliżej siebie. – Nie mówię ci tego często, bo to specjalne słowa, których nie wolno nadużywać – zaczęłam słowem wstępu, patrząc się na jego klatkę piersiową, bo zwykle nie mówię takich rzeczy i czułam się z lekka speszona. Gdybym normalnie reagowała na takie uczucia, to miałabym teraz czerwone policzki, ale, jak to ja – jedynie uśmiechałam się, jak głupi do sera. – Ale musisz pamiętać, że nawet, jeśli tego nie mówię, to w każdej sytuacji w naszym życiu… kocham cię. – Powolutku podniosłam swój wzrok, by na końcu spotkał się z tym jego. – I nigdy nie przestanę.
Uśmiechał się lekko. Nie skakał z radości, chociaż widziałam, że w jego oczach tańczyły iskierki. Po tym, jak przełyka ślinę, poznałam, że zrobiło mu się ciepło. Nie powiedział ani słowa. Tylko przytulił mnie mocno do siebie. Dopiero po chwili szepnął „dziękuję”. Nie musiał mi odpowiadać, że też mnie kocha. Nie musiał mi tego udowadniać, pokazuje mi to na każdym kroku, powtarza każdego dnia. Nie mam powodu, by w to nie wierzyć.
Odchylił się tylko na kilka centymetrów, by móc pochylić się i pocałować mnie, tak jak pary we wszystkich dramach. Z tym, że ja sobie tego nie wyobrażałam i nie działo się to na ekranie.  A jego usta naprawdę hipnotyzują. Samo patrzenie na nie, odrywa od rzeczywistości, więc, kiedy fizycznie dotykają którejkolwiek części mojego ciała, automatycznie wyłącza mi się myślenie.
Obydwoje z uśmiechami na twarzach, weszliśmy do mieszkania, akurat w momencie, kiedy Jieun, spanikowana biegała po salonie z telefonem przy uchu.
- Jieun, co się dzieje? – zapytał Daehyun, wchodząc w głąb mieszkania, nie zdjąwszy nawet butów z nóg. I ja poszłam za nim, obserwując, zachowanie kobiety.
- Daehyun-ah! – podbiegła do niego szybko, zapłakana. – Hyuk zjadł jedną z tych polskich potraw Nikki i zaczął się dusić. Zadzwoniłam po karetkę i już jest w szpitalu, ale nie mogłam jechać tam z Haneul – opowiadała wszystko z takim przerażeniem, że sama się zestresowałam. Ale co mogło mu się stać, po zjedzeniu którejkolwiek z moich potraw? Przecież oboje z Dae jedliśmy je wczoraj i nic nie wskazywało na to, by były zepsute, niedobre, czy jakkolwiek niebezpieczne. – Błagam, jedź ze mną do szpitala! Zaraz oszaleję…
- O-oczywiście, chodź, zabiorę cię tam – powiedział, prowadząc kobietę na korytarz. – Nikka, zostaniesz z Haneul? Postaram się wrócić najszybciej, jak to tylko możliwe.
Przez chwilę patrzyłam, jak wychodzą i w końcu zostałam sama z siedmiolatką w salonie. Popatrzyłam na przestraszoną dziewczynkę i uśmiechnęłam się do niej lekko.
- Wszystko będzie dobrze – powiedziałam, podchodząc bliżej niej. Kucnęłam przed nią i pogłaskałam ją po włoskach. – Haneul-ah… co takiego zjadł Hyuk?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz