Symfonia
inspirowane tym ♫♪♫
Wyszliśmy z posterunku policji około czternastej. Spędziliśmy tam prawie pięć godzin. Rozmawialiśmy z wieloma interesującymi osobami. Na przykład, po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z prawnikiem i to w dodatku nie swoim. Nie wiedzieliśmy, że Jieun przyprowadzi swojego adwokata już teraz. Przecież, gdybyśmy wiedzieli, też byśmy się swoim pochwalili. Chociaż, nie... dzisiaj jest ostatni dzień w roku, Sylwester (chociaż tu się to tak nie nazywa), imprezy, wolne i tak dalej. Pół Seulu i tak pracuje, ale wątpię, byśmy znaleźli dzisiaj nawet najgorszego adwokata. Ten od Song był pewnie opłacony przez jej rodzinę, jakiś prywatny, czy coś.
Poza jej wspaniałym prawnikiem, byli także rodzice
Jieun. Zajmowali się dziećmi, kiedy Daehyun rozmawiał z Jieun w obecności
policjanta. Dziwnie się porobiło, tak, że nawet sam policjant nie do końca
wiedział, co się dzieje.
Z takiej pogadanki wyniknęło tyle, że
dowiedzieliśmy się, gdzie zamieszkają Haneul i Hyuk. Oczywiście z matką, a ta,
skoro jej mąż ją zdradził, a były mąż trzeci raz z nią zerwał (dlaczego
napawa mnie to taką satysfakcją...?), musiała zwalić się rodzicom na głowę.
No i gdzie ona będzie teraz trzymała
wszystkie swoje torebki?
Pewnym było to, że Daehyun będzie ubiegał się o
odebranie Jieun praw rodzicielskich, jednak jeszcze nie teraz. Sprawa w sądzie
i adwokat kosztują troszeczkę więcej, niż aktualnie mamy oboje w portfelu.
Przynajmniej mógł się pożegnać z córką, jak trzeba.
Wracając do domu, skręciliśmy jeszcze na plac
zabaw. Kiedyś częściej tu przychodziliśmy, ale nigdy o tak wczesnej porze.
Daehyun bardzo lubił to miejsce. Może to dlatego, że blisko stąd do szkoły, w
której uczy się Haneul?
Usiedliśmy na huśtawkach i przez chwilę trwaliśmy w
ciszy. Dzieci nigdy nie było tu dużo, to bardzo mały placyk. W takie dni, jak
dziś nie mógł cieszyć się wielkim zgiełkiem.
- Pamiętasz? - zapytał Daehyun znienacka, patrząc w
przestrzeń przed sobą. Na moment, jakby zniknęło z jego twarzy zmartwienie.
Uśmiechał się delikatnie. To dobry widok. Daehyun, którego kąciki ust skierowane
są ku górze, nawet jeśli tylko delikatnie, którego oczy otoczone są kilkoma
zmarszczkami, którego ciemne włosy unoszą się na wietrze… taki Daehyun to dobry
widok. Kojący. Uspokaja serce.
- Co? - Wychyliłam się lekko w jego stronę,
opierając ramieniem o łańcuch huśtawki.
- Trzy lata temu...
– zaczął tak, jakby opowiadał bajkę.
- O nie – mruknęłam, przerywając mu. Bo, żeby było
romantycznie ze mną, trzeba mocno się postarać. Nie ma tak łatwo. Chociaż on
akurat zwykle radzi sobie z tym na celujący z plusem. – Chodzi o ten korytarz?
Ja przepraszałam ciebie z milion razy, ile jeszcze będziesz mi to wypominał?
Nawet dałam ci wtedy plasterek. Z Kubusiem Puchatkiem…
Chłopak zaśmiał się cicho. Tak, jak lubię – tym
niskim, melodyjnym, drgającym w powietrzu głosem.
- Nie o to mi chodziło - powiedział, obracając swój
wzrok w moją stronę z uśmiechem na ustach. - Aczkolwiek nadal uważam, że
zrobiłaś to specjalnie.
- Nie prawda… - jęknęłam, wyginając brwi w poczuciu
niesprawiedliwości.
- Nie ważne – powiedział po chwili ciszy. –
Najważniejsze jest to, że w ogóle się to stało. Gdyby nie to, już nigdy nie
byłbym szczęśliwy.
Przyglądałam się mu, jak z uśmieszkiem odpycha się
nogami od zmarzniętej ziemi i zaraz ponownie je ugina, przywracając huśtawkę do
pozycji pionowej.
- Ale trzy lata temu wydarzyło się coś jeszcze.
- Oj, dużo się wtedy wydarzyło – dodałam swoje trzy
grosze. Jestem z Polski, mogę sypać groszami.
- A to
pamiętasz? – zapytał, ciągle z tym samym wyrazem twarzy, patrząc mi w oczy.
Kryło się w nich wyczekiwanie, nadzieja i iskierka radości. Wolałam, gdy był to
płomyk, ale po tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ciężko wymagać od nas
obojga czegokolwiek więcej. – Pamiętasz, co tu się stało?
Pamiętam.
Ale Nikka nie potrafi mu tego powiedzieć. Zamiast czerwienieć na policzkach,
chce mi się śmiać. Pochyliłam głowę w dół, usiłując powstrzymać głupi uśmiech,
co jednak słabo mi wyszło.
Przez chwilę przypominałam sobie najpiękniejszą
sytuację w moim życiu, obserwując piasek pod stopami. Mój pierwszy pocałunek z
pierwszym chłopakiem. Właściwie, to mężczyzna, ale wolę mówić o nim „chłopak”.
Po chwili uznałam, że już jestem w miarę opanowana
i nie będę się śmiała, dlatego powoli podniosłam głowę i popatrzyłam w jego
kierunku. Natychmiast ponownie się
speszyłam. Patrzył na mnie. Patrzył tak, jakby widział najpiękniejsze
wspomnienia. Jakby widział najskrytsze marzenia. Zawsze marzyłam o tym, by ktoś
patrzył na mnie w ten sposób.
Zanim zdążyłam zebrać się w sobie i zająknąć jakimś
głupim pytaniem, które całkowicie przeczyłoby temu, co właśnie odczuwam w
środku, Daehyun znów odepchnął się nogami od ziemii, jednakże tym razem
wychylając się w bok. W moją stronę. Trzymając się jedną ręką łańcucha, drugą
zgarnął z mojego czoła włosy i zawinął je na moim małym uchu.
- Ty – zaczął cicho, patrząc w moje oczy. Swoją
dłoń ułożył na moim policzku, a ja nie mogłam się ruszyć, jednocześnie drżąc
wewnątrz. – jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.
Z jednej strony przemknęło mi przez myśl „daj spokój, jestem wstrętna, niemiła,
chłodna, nieodpowiedzialna, nietaktowna i kapryśna”. Z drugiej, jednak, miałam wrażenie, że gdzieś z tyłu, w mojej
głowie brzmią dźwięki jakiejś melodii. Bardzo przyjemnej, łagodnej i
wzruszającej.
No, bo
jeszcze ci się tu poryczę…
- Już to mówiłeś – szepnęłam, bo na więcej w takiej
chwili nie było mnie stać. Brzmiałam trochę, jak ta mała dziewczynka z „Tylko
mnie kochaj”, mówiąca „żeby kaczki nie słyszały”. Żadne z nas nie odsuwało się,
Anie nie przysuwało bliżej. Tylko uśmiech na ustach Daehyun’a drgał, jakby
zbierał się w sobie, by o czymś mi powiedzieć.
- Jakie jest twoje marzenie? – zapytał cicho.
Zamknął usta i przyglądał mi się.
To pytanie padło z jego ust już dwa razy w tym
roku. Raz w wakacje, na molo w Ulsan i teraz znowu. Nie miał sklerozy, wiem.
Starał się tak bardzo, by ten moment był romantyczny, że aż chciało mi się w
duchu śmiać. Ale odrobina takiej słodkości nikomu nie zaszkodzi, a już na pewno
nie mnie.
Wzięłam głęboki wdech. Wypuściłam powoli powietrze.
- Zawsze chciałam mieć męża – powiedziałam w końcu
wolniutko, patrząc mu w oczy. Resztę z tej historii znał już na pamięć.
- Czy ja jestem dla ciebie wystarczająco dobry? –
Tu się zawahał. Jeszcze nie wybaczył sobie tego, za co się obwiniał. Mimo, że
dla mnie to wszystko z każdą minutą traciło na znaczeniu, dla niego stanowiło
większy problem.
- Nie wyobrażam sobie na tym miejscu nikogo innego
prócz ciebie.
I nagle romantyzm się urwał. No, jakby mi ktoś
słuchawki z uszu wyrwał… Wstał nagle z huśtawki, zmierzwił włosy, łapiąc po
drodze dwa głębokie oddechy i obrócił się w moją stronę. Patrzyłam się na niego
tępo, nie rozumiejąc sytuacji, w której się znalazłam. W końcu podszedł bliżej
mnie i uklęknął przede mną na jedno kolano. Serce mi zabiło mocniej. Ze
strachu! Wiem, że jestem idiotką, ale naprawdę pierwsze, o czym pomyślałam, to,
że on znowu chce mnie błagać o wybaczenie, a tego bym nie przeżyła drugi raz.
- Yah, znowu? – mruknęłam, ściągając brwi ku sobie.
Zaśmiał się, sięgając po coś do kieszeni bluzy, którą miał pod rozpiętą kurtką.
Kiedy wyciągnął z niej pierścionek, automatycznie wszystkie mięśnie na mojej
twarzy rozluźniły się, a moja szczęka opadła chyba do samej ziemi.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał, usiłując
zminimalizować swój wielki uśmiech.
- Co? – bąknęłam, zdezorientowana.
- Nie „co”, tylko „Tak”! – pouczył mnie, udając
złego.
- Tak! – wypaliłam bezmyślnie, jednak po chwili
znowu zmarszczyłam brwi, w zdziwieniu. – Co? – No i brawa dla Wery, ta pani jest roztrzepana do tego stopnia, że
nawet nie zauważa, kiedy ktoś jej się oświadcza! – Ale… naprawdę? – Nic nie
odpowiadał, nawet się nie śmiał. Czekał tylko, wpatrzony we mnie, z
pierścionkiem w palcach. Nie miał żadnego pudełeczka, żadnych płatków róż, Bruno
Mars nie śpiewał mi w tle, a ja i tak się popłakałam. Zakrywając usta dłonią
pokiwałam tylko głową milion razy, by przynajmniej on był pewny tego, co się
działo. Jung Daehyun pochwycił moją prawą dłoń i na palec serdeczny wsunął
srebrny pierścionek z jakimś świecącym kamyczkiem. Nie był to Batman sign, ale też fajnie…
Żartuję, był cudowny! Idealny! Płakałam czystym
szczęściem, a nawet i nosem mi wyciekało.
Wstałam z huśtawki i wpakowałam ręce pod jego
kurtkę, wtulając się w jego ciało. Wolałam go teraz nie całować. Byłoby trochę
słono…
Odczekałam chwilę, słuchając tylko, jak to
niesamowicie mocno mnie kocha i w końcu przestałam płakać. Wytarłam „oczy, nos, usta” w rękaw swojej kurtki,
w czym dodatkowo pomógł mi jeszcze Dae, ocierając moje łzy kciukami z
policzków.
- To ja mam narzeczonego? Kucze, a dzisiaj jest
ostatni dzień w roku. Jaaaa, Dae! – Spojrzałam na niego niby zawiedziona. –
Dlaczego nie zrobiłeś tego wieczorem z fajerwerkami? Weź, nic nie myślisz… -
bąknęłam, odwracając się na pięcie i odchodząc dwa kroki, zostawiając go w
osłupieniu. Ale tylko na moment. Zaraz obróciłam się znowu i podbiegłam do
niego, wskakując mu, dosłownie, w ramiona. Przyciągnęłam do swojej jego twarz i
ucałowałam radośnie jego wielkie, piękne usta.
No. To teraz mogę umierać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz